Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Sielanka

Kochanie to nie jest sielanka,

Chociaż nie wiem czemu,

Czasami to walka byków,

Albo może egoizmów.

.

Kontra, veto, flinta, sztych,

Wszystkie chwyty dozwolone,

Tylko po co z sobą być?

To jest miłość, a nie ring.

.

Nie wiem czemu, miła moja,

Tak się z nami dzieje też,

Teraz mogło być inaczej,

A ty mówisz, moja rzecz.

Kategorie
Nie mam tego w dupie Życie

Podobieństwa. Dla A.M

Nie wiesz o mnie nic na pewno,

Ja nie wiem nic prawie o tobie,

Jesteś symboliczną duszą krewną,

Zawartą w każdym twoim słowie.

.

Przeszłość w biegu nas wstrzymuje,

Ja niezmienny. Ty o nowej twarzy,

Każdy z nas inaczej czuje,

Porównania, strachy i urazy,

Kategorie
Pamięć Życie

Tristana

Spotkanie dwóch par oczu,

Para tu, para tam,

Ponad świtem i herbatą.

.

Nigdy Cię już nie zobaczę,

Nie oczami ale duszą,

Nigdy cię już nie zobaczę,

Burzą w oczach bije grad.

.

Mimo wypatruję ciebie,

Wiem, nie dla mnieś,

Już dla siebie.

.

Koniec bez początku nawet,

Nigdy cię już nie zobaczę,

Trzeba tak, drgają oczy nasze,

Łez czworo, po jedno na oko.

Spotkamy się kiedyś, może,

Nie tutaj, ale gdzieś wysoko.

Kategorie
Chaos Pamięć Uczucia

Rozstanie

Powiedziałaś mi dzisiaj obca, a tak bliska,

Że to nie ty,

Że rozpamiętuję, że to serce ściska,

Że to nie wyjście, że to skraj urwiska,

Że to ostatnie minuty.

.

Ja pragnąłem, tak bardzo, cały ja,

W ciszy, prawda zwykła,

Że nie, nie pozwalam, słabość moja,

Jak ja chciałem abyś wtedy zamilkła.

.

Słuchałem zamarły, nie słysząc,

Że to znowu ja, nawet mnie nie winiąc,

I coś prawie powiedziałem,

Że chciałem, ale przemilczałem.

.

Głowę pełną mam myśli tak nieważnych,

Podobnych, prawie takich samych.

Nie powiedziałaś jak zapomnieć,

Jaką prawdę wybrać.

Jakie wszystko szare.

To nie czas, aby z losem igrać,

Ale powiedziałem dość,

Bo za chwilę wszystko będzie stare.

Kategorie
Bez komentarza Śmierć

Spokój. Samobójstwo

Na brzegu rzeki,

Na brzegu strachu,

Staję się nikim,

Stoję bez ruchu.

.

Na brzegu przepaści,

Na brzegu życia,

W mojej radości,

W przeczuciu nie bycia.

.

Odrzucam ciało,

Odrzucam świat,

Staję się wolny,

Staje się brak.

.

Już nie przywracam światła,

Już nie rozświetlam nocy,

Jest mi tak dobrze.

W oddechu niemocy.

Kategorie
Bez komentarza Nie mam tego w dupie Życie

Wyznanie

Twoje włosy pozostaną ostatnie,

Twoje dłonie pokierują mym statkiem,

Twoje oczy pozostaną na zawsze.

Nie tak, ja inaczej chciałem,

Nierozważnie tak się zapomniałem,

Obrazem tamtych moich starań,

Obrazem wszystkich naszych skalań,

Obrazem naszych ciał zbliżań.

Dni naszych, nikt nam nie odbierze,

Dni nijakich w naszej tylko wierze

Oni ostatnich w już niewierze.

Boisz się, tak, ja boję się też bardzo,

Boimy się o siebie, bez siebie niełatwo,

Nie bój się, wiesz, mieliśmy się aż nadto.

Chwil naszych, tylko nam odczułych,

Czas odchodzi, samych sobie miłych.

W przemieszaniu naszych dni odżyłych,

Nikt nie był taki jak ty, to ty mi dałaś,

Czego nikt nie chciał, ty zmieniałaś.

Twoje włosy pozostały ostanie,

Twoje dłonie kierowały mym statkiem,

Twoje oczy zapominam na zawsze.

Kategorie
Brak Pamięć Uczucia

Dla Ciebie i Ciebie

Dziwna ta miłość,

Bez słów i gestów,

Cicha i gniewna,

Jak nienawiść.

.

Dziwna ta miłość,

Gorąca i pewna,

Jak nigdy dotąd

I taka obca.

.

Dziwna ta miłość,

Wskrzeszona,

Kilkoma dniami,

Bukietem znikąd.

.

Dziwna ta miłość,

Bez nadziei,

Obok siedząca,

Nie dla mnie.

.

Dziwna ta miłość,

Kilku pieszczot,

W zmieszaniu

I strachu.

.

Dziwna ta miłość,

Oczekiwana,

Serca zachwytem,

Zgasła.

.

Dziwna ta miłość,

Niezrozumiana,

Nie w porę,

Nadeszła.

.

Dziwna ta miłość,

Tylko dla mnie,

Niewyzwolona,

Samotna.

.

Dziwna ta miłość,

Bez kłamstw,

Niepotrzebna,

Tylko prawdziwa.

.

Dziwna ta miłość.

Miłość i wiersz.

Kategorie
Pamięć Śmierć Życie

Sen- Malowanie. Dla Delacroix

Kwiatów nieprzebranie w rudym słońcu,

Alabaster z czernią przytuleni w Tańcu,

Parami w krok menueta róże i błękity,

Uderzają w kastaniety,

Arabeski wstążki i wypukłość dzbanka.

.

Przy sztaludze człowiek kapłan,

Pędzlem w rytm najdzikszych  scherzo,

Jak batutą wstęgą, płynnym blaskiem świeci.

Farby i kolory i tempery zapach ckliwy.

.

Idę sennie nieprzytomny.

Jest ten obraz zniewolenia, nieśmiertelny,

Spokój tronu, krew i podniesiony sztylet.

Byle dłużej, jeszcze jeden życia spazm.

.

To jest sztuka, barw natury w zespoleniu,

Włosy rozwiewane w ruchu, mocy rozpasanie,

Czas i przestrzeń nie istnieją w unisono,

Kształty, ruchy, lekkość ognia skoków.

.

I modelki, Apollina nałożnice,

Jak matrony na pożywce wina,

Rozwieszone cienie, senne wizje,

W rytm parodii Bacha kołysane.

.

Dźwięki, tony, frazy, śmigłość wygrywana,

Klawiatury szachownica w naprzemiennej

Bieli z czernią i biegnące pędem palce.

.

Nagle muzyk w swej błazeńskiej szacie

Grać przestaje tańce.

Opadają płatki róży i akordy walca.

Koniec niewolenia, zasypiają kochanice.

A kanonik malarza wbija pędzel

Ponad światem w księżycową tarczę nocy.

Kategorie
Pamięć Przyjemność Uczucia

Lato

Sierpniowym dniem pachniało zboże,

W zagajniku złoto słomianych pól,

Zawiało gorącem i smakiem tymianku

I twoim zapachem, latem rozkwitłej.

.

Opiekuńcze skrzydła szelestu liści

Usypiały, otaczając cieniem spokoju,

Leniwe zmęczenie miłosnej wolności,

Zaczarowanej, zaklęciami pragnień.

.

Burzyciele ciszy, motyle i świerszcze,

Bawiły lotem i akompaniamentem kropli,

Niedalekiej, jak ty spłoszonej rzeki.

.

Płynące błękitem zasłony puchu,

Pulsowały zmiennym kształtem słońca,

Bladym amorem, to białym ptakiem,

Chmurnym konkurentem wirujących piór.

.

Wtulałem twarz w poduszkę włosów,

Chłonąc dreszcze mahoniowych pieszczot,

Łowiłem oddech, podmuch kochania,

Wsłuchany w ciche wodospady wyznań.

.

Rozczerwienił się dzień sierpniowy, pamiętam.

Powolnym krokiem poszliśmy do wzgórz,

Bijących wezwaniem zakonnych misteriów,

Dla samotnych na modły, dla nas na miłość.

Kategorie
Chaos Śmierć Życie

Apogeum. Wspólne wyznanie

Gdziekolwiek,

Poza granicami drzew samotnych,

Wysokiego lasu,

Skargi słychać, połamanych kołem czasu.

Krzaczaste brwi bielone wapnem konania,

Niewielką nadzieją losu poznania.

Tam kryształ i ożywa skała.

.

A szubienica pod krwi wodospadem rośnie,

Pion i poziom krzyża,

Jedna belka skośnie,

U stóp kwiat zwiędły i świątynne mury,

Król w czerni zbiera ponad sobą chmury.

.

Metal, on tak łatwo głowy ścina.

Samotny, nazwisko, masz jakieś życzenia?

Nie! Krzyk pośród nocnych wojaży playboyów,

Zapach ciężkich perfum,

Porzuconych strojów.

.

Koniec farsy po tej stronie nieba.

Koniec i umierać trzeba.

Przed zaśnięciem, przy dźwięcznych organach,

Zatańcz ostatniego, śmiertelnego kankana.

Kategorie
Toksycznym Życie

Koniec końca

Tutaj nie ma miejsca a litość,

To nie ten numer drzwi kobieto,

Ja już tam nie mieszkam,

I nie pytaj mnie dlaczego.

Ty rozumiesz, miałaś wybór,

Lecz wybrałaś coś innego.

.

Wiem to przykre, proszę nie płacz.

Taki jestem, taki wstecz.

Będę w przód. Odejdź.

.

Tu nie azyl dla wątpiących,

Ani tu zgubione bicia serca,

Które zostawiłaś tam niechcący,

Wyrzuciłem z tego miejsca.

Kategorie
Pamięć Spokojnie

Adamowi

Skromnie,

Zarośnięty,

Nie dbając,

W futrze, bo zima,

Młody Anioł,

Cherubin prawie,

Choć jeszcze nielotny,

Ulubieniec Muz,

Czeka zawstydzony,

Na Alleluja,

Pierwszy raz.

.

Jasny,

Z uśmiechem,

Natchnionym.

Dociekliwy

I roztargniony.

Jak to On.

Jeszcze nie spełniony,

Ale już prawie,

Na niego czas,

Polecieć,

Pierwszy raz.

Kategorie
Nie mam tego w dupie Uczucia Życie

Maja

Wiesz kochanie, skarbie mój,

Że, cię kocham bezimiennie,

Mimo leków twoich,

Które z inąd znam,

Że cię kocham mirrą,

Mimo twej pamięci,

Którą sam też mam.

Ja odczuwam takie męki,

Jak poranny ptaków śpiew,

W dni niebieskie jasne,

Kiedy z chłodem chce się żyć.

Czy to wiesz?

Kocham ciebie bólem serca,

Nienazwanym każdym dniem

Każdym gestem niepewności,

Twoim śmiechem skończoności.

Wiesz kochanie? Ja to znam.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Na koniec

Kiedy będziesz już miała tyle lat co ja, zobaczysz wszystko inaczej. W proporcjach bardziej właściwych. Nie całkiem prawdziwych, bo nie ma ani prawdy, ani proporcji, moja Miłość, którą zawsze będziesz.

Radość rozpiera mi ramiona, którymi nigdy już Cię nie obejmę. Za Ciebie, za brak, za chwile, gdy jeszcze byłaś. Za to czego nie zrobiłaś, czego nie zrobiłem ja. Co moglibyśmy razem, a zrobisz to za nas, moja Miła.

Krew z ciała. Zawiśnięty, rozum pozbawiony zmysłów. Poruszanie się lalką w pozorze ruchu. Mowa, bez kłamstw. Wybory, nie zawsze właściwe. W oporze do konsekwencji, moja Miłości. Dla Ciebie.

Twoja miłość kwitnąca wśród dalekich traw, moja zaschła w glinie, jeszcze dalej. Nie zrozumiemy się. Nie moja jesteś, ja nie jestem twój. Nie jesteś czyjaś i ja nie jestem. Poza momentem, gdy byliśmy wspólni. Dawnym. Moja. Ty.

Nie pierwszy raz tak się stało. Nie byliśmy pierwsi, w odkryciu, że zamknęłaś serce dla mnie w słowach, nie chcę cię, ja zamykam także w trzech, nie mogłem chcieć. Pozostaje nadzieja, że kiedyś powiesz, nie było aż tak źle.

Kategorie
Bez kategorycznie

Nie. Przyswajalni. Ani

Patrzę na moją przyjaciółkę. Pomaga mi, gdy jest ze mną naprawdę źle. Ja pomagam jej gdy, bywa jeszcze gorzej. Jesteśmy wyrzutkami szczerości. Mówimy za dużo, robimy więcej, jesteśmy jacy jesteśmy. Musimy się cofać, przepraszać, biegać za tymi, którzy nas nie słuchają, oceniają jedynie. Zgodnie z własnymi potrzebami. Nasze są bez znaczenia. Godzimy się. Nic lepszego nie umiemy wymyślić. Ani ona, ani ja nie wiemy dlaczego, może poza poczuciem winy. Nie jesteśmy głupi. Nie brak nam inteligencji. Jesteśmy specjalistami w swoich dziedzinach, zawodach, które wybrały nas, nie my je. Interesują nas inne sprawy, poza zasięgiem tych, z którymi przebywamy, którzy ranią nas, często, bo nie zaznaliśmy spokoju granic, których nie narzucamy. Nie kochamy ich, oni kochają kim nie jesteśmy. My ich nie zmieniamy. Oni starają się zmienić nas, wedle oczekiwań.

Rozmawiam z moją przyjaciółką. Nie mamy tematów tabu. Wiem gdzie dyskretnie chowa plastikowe zabawki, które sprawiają jej większą przyjemność, niż ciało, które często ją nawiedza. Nie moje. Które szczerze mnie nie nienawidzi. Ona wie, że znowu byłem rano u Kapucynów, spowiadając się z pornografii, która zastępuje akt, który nie jest strzelistym. Sprzątamy dokładnie po każdej mojej wizycie. Nie pozostawiamy śladów, wietrzymy dym z papierosów, wyrzucamy butelki po piwie i winie. Wycieramy moją obecność. Bardzo dokładnie. Zaraz przyjdzie. Wiem. I wyrzucam. Śmieci pamięci. Do kolejnego razu. Maluje się, zakłada pończochy, ja wzuwam buty.

Przytulamy się z moją przyjaciółką. Bardzo blisko. Dobrze, że jesteś. Dobrze, że pozwoliłaś mi przyjść. Zasypiamy z łokciami przy żebrach. Jej niespokojnym snem i moimi uspokajaniami. Nie kochamy się. Nie lubimy, mimo to jesteśmy przyjaciółmi. Nie umiem ci pomóc, mówię. Nie pomagajmy, słyszę. Nie ma w tym niczego złego? Nie. Nigdy nie było.

Oglądamy tragiczne programy. Telewizja. Wcale się nie wyśmiewamy. Szukamy czegoś. Mając organiczną zdolność do chamstwa, nigdy nie przeklinamy. Nie doszukujemy się niższości. Raczej piękna. Ona patrzy jak artysta. Malarka, architekt, grafik, projektant. Ja słucham zdań. Ona widzi, ja przyswajam. Moglibyśmy wiele. Zamiast tego siedzimy oparci, wymieniając spojrzenia i miny. Jak stare małżeństwo. Wiemy kim jesteśmy. Nieprzyswajalni.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Nie jestem

Nie jestem. Brak bycia, nie jest nieobecnością. Nie jestem tacy jak Wy. W braku obecności, która jest obserwacją, nie koniecznie, nie musi być nią. Ostoją. Wędzidłem filozofii. W nie, jestem, jak, tacy, ja, wy. Platon ujął to idealistycznie. Przed czymś. Nietymczasowo, trwale. Przetrwale. Idee, monady. Dialektyzm rozmowy z sobą. Z kogością. Słowotwórczo.

Nie muszę. Zasadniczo nie muszę niczego. Nie zmuszając. Dokonując wyboru. Się. Sobą.

Jesteśmy. Nie podobni. Nawet w układzie pozwalającym na uogólnienia. Zwierze jest. Jest zwierzęciem. Moje. Twoje. Niczyje. Własne. Przed zwierzęciem. Istotą. Ideą, przed stwórczo. Przed zwierzęco. Przed znajomością zwierzęcia. Jako zwierzę.

Kategorie
Nie mam tego w dupie Wojna wszystkich ze wszystkimi

Żyjemy w świecie zła

Jak możemy być tak naiwni wierząc, że żyjemy w bezpiecznym świecie? Czy długo jeszcze będziemy żyć z przekonaniem, że nikt nie rozpęta kolejnej wojny? Już zapomnieliśmy o Chorwacji, Bośni, Czeczenii, Afganistanie, Syrii, Libii, wojnach światowych? Czy śmierć musi nam zajrzeć w oczy, tuż przy naszej granicy, bo ta zbierające swoje żniwo daleko, zupełnie nas nie dotyczy? Bo Ukraina to nie Sudan, Biafra, Mozambik, Kambodża?

Wojna. Nie nasza jeszcze, ale czy nie jest już nasza? Czy nie każda jest i powinna być naszą? Niezależnie od religii, politycznych przekonań, rasy, narodowości? Czy nie giną na nich niewinni, którzy także mają prawo do życia w godności i pokoju?

Żyjemy w świecie ekstremizmu. Polaryzacji, narzucania władzy siłą. Każdej. Militarnej, monetarnej, korporacyjnej. Każdemu. Chrześcijaninowi, muzułmaninowi, niewierzącemu, hetero, homo, czarnemu, żółtemu, białemu, mieszanemu. Upodlania, wyścigowi o więcej, łatwiej, tylko dla siebie. Żyjemy w świecie egoizmu, praw, nie obowiązków. Żyjemy w świecie kłamstw, dezinformacji, klas, łowców i ofiar. Gdzie człowiek, człowiekowi wilkiem. Nieprzyjaźni zrodzonej z ambicji, która stała się narzędziem do uprawiania rabunku, wykorzystywania, usprawiedliwionych pozorną wyższością, zyskiem. Szampanem wypitym za nasze, nie zdrowie, słabość uczciwości. Dziwką zmuszoną do prostytucji. Dziećmi wysyłanymi na front. Pracą ponad siły. Żyjemy w świecie zła, które hodujemy w sercach i obojętności. Zapomnienia. My mali.

PS 1

Widziałem bratnich Ukraińców i Rosjan w Sarajewie. Nie byli wrogami, mordowali i strzelali bez litości, także do mnie. Nie wierzę w odmianę. To byli ci sami ludzie, który mówią dzisiaj o honorze, z obu stron, nie wiedząc nawet czym on jest. Mam tylko nadzieję, że młode pokolenie nie pozwoli skurwysynom na kolejną niby wojnę i nie zakończy się na protestach, ale obaleniu kolejnego despoty, wraz z jego przydupasami, a Rosja stanie się nie tylko krajem pięknym, lecz wolnym. Ukraina zostanie częścią Europy, którą nigdy być nie przestała.

PS2

Kiedy to piszę, jestem przekonany, że wielcy tego świata już porozumieli się, jak, kiedy, gdzie skorzystać z okazji i ograniczyć nasze prawa i wolności. Niewolnictwo nie jest wspomnieniem. Zmieniło tylko twarz. Na nie opresyjnie uśmiechniętą. Bez bata, z pracą lub bez niej. Biedą lub dostosowaniem, do tego co nam spadnie z pańskich stołów. Narodowość władców nie ma znaczenia.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Męczące rozmowy

Widzisz, wiesz, rozumiesz, zrozumiesz. Męczące rozmowy. Przeplatane jak warkocze mądrościami wyuczonymi i własnym, ze wstążkami niepewności. Czy są zgodne, czy nie podparte, moim tak, to prawda, warte będą więcej niż wydech? Składający się z głosek, samo i wspólnych.

Rozmowy pouczające. Widzisz, wiesz, rozumiesz, zrozumiesz. Lustro niepewności, w odbiciu naiwnej pewności. Nie ma potrzeby na moje tak, tak twoje jest tak. Tak, wiesz. Ja niekoniecznie. Nie śmieję się. Krok z potknięciem, krok w przód. Raz, dwa, dwa wstecz, trzy w bok.

Lustra, do przejrzenia się w nich, jak w mądrości głupocie. Widzisz, wiesz, rozumiesz, zrozumiesz. A czy ty tak? Staram się zrozumieć. Czego chcesz i co mam pojąc? Czy muszę? To, że się starasz, nie koniecznie znaczy tyle, co chcesz mi powiedzieć. Może wreszcie powiesz to, na co sobie pozwolisz?

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Po urodzinach

Po urodzinach. Okrągłych, za bardzo. Przewidywalnie spędziłem je sam. Nie samotnie. Słyszałem, że inteligentni ludzie nie tylko się nie nudzą w samotności, ale dobrze się bawią we własnym towarzystwie. Z tą zabawą to może przesada, a z towarzystwem, obawiam się posądzenia o wielokrotność jaźni. Tego dobry Bóg mi oszczędził.

Dzień urodzin spędziłem częściowo w pracy. Barwnie i produktywnie, sprzątając burdel. Nie zapuszczony dom, ale publiczny. Prywatny, stręczycielski, gdyby to ująć dokładniej. Osiem pokoi z dużymi łożami i rolkami papieru. Kolejne dwa, to poddasze z pejczami, dybami, kajdankami i piwnica z wielkim jacuzzi. Kilka łazienek, sauna, kuchnia z szafkami wypełnionymi po brzegi najlepszych marek napitkami, salon, wielki ogród, dodatkowy domek na jego końcu, taki pierdolnik. Brytyjczyk, dobrze wykształcony, sądząc po akcencie, a po podsłuchanej rozmowie, również nauczyciel, który sprawdzał poziom czystości, bo klienci, jak powiedział i jego polska żona, burdel mama, która przywitała mnie nago, gdy wszedłem przypadkowo do jej sypialni. Uśmiechałem się przemiło, używając gumowych rękawiczek. Wyszedłem tak szybko jak się dało.

Wracając do domu kupiłem zestaw sushi. Był prze paskudnie urodzinowy. Ohydztwo zalałem sosem sojowym, wymieszanym z wasbi, w proporcjach zabijających smak. To nie to, pomyślałem, dojadając to coś. Wziąłem prysznic, nasmarowałem się kosmetykami, opryskałem perfumami, ubrałem się porządnie, zabrałem książkę i poszedłem do pobliskiej włoskiej restauracji, w której raz już byłem. Nic oszałamiającego w menu i zamknięta sala dla palących. Kurwa. I tyle ludzi. Z braku wyboru zamówiłem pizzę. Doprawiłem oszukaną, włoską szynkę, równie udawany parmezan polałem jakby oliwą i zabrałem się do czytania, wcześniej odcinając się od tłumu słuchawkami, w których zagrał mi prawdziwy Wagner. Nie jestem rasistą, ale nie mogę wciąż słuchać wschodnio słowiańskich języków, wszechobecnych w Krakowie i przestałem znosić korporacyjne gadki, korporacyjnych nasiadówek. Po trzecim piwie czytanie stało się niemożliwe, mimo że akcja toczyła się wartko. Poprosiłem jeszcze o ciastko, zaskakująco smaczne, karton na ledwie ruszony zakalec, na włoską modę i rachunek. Zapłaciłem, zostawiłem napiwek. Wychodząc pożyczyłem sobie wszystkiego najlepszego, ciesząc się, że w sumie nie było tak źle.

Idąc ulicą usłyszałem przepraszam i poczułem czyjś dotyk na ramieniu. Obejrzałem się. Stała przede mną śliczna kelnerka, z lekko azjatyckimi rysami twarzy, która obsługiwała mnie w restauracji. Zapomniałem czegoś? Nie, pan… ty, miałeś dzisiaj urodziny? Popatrzyłem zdziwiony? Zostawiłeś telefon na stole, kiedy paliłeś i tam były życzenia na Facebooku. Czemu byłeś sam? Tak się złożyło. Dobranoc. Poczekaj, ja cię pamiętam, miałeś kolczyki na twarzy, jak ja, rozmawialiśmy o tym, czekałam, że może znowu przyjdziesz. Twoja przyjaciółka mówiła, że nie masz nikogo. Masz? Nie mam od dawna. Ja też. Poczekaj. Nie chcę. Poczekaj. Wyszła po kilku minutach. Z butelką wina. Upiliśmy się w zimnie, idąc za rękę, szukając, sam nie wiem czego? Opowiadając. Za dużo. Zresztą. Ale tym razem mam wszystko w dupie.

Kategorie
Życie

Kierat

Zapracuję się na śmierć, zdałem sobie wczoraj sprawę. Cztery dni prawie bez snu. Piątego zasnąłem, tuż przed zmianą w restauracji, którą kiedyś kierowałem, teraz pomagam, z przyjaźni, z konieczności. Sprzątając, czyszcząc, gotując. Jazda po całym mieście, praca, jazda, praca, umyć się, kawa, jazda, praca, jazda, praca, przebrać się, kawa, jazda, praca. Dobrze robiło by mi to na głowę, gdyby nie zmęczenie. W międzyczasie staram się cokolwiek napisać, przeczytać. Dzień wolny to terapia, którego resztę przeznaczam na córkę. Zrywam się rano, wiozę ją do przedszkola i rozpoczynam życie w kieracie od nowa. Nie mam czasu na depresję, alkohol, przyglądanie się ludziom w telefonie. Dla których nie istnieję. Których nawet nie lubię.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Brak zdolności rozumienia

Dlaczego mnie porzucacie, gdy się okazuję ludzki. Zewsząd się pozbywacie, bo przypominam. Kim jestem i kim jesteście wy. Co takiego uczyniłem, czego nie czyniliście, do czego możecie być zdolni, czego ja nie zrobię? Patetyczny patos w wymiarze ponadpodstawowym. Uczę się. To nie ja nie mam wstydu. Braku krytyki własnej. Nie ja się chwalę, ułomnością, którą rozumiem, bo i mnie nie jest jej brak.

Zdziwiłem się. Naprawdę. Do granic, od początku. Zaskoczyłem. Brakiem reakcji. Wszystko mnie zabolało. Cały ja. Odtrącony. Czy to czuje porzucona istota?

W niczym jest coś. W czymś jest to, czego nie powinno. Wiersz pisany prozą. Szaleństwo bez niego. I brak zdolności rozumienia.

Kategorie
Uczucia Życie

To tylko moje kocham

Kochać to wierzyć. Absolutnie. Do granic wstydu. Ufać. Rozumieć. Rozumować. Zakochiwać się, nie jest tym samym. Kochanie się korzy, zakochiwanie pyszni. Kochanie powie każdą prawdę, drżąco. Skłamie tylko, że kłamie, patrząc w oczy, dusząc się w winie. Zakochanie skłamie bez mrugnięcia. W umizgach, oczekiwaniu kochania, które już nie nadejdzie. Kochać to prostota, zakochiwać to jej odwrotność.

Gdybym mógł powiedzieć kocham. Nie wstydząc się. Pomimo wszystko. Nie wiem dlaczego kocham, wyznać. Nie znając przyczyny, poza tym, że dobrze mi jest, gdy jesteś obok, lub bym tego chciał. Nie jestem pewny siebie, tylko przypuszczam. Że słysząc kochany głos, obawiam się wtrącić, przerwać kochanie. Czytając, co piszesz, kochać czytanie. Widząc, kochać widok. Chociaż na chwilę, rozwiniętą na bezkoniec.

Gdzie jesteś i co robisz moje kocham. Dobrze ci jest w moim kochaniu, ze mną, beze mnie? Dobrze ci w kochaniu, bezzakochaniu? Pytam, bo nie znam odpowiedzi, której się nie spodziewam. Nie chcę jej znać. To tylko moje kocham. Nie zakochiwane.

Kategorie
Bez kategorycznie Nic Spokojnie

Dziękuję matko

Dzisiaj jest dzień. Którego nie rozumiem. Domyślam się tylko, jaki jest. Ten dzień. Pierwszy, z zapowiedzią rozumienia więcej niż słowa, pojawiające się znikąd, myśli, odkrywanych, całkiem na nowo.

Zaczynam czuć. Nie przeżywać, jak potrafiłem tylko dotąd. Ledwie. Zaczynam się modlić, wiedząc że nie robiłem tego. Wierzyłem, że robiłem. Zaczynam patrzeć, zaskoczony, że byłem pozbawiony wzroku.

Spokój nieznany, oddanie się, przyznanie się sobie, przed sobą, do siebie. Mimo ciężkości. Nabieram powietrza, nie pełnym wdechem, a jednak więcej mam go w sobie, niż wczoraj. Wystarczająco, aby się nim upić.

Nie stanie się nic, co nie powinno się wydarzyć. Nic co nie powinno, się nie zdarzyło. Było to co było, będzie co ma być. Niczego nie jestem winny, sobie i nikomu. Nikt nie jest winny. Mnie. I to jest dobre. Nie jest złem. Dziękuję matko.

Kategorie
Pamięć

Siebie. Ciebie. Nas.

Rozsypał się pode mną, ułożony dobrze plan. Budowany z wysiłkiem na nowo, bez fundamentalny, stawiany na nigdy stałej skale. Bo nie ma stałości, której wyczekiwałem. Poza planem, jedynym. Nigdy nie wykonanym, niedoskonale poprawianym. Jak poemat, zaczynający się od słowa, prowadzącego do zdań, ich tkających materię rymu, rytmu, początku, środka i końca. Melodią raz zasłyszaną, pozostającą w pamięci na zawsze. Szukaniem zapachu ukojenia. Błyskiem, okazją, przesuwaną w czasie, przeszłości, z teraz i w przód. Liczbą, napisaną, skreślaną, pomyślaną, zapisaną na nowo. Wplataniem uczucia zrozumienia, poczucia pełni. Nutą.

Mogę udawać, być kimkolwiek, przemieniać się. Mogę nie jest przymusem, nie i nie nawet próbą. Otwarciem, zamknięciem, trwaniem. Antraktem. Kurtyną. W górę i w doły. Sonatą, płynącą od, do i w międzyczasie. Bycie wykluczonym, zapraszanym, wyczekiwanym i zapominanym. Przypominanym. Odchodzącym, idącym, powracającym. Komórką, kamieniem węgielnym, istotą poruszającą się, nie poruszaną. Odpowiedzią, na pytanie, którego nie zadałem. Bogiem, bez Boga, bogów. Zasypianiem. Budzeniem. Siebie. Ciebie. Nas.

Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność Religia

Nie gniewam się matko

Nie gniewam się matko za słowa, które usłyszałem. Za wściekłość, zaokrągloną w precyzyjnie dobrany jad. Typowy dla ciebie. Dziękuję, muszę. Ulżyło mi. Upewniłem się. Nie odbiorę ci niczego, co do ciebie nie należy, w co wierzysz, że posiadasz, chociaż mógłbym. Wiesz o tym. Pozostawiam cię jaka jesteś. Przecież się nie zmienisz. Matko.

Nie możesz mnie już zranić. Wyczerpałaś moją cierpliwość. Nie zranię już nikogo z twojego powodu. Nie zamierzam siebie. Terapia czasu leczy serce. Dałaś mi go aż za nadto. Nie spotkamy się już nigdy. Nie zatańczę na twoim grobie, nie splunę, nie martw się. Matko.

Nie umarłem jak twierdzisz. Wbrew tobie nadal stoję, pewnie postawiłem pierwsze kroki, tuż po naszej rozmowie. Nie urodziłaś demona. Nie łudź się, nie zrobiłaś go ze mnie. Prawie ci się udało, przyznaję. Nie wiem kim ty jesteś. Pozostaniesz jednak. Matką.

Nie przestanę cię kochać. Nie polubię. Nie zapomnę. Pozwalam ci mówić o mnie wedle twojego życzenia, odmówię tego sobie. Nadstawię drugi policzek. Wiem jak lubisz uderzać w pierwszy. Nie oddam, nie nazwę cię tak, jak należy. Rozczaruję cię. Nie jestem tobą,. Matko.

Kategorie
Bez kategorii

Odkryłeś

Masz rację synuś. Kocham Londyn i byłem tam szczęśliwy. Tylko i na chwilę, rozwleczoną na lata. Odkryłeś tajemnicę. Śnię o nim. Szczęście się powtarza. Wsiadam do metra w Highgate, wysiadam na Krupniczej, wyśnionym wyjściem, pod Nawiedzeniem. Kościoły w Krakowie są mi bliższe. Nadal spaceruję po Hampstead. Nie odrywam oczu od  Rembrandta w Kenwood House. Skręcając, idąc plantami, za Teatrem Słowackiego, dochodzę do Hyde Parku. Przekraczając bramę na Rakowicach, oczekuję grobów polskich powstańców i Karola Marksa. Odbieram twojego brata ze szkoły, jadąc kilka przystanków, autobusem 43. Jeszcze pięć i dojadę do cmentarza, gdzie położę kwiat nad twoją siostrą. Zamawiam piwo, w Pubie pod Aniołem, który podaje mi najprawdziwszy hrabia, nie robiący sobie niczego z tego, że dzieli nas różnica milionów funtów. Podrywam długonogą dziewczynę z Somali, ze złotym zębem i uśmiechem, wartym grzechu. Biję brawo w teatrze, wzruszam się muzyką.

Ciężko pracuję. Nie jest idealnie. Jednak wiem, że żyję. Szczęśliwie. W moim miejscu. W tamtym. Londynie. Dickensa.

Kategorie
Toksycznym

Znak krzyża

Świąteczny spacer z próbą znalezienia otwartego sklepu, z wydłubanymi, z płaszcza, paroma groszami. Bezskuteczną. To nie Londyn. Tutaj nie zaprasza się muzułmanów. Wyrzuca się ich. Straszy się nimi. Upolitycznia, upokarza propagandą. Nie kupię chleba w muzułmańskim sklepie. Nie w Krakowie

Zimno. Śnieży. I torba parująca, ustawiona obok ławki. Kiełbasa, pizza w kartonie, uszka, pierogi, kapusta z grochem, zawinięte ciasta, pokrojone na cząstki. Owoce. Napoje. Nawet ćwiartka wódki. Zajrzałem. Ławka jak stół, zastawiony na ucztę. W pierwszy dzień Świąt rozglądam się, czy to może jest żart. Siadam naprzeciw, na parapecie szerokim i czekam. Dokąd para znika i nikt nie przychodzi. Szukałem chleba. Modlitwą i nadzieją. Czekam jeszcze i zabieram. Panie Święty.

Spotykam potykającego się faceta. Kolesia. Śmierdzi, jak tylko może cuchnąc ludzka bieda. Szczyny. Pyta o papierosa, pieniądze, coś do jedzenia. Oddaję mu torbę. Ale czekaj chłopie. Wyciągam kiełbasę. Zjadam. Wegetarian. Wesołych Świąt mówię, odchodzę. Oglądam się. Klęczy i patrzy za mną. Znaczy znak krzyża. Dla mnie.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

Nie masz, to masz

Święta. Świąteczna aura samotności. Nikt o mnie nie pamięta. Prawie, od niechcenia. Przypomniał sobie ZUS i Urząd skarbowy. Dostałem prezenty pod choinkę. Kary i odsetki, rózgi upominające. Wyzerowane konta w banku, wyzerowywujące się przez cały grudzień. Nie zapłaciłem czynszu, siedzę po ciemku. Nie masz, to masz, kaloryfery grzeją jak opętane. Nie przymieram głodem, jestem głodny. Nie jadłem od kilku dni.

Wigilia 2021. Kilka kromek tostowego chleba, barszcz biały i czerwony w proszku, zamieszany ciepłą wodą z kranu, czteropak najtańszego piwa, na po Pasterce, latarka czołówka na głowie, czytanie książek w jej świetle i mrok. Odkryte nowe zdolności. Mogę się myć z zamkniętymi oczami, wyzamiatać do błysku mieszkanie, przekradać się do wspólnej pralni, jak cichociemny, by się ubrać czysto. Ładować telefon w hipermarkecie. Przecież Bóg w stajence. Z Nim siedzę i ja.

Msza wspaniała, bez moich oczu przewróconych w górę i w dół. Odprawiana w ciemności. Okoliczności zbieg. Bóg się rodzi, noc truchleje. Z nią i ja. Nikt ważny tego nie widzi. Rozchodzimy się. Po komunii. Po zastawionych stołach i osobnym talerzu, nie dla mnie przeznaczonym, ja go też postawiłem, szczerze wierząc, że pojawi zagubiony pasterz, którym, nie przyznając się jestem, że oddam, to wszystko, za chwilę Bytu. Bycia, jak wy, moi bracia i moje siostry. Pozostając sobą. Wami? Z wami dzielę się opłatkiem Duchowym i Nadzieją. GLORIA. In excelsis Deo.

Kategorie
Chaos Śmierć

Drzewo, deszcz i płacz

Stoję w oknie. Przyglądam się drzewu, na którym zginął człowiek. Zabił się. Nie tak dawno. Była ulewa. Gdy ja wahałem się, czy przejeżdżać pod wiaduktem, w wodzie po pas, on po jego drugiej stronie wpadł w poślizg, w kałuży. Spotkał po drodze jedyne drzewo, po tej stronie ulicy, od oddalonych, zatłoczonych galerii, pod mój dom, gdzie rosną zakurzone orzechy.

Zaciągam się mocno papierosem. Pod drzewem, obdartym z kory, stoją zapalone znicze. Pamiętam dobrze dzień wypadku. Światła karetek, żal, zaciągnięte szczelnie zasłony. Zazdrość. Poślizgu. Odejścia z impetem. Dzisiaj zazdroszczę migoczących świec. Przypadku, nieplanowanego. Schodzę. Kładę się na podłodze. Patrzę na hak, wbity w wysoki sufit, ślad po zapomnianym żyrandolu.

Karcę się w myślach, za wspomnienie o śmierci. Odmawiam modlitwę za ojca, syna, brata, męża, kochanka. Odmawiam za siebie. Nie jest mi przykro. To tylko drzewo, deszcz i ukryty w nim płacz. Muszę wstać.

Kategorie
Spokojnie

Dziękuję

Będę powoli kończył moją przygodę z pisaniem. Tutaj. W takiej formie. Cieszy prawie dziesięć tysięcy wejść na tę stronę, anonimową przecież, ponad pięciuset obserwujących, chociaż zawsze krążących dookoła 40, w tym samym czasie. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Jak wszędzie, zawsze. Mnie czytać nie jest łatwo, wiem. Dotarłem jednak do krajów na całym świecie, czego nie mogłem spodziewać się, rozpoczynając.  

Wykląłem się przez te blisko dwa lata. Naobrażałem. Ponarzekałem. Starając się jednak być jak najbliżej prawdy, stanu uczuć. Przeszedłem przez ten czas niejedno. Podpierali mnie niektórzy czytający, co miałem do opisania, na duchu. Jestem bardzo wdzięczny. Także za okazane mi zaufanie, wzajemną pomoc i podtrzymywanie kontaktów, które zgodnie z duchem tej strony, pozostawię tylko do naszej wiadomości. Poznałem niezwykłych, utalentowanych ludzi, z wielkimi sercami. Bez nich, przypuszczam, nie było by mnie już wcale. Motywowali, poprawiali, w jednym wyjątkowym przypadku, ktoś cudowny przyprowadził mnie, za rękę, do wiary, którą wzgardziłem i przed którą się broniłem, mocno się zapierając. Był to naturalny, spokojny proces, pełen ciepła. Dziękuję Aniele.

Wyleczyły się moje nieszczęścia. Może nie całkiem. Jest już blisko. Wyrosłem jakoś z nieszczęśliwych miłości i oczekiwań, z bezdomności, depresji, które stworzyłem sam. Nauczyłem się przepraszać, nie oczekując przebaczenia, braku pogardy, niechęci. Nauczyłem się dobrze życzyć i wybaczać. Także sobie. Trzymać kciuki, naprawdę. Cieszyć się szcześciem cudzym, które mogło być moim. Nauczyłem się nie kłamać, unikać ranienia i być rannym. Prawie nauczyłem się na nowo pisać i rozmawiać, nie prowadzić monologów, nawet przez telefon. Prawie poznałem kogoś, z kimś mogło by mi być dobrze. Prawie udało mi się kogoś nie odrzucić. Postaram się niczego nie zepsuć. Postaram się doskonalić.

Dziękuję

Toksyczny (już nie aż tak bardzo)

PS

Czasami napiszę. Coś do końca. Mam setki niedokończonych zdań, czekających na zakończenie.

Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Bez kategorycznie Śmierć

Obiecałem

Wytarcie nosa, ust. Kraciastą chusteczką. Brązowo-białą. Odłożenie wszystkiego. Na zawsze. Dobre. Na pewność. Wieczną. Wiadomą. Szpitalnie odpychającą. Nie będzie mu to już potrzebne. Mój dziadek. Mój ojciec zastępczy. Niedoskonały. Pełzający i skrzydlaty. Płaczący. Ocierający nasze łzy. Układający pasjansy. Bridża. Karty, kolory, atuty. Uczący mnie grać, wygrywać, strategicznie, w szachy. Pocieszający, gdy robiono mi krzywdę. Przytulający, w chwili przerażenia. Z tlenem, lotnym, z papierosem, którego nie mógł już palić. Patrzący na mnie, zza szklących się oczu. Koniec. Żal. Pomarańczowy telefon, z tarczą i krzyk. Żony która nigdy go nie kochała, córki, która nie kochała nikogo. I drugiej, z miłością, której nie poznałem. Okłamywana, że ją, jej odebrałem. Moje zapatrzenie. Nie schowamy się. Nigdy więcej niczego mi nie opowiesz. Umieramy wspólnie. Urodzą się inni. Z nas. Przeskoczymy pokolenia. Obiecuję. Nic dla nas. Dla nich wszystko. Wywiązałem się. Mają się dobrze. Przetrwamy.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

O nas nie mówi konstytucja

Zaczynam się wkurwiać na nowo. Wpierdalać. Roznosi mnie złość. Zdrowieję. Najwidoczniej. Zaczynam się wyprowadzać z równowagi. Za wiele spraw, rzeczy, okoliczności, od miesięcy stało się zbyt letnio obojętne. Majaczące, na granicy świadomego rozpoznania. Ważnych. Cennych.

Mam dosyć. Nalotu dywanowego wiadomości. O imigrantach, złych księżach, dobrych i szlachetnych, politycznie wyrobionych ateistach. Apostazjach. Wyjściach z szafy, gejów, lesbijek, biseksualnych, odmiennych, jak z ziemi egipskiej. Maryjnych i chrystusowych objawieniach. O żydowskich kabałach, nacjonalistach, aresztowaniach, dziennikarzach w Stansted. Granicach, byłych premierach, gańdzi na sprzedaż, partnerach i rkach, mono i poli, wyklętych partyzantach. Ochronie zwierząt i Lempartach centkowanych, w lewo i prawo. Deptanych tęczach i krzyżach. Dietach i chuj jeden wie, czym jeszcze.

Hallo. Jeszcze tu jestem. Jesteśmy tutaj wciąż. Co to kogo, (tak, z przecinkiem) do kurwy obchodzi!? Nie zmuszam nikogo. Nie narzucam się. Tylko sygnalizuję. Jestem. Myślę, czuję, trwam. Nadal. Mam za to pod górę. Jak jakiś Herkules cherlawy. Wymiatam gówna. Ze stajni. Z obory. Klozetu. Dlaczego narzucacie. Się? Po co zmuszacie? O nas nie mówi konstytucja. Nie wyginamy nóg, nie pokazujemy dupy. Odbytu. Nie chwalimy się najnowszym wibratorem. W miejsca intymne. Obrazkiem z pielgrzymek. Składanymi dłońmi. Jesteśmy niewidoczni. Chcemy takimi pozostać.

Chujek, który machał przy drodze z Warszawy, zmusił mnie do słuchania Disco polo i wywodów. Dyrektor gdzieś tam. Zepsuło się autko za milion. Śmierdziało mu w moim. Palę. Przeszkadzało. Zatrzymałem się. Niech pan wyjdzie. Ty skurwysynu, usłyszałem. Reszty już nie. Ze skurwysynem w uszach odjechałem. Otwarłem okno. Szum zagłuszył przekleństwa. Nie trawię Świetlickiego, ale byłem mu wdzięczny, że sobie o nim przypomniałem.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Za

Zmieniam tabletki,

Jak skarpetki.

Miałem zielone,

Białe, mam czerwone.

Na dzień, na sen.

Na witam i żegnam.

Od A, do Za.

Kategorie
Znalezione w sieci

O poezji Charlesa Bukowskiego

stronatekstu.com

Przystępowałem do refleksji nad wierszami Charlesa Bukowskiego, znając
go dobrze jako powieściopisarza, choć nie czytanego przeze mnie już od
dawna, to jednak znakomicie zapamiętanego, zapamiętanego tak, że do
jego wierszy podchodziłem z wielką ciekawością i już ukształtowanym
wyczekiwaniem.

View original post 920 słów więcej

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Nie skreślę

Siedzę na obitej kości ogonowej. Piszę i patrzę w ekran. Na poduszce. Poporodowej. Osunąłem się na żelaznym krześle wysokim, w najdroższym mieszkaniu w tym mieście, tak przypuszczam. Był o nim artykuł. Nie było drabiny. Dostępnej. O wypadek się prosiło. Wycierając kurze, spadłem. Wiłem się, na kanapie. Złotej. Pomalowanej na ten kolor. Za co, tym razem? Przecież walczę. Staram się. Zmuszam! Przeszło trochę. Wstałem. Spocony, rozejrzałem się. Odkłoniłem się sobie, w nie moim, słonecznym lustrze, z odbitym widokiem na Wawel, zza firan. Zrobiłem czego się spodziewano. Zabrałem pieniądze. Wyszedłem. Przeczytałem bezosobową opinię. Zrobił. Gwiazdek pięć na pięć. Wiem kto napisał. Widziałem przetarte zdjęcia. Moją ręką. Od chemii, pozbawiającej palce śladów nikotyny. Wiem kto napisał, bo zadzwonił potem do mnie, zdziwiony, że to ja zbierałem jego brudy. Nazwisko. Trudno się z nim ukryć. Z jego także.

Oglądam telewizje. Nie brakowało mi ich przez lata. Telewizja. Sączy się z niej choroba. Znowuż Konstytucja. I brak mniej mnie w niej. Kogokolwiek. Kimkolwiek jest. Nie chwytam się za głowę. Podpieram ją. Opieram się i wypieram. Z uśmiechem. Nie zagłosuję już nigdy. Żadnego imienia nie skreślę. Ognia. Nie bawcie się ze mną. Ogniem.

Miałaś kochanko diamenty. Polsko. Masz przygasający z nich popiół.

To nie mój Bóg. Nie mój honor. Nie moja Ojczyzna.

Kategorie
Bez kategorii

Dr Justyna Budzińska-Tylicka. Marzyła o wolnej Polsce, równych prawach dla kobiet i medycynie

https://www.medonet.pl/zdrowie,dr-justyna-budzinska-tylicka–marzyla-o-wolnej-polsce–rownych-prawach-dla-kobiet-i-medycynie,artykul,43469795.html

Kategorie
Bez kategorii Życie

Porównuję

Przyglądam się. Słucham. Nie wdaję się w rozmowy. Zamieniem wymianę myśli na monologi, które do niedawna były moim sposobem, na ukrywanie kim jestem. Teraz są specjalnością tych, których zachęcam. Krótkimi, i, jak, myślisz? Jakimkolwiek krótkim zaproszeniem. Do prawdy, której nikomu nie wyjawię, nie opowiem, ocenię. Do istoty nie mojego bytu. Dziwię się. Porównuję. Zachowuję spokój. Doceniam. Współczuję. Jestem łowcą, nie polując. Jestem ofiarą, nie drapieżnikiem. Nikt nie wie, że jestem owcą ukrytą pod skórą owczarka. Oswojonego wilka. Nie musi wiedzieć. Ta wiedza nie jest nikomu potrzebna.

Historie są niezwykłe. Osobiste. Prawdziwe. Żyjące.

Zamiast mnie jest chłopiec, mężczyzna, starzec. Święty, przeklęty. Ktoś. Proch i glina.

Człowiek. Ludzka istota. Nikt. Każdy.

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć Przyjemność

Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Historia. Zwykła. Spędziłem trzy dni z poznaną przyjaciółką, sprzed nam tylko znanej ery. Nie widzieliśmy się tak długo, że nie mogliśmy się rozpoznać, wiedząc, że się znamy. Przeciągało się ponowne spotkanie. Gdy wreszcie się wydarzyło, rozmawialiśmy, przerywając tylko na sen, na oddalonych kanapach. Wypiliśmy za dużo. Wyznaliśmy więcej niż wielu. Nie zrobiliśmy niczego, czego moglibyśmy żałować, ale wszystko co powinniśmy, bez poczucia żalu. Tak jak nie pamiętam już, że mogło być kiedykolwiek, z kimkolwiek. O czym zapomniałem i dostałem. Po gębie wspomnieniem.

Jesteśmy równie niepoważni, mimo doświadczenia. Nieodpowiedzialni. Wbrew oczekiwaniom. Gotowi na wszystko. Podpierający się w nieposłuszeństwie.

Wiem, że nie wolo nam było i nie będzie nam wolno. Wpadniemy w spiralę wiru, który może zabrać nas na dno, głęboko, bez wybaczenia sobie i wzajemnie. Nauczyłem się. Wszystko by stanęło, albo ruszyło za szybko z miejsca. Będzie jednak w naszych sercach miejsce dla siebie. Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

W glorii

Nie kochamy zawsze tak samo. Nie możemy, nie umiemy i nawet nie powinniśmy. Nie kochamy tego samego człowieka, ludzi tych samych. Nawet gdyby, zmienieni, w czasie, zmianami, nie jesteśmy tacy sami. Inni, kochamy inaczej. Kochani podlegają zmianą, jak my. Pamięć miłości nie zapewnia kochania, którego już nie ma, zastąpiło go inne, zmienione.

Śniły mi się byłe żony, partnerki, matki moich dzieci. Stały posągowo, jak Ateny, Gaje, Afrodyty. Ze słodyczą moich i ich wysiłków. Z tarczami i w lśniących brązach. Polerowanych dniem po dniu. Chlebem powszednim. Śniłem o kobietach, które nie stały się moje. Muzy, Driady, Nimfy, Eraty … Na polach Dionizosa. Z zastępami w nie mniej oślepiających złocistych szeregach. Wykarmionych mlekiem i staraniem. Śnili mi się mężczyźni, których dotykałem, którzy chcieli być moimi, a nie jestem aż tak spartański. Achillesowe, Gigantyczne postacie, walczące, ślizgające się w błocie nieporozumienia. W glorii. Wyzwolenia.    

Kategorie
Znalezione w sieci

Ksiądz więził, głodził i gwałcił 12-latkę, aż złamał jej miednicę. Opowieść po 15 latach

Jestem katolikiem i to głęboko wierzącym. To nie nie jest ksiądz i nie jest to religia. To podłość, skurwysyństwo i mam nadzieję, że Bóg doświadczy go jeszcze za życia.

https://oko.press/ksiadz-wiezil-glodzil-i-gwalcil-12-latke-az-zlamal-jej-miednice-opowiesc-po-15-latach/?utm_medium=Social&utm_source=Facebook#Echobox=1635437173

Kategorie
Pamięć Religia Rodzina

Zaduszki. Nie jazzowe

Zaduszki. Nie jazzowe. Na najbrzydszym cmentarzu w Krakowie. Pocieszenie jedyne w tym, że cmentarz nie musi być ładny. Wystarczy funkcjonalność. Miękka ziemia, wyznaczone alejki, którymi przemieszczają się poprzebierani ludzie, czyjeś rodziny, przyjaciele, wrogom nikt nie zabroni zaświecenia świecy, dyskretnego splunięcia, zamiast modlitwy.

Jakiś mało żurnalowy ten rok. Nie tak bogaty w futra i drogie kozaczki. Pudelkowe. Było za ciepło. Kreacje szykowane od sierpnia okazały się za zimowe, na parskania i narzekania na choroby. Na puszenie się przed kuzynami, jak to wspaniale nam się powodzi.

Jedyny cmentarz który odwiedziłem. Ojcowski. Wyklęty parias, któremu pozostał tylko święcie zapamiętany ojciec. Nie poszedłem na inne. Nie popatrzyłbym na tych, którzy mogli by tylko patrzeć z niepewnością. Można go pozdrowić? Zamienić kilka zdań, bez zobowiązań? Nie poszedłem też do ojca w dzień zmarłych. Wszystkich Świętych. Nie chciałem spotkać tych, którzy mają mnie w dupie, od niepamiętnych lub niedotykalnych czasów. Spędziłem go w towarzystwie śmiechu. Dobrym.

Msza w kościele, równie brzydkim jak cmentarz. Spowiedź, komunia, odpust zupełny dla taty. Nie był ideałem. Był moim idolem. Tatą. Uroniłem kilka łez, tęsknych, z żalem. Wybaczyłem mu wszystko. Teraz muszę wybaczyć mojej matce. Mamie. Jest jeszcze czas. Na uśmiech przez żałość.

Kategorie
Znalezione w sieci

How employers can get workers back into office — Abycats’ Thoughts

Znakomity tekst o pracy. Polecam!

https://www.wsj.com/articles/boss-get-remote-workers-back-office-11635531138?mod=hp_lead_pos7 How Bosses Can Lure Remote Workers Back to the Office Sure, companies can insist. But there are also things they can do that will make employees want to return. By Alexandra SamuelOct. 30, 2021 10:00 am ET There is a magical land where the temperature is always 72 degrees, the Wi-Fi never goes down, and […]

How employers can get workers back into office — Abycats’ Thoughts
Kategorie
Pamięć Toksyczny

I nie ma

Dwie godziny. I nie ma moich kolczyków. Prawie. Zostawiłem te niewidoczne. Z widocznych zostały jedynie wypełniające miejsca przestrzeni. Poddałem się więc. Założę je znowu, gdy pozwoli mi na to olanie drobnomieszczańskich opinii kraju, w którym postanowiłem żyć po raz kolejny, urodzenia. Czuję się jak zdrajca. Kłamię znowu. Będę musiał, że nie jestem kim jestem. Będę taki jak inni. Uśrednię się. Zasadniczo. Pełnią. Oczekiwaniami. Nie usłyszę, nie pasuje, myślę że zwariowałeś. Skończy się na jakiś czas moje milczenie. Zawstydzające. Ja nie oceniam kim jest ktoś. Jaki, jakim byłby, jakim jest w momencie bycia. Gdy już spoczywa, kilka stóp pod zabetonowanym pomnikiem egoistycznych potrzeb bliskich, w miejscu zapomnianym, bezimiennie zarosłym. Nie brakuje mi umiejętności odpowiedzi. Tych kłująco niechętnie słuchanych. Nie skorzystam z nich. Pozwalam sobie na słuchanie. To wystarczy. Musi wystarczyć oceniającym mnie nisko. Wyceniających się wysoko.

Po dwóch godzinach popatrzyłem na siebie. Na twarz. I na szyję z różańcowymi cząstkami kryształu. Tego nie zdejmę, chociaż naprawiałem już tyle razy, rozdarcia w wielu miejscach. Założyłem nowy krzyżyk, w zamian zagubionego w niemytym kiblu, na belgijskiej budowie. Może kiedyś odnajdzie go, jakiś badacz zwyczajów, udomowionych niewolników, robotniczej rzeszy, sprzedających się za bezpieczeństwo, zrzucone z pańskich stołów?

Teraz czas ruszyć za przeznaczeniem. O was wszystko, o mnie tyle, bym nie upadł najniżej. W NM, w nieznanym, płytko wykopanym grobie. W sam raz dla takich jak ja.

Kategorie
Uczucia Życie

Łamię o nią życie

Przestaję nadążać. Nie chcę już tego wcale. Nie podnoszę się. Prawie już wcale. Jak po krzyku: na kolana skurwysynu. I zostań. Jak pies. Leży. Leży skurwysyn. Nie rusza się. Kopniak, uderzenie łamiące nos. Kastet, pałka, twarde podeszwy butów. Dotykam językiem miejsc, gdzie do niedawna były zęby. Na kolanach. Boję się tylko prądu. I że znowu mnie zawieszą głową w kierunku jądra ziemi.

Zemszczę się. Nie zemszczę. Jestem gorszy niż wy. Nie jestem. Piję, wypijam, byle nie pamiętać. Wlewam w siebie, wdycham, wypalam zapomnie, w każdej postaci. Szaleję, rżnę bez opamiętania. Każdego kto chce i nie. Chce pomóc i wykorzystuje, mnie i ja robię to symetrycznie. Wszystko mi wolno. Być. Wolnym potrafi być tylko prawdziwie nieszczęśliwy. A ja jestem. Człowiekiem z nieszczęściem, wydestylowanym z dobrego charakteru. Nadziei, wiary, tęsknoty. Z niebezpiecznym narzędziem w ręku, gorszymi jeszcze myślami. Zdolny do wszystkiego. Nie zdolny do niczego.

Pęka cienka granica, lat za wielu spędzonych na ucieczkach i powrotach. Kochaniu i rozczarowaniach. Niewłaściwych i niewłaściwymi. Za mocno, za bardzo, za otwarcie. Za bardzo pamiętliwie i naiwnie. Rozbija się popękane oblicze w odbiciu lustra. Lustrzaność zmarszczek w Wildeowskim oczekiwaniu zwrotu akcji. Najpierw więc kara, potem wina. Pokrętna ciężkość bytu. Niech się Dostojewski rozbije, polakożerczą mordą o nowo carski bruk, upadając głową w przód. Niech się francuski Czech wali. To ja jestem bohaterem mojej opowieści. To ja łamię o nią życie, oni tylko połamali pióra.

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה

Słucham w osłupieniu. Stałem się słupem. Soli. Siedzącym. W starym samochodzie, po jeździe przez cały kontynent. Jedną ręką trzymając telefon. Mocno. Przywarł mi, płynącymi z czoła strumykami potu, do zwiniętego małżowiną ucha. Pot nocnej jazdy w ulewie, obok ciskających błotem ciężarówek. Przejadę, dojadę? Niewidzialne koleiny, nie pozwalające na zmianę pasów. Moje Gwiezdne Wojny, na autostradach wiodących do Sodomy, instynktem. Drugą zaciskam kierownicę, spoconą dłonią. Spośród palców czuję zapocone kapanie. Kątem oka obserwuję powiększającą się kałużę, na lewym kolanie spodni. Zasychającymi granicami bielącej się Gomory, ustalonej kształtem mojego ciała. Kraków. Pępek. Mesjanizm. Ojczyzna chlebem pachnąca i dobrem. Doświadczona, mądra, w niej się schowam. Niedoceniający. Chcący za dużo, za szybko. Za bardzo.

– Dlaczego byłaś dla mnie taka podła? Słyszę bełkot mojego pytania, z martwiejących ust. Wypowiedziane z dykcją Cycerona.

–  Zemściłam się, że mnie zostawiłeś. Kiedyś. Wtedy. Mówi matka mojego dziecka, z teraz.

– Dlaczego zabrało ci tyle czasu, aby to powiedzieć? Nie mogę unieść głosu. Minęło tyle lat. Dlaczego mi to zrobiłaś.

– Zawiodłam się.

– Czym? To było tak dawno temu. Jak mogłem cię zawieść?

– Cokolwiek byś nie zrobił, nic by to nie zmieniło. Byłeś miłością mojego życia. Teraz tylko jesteś.

– Za to karzesz mnie i nasze dziecko?

– Dziecko jest moje. Już ci pomogłam. Nie będę pomagać więcej. Poświęciłam się.

– Jak? Poświęciłaś się dla siebie? Nie wymagałem niczego. Kurwa…

– Pip, pip, pip, pip, pip… Kurwa przerwała dalszą rozmowę. Ja zły, niedobry, niereformowalnie. Przekleństwa przerywają rozmowy. Usta zacisnęły się. W bezgłośnym zawodzie. Sól, jak lody, powstrzymujące ruchy pękły, pozwalając się poruszyć. Zrozumiałem. Jestem sam. A nie chciałem. Nie musiałem. Zostałem.

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה שתיים

Przekleństwa przerywają rozmowy. Heroicznie. Komicznie. Dynamicznie. Ostatecznie. Dramatycznie. Myślami, słowami, działaniem i jego brakiem. Prosto, bez szukania wymówek. Nie inwektywy. Nie rzucanie obelgami. Nie we wściekłości. W spokoju czynienia tego, co nie powinno się stać. Dziać. Przekleństwa przerywają życie. Na zawsze. Na długi czas. Wytrwałością pamięci. Żółcią wyobrażeń, odbierającą chęci, nadającą odrazę. Wspomnieniem. Odrzuceniem wydarzeń. Zapamiętaniem krzywdy. Nie zadawaniem pytań. Odpowiadaniem na pytania, których nikt nie zadał. Wyparciem.

A więc wojna? Trzeba przygotować się na straty. Własne i czyjeś. Wojna to odpowiedzialność, za rany. Śmiertelne, trwające i odwleczone w czasie. Nie, nie będzie wojny. Potyczek. Nawet mową. Zdecydowałem, wytrząsając sól przeklętych miejsc, utrwalonych historią.

Tak, złapałem się za głowę, podpierając ją stopami. Wiem gdzie. Czasami przechodzę. To latarnia na skrzyżowaniu, Krakowskiej i Dietla, gdy wybiegłem, pozostawiając przed, wybierając potem, teraźniejszość, bezmiłosną. Bandurskiego, gdzie przesiedziałem noc nagi, patrząc w czerwono-świetliste oko kamery. Niedaleki sklep poranny, gdzie postanowiłem wypić na złe i dokończyć, co nigdy się nie rozpoczęło. Pisanie nienawiści, Na Kapelance, w pijackim amoku. Naciskanie przycisku przy drzwiach, przy Wiśle, usłyszenie głosu z głośnika, który pokochałem przypadkiem. Który powiedział odejdź. Nie chcę cię. Usłyszany po raz absolutnie ostatni. Zapach córki na koszuli, zasypiającej dzień wcześniej w niewiedzy, że nie przytulimy się tak i tam nigdy więcej. Zamknięte drzwi i zatrzaśnięte okiennice. Widok moich ubrań wrzuconych w czarne worki i książek wyrzuconych na stos. Gibbonie pomyślałbyś, że cesarstwo upadło, nie starożytnie, lecz ze mną, współcześnie. Nie Rzym upadł, ja się nie podniosłem na czas.

Gdyby nie rozmowa, zakończona wyznaniem przeklętym i sygnałem piszczącym nieznośnie, melodycznym, para, para, para, czułbym winę, za koniec rozpadu nietrwałości. A więc kłamstwo. Jak, a więc wojna. Z pieśnią wydartą z gardła. Pod sztandarami nieszczerości. Poświęciłem miłość za nieprawdę. Moją miłość, zaduszoną, która mi powiedziała: nic nie jest ważne, poza nami, mam to w dupie, co myślą inni, mam w to w dupie. A ja? Nie chciałem ranić bardziej, nie chciałem wierzyć. Uwierzyłem za późno. O dobę. Niczego nie ochroniłem poza kłamstwem, wszystko straciłem obłudą. Obejrzałem się przez ramię, zamiast wpatrywać przyszłości.  Wiem czym była Sodoma, czym jest Gomora musiałem się dopiero przekonać. Bóg tylko patrzył. Tylko się domyślam jak. Wybrał dla mnie inną karę. Próbę. Nie stałem się jak żona Lota. Nie przemienił mnie w nic, lizawkę bydlęcą. Zmusił mnie do poznawania każdego, źle wymierzonego kroku, który postawiłem i który będę stawiał.

Kategorie
Śmierć Życie

Kim jesteś? Czy jesteś?

Do ciebie to piszę. Tak, do ciebie. Przenoszę się słowami w przestrzeni, unoszę się na nich pomiędzy miejscami. Obcość. Słowo zbite, utkane jak lniana koszula. Ostre i nieuprasowanie. Na każdą porę, doby i lat. Sięgające daleko. I następne, na którym powracam z wyprawy. Bliskość. Ciągnące się, żywicznie, lepkie i przeźroczyście bezkształtne. Ląduję na nim, woduję, o milimetry od dna. Przybyłem, usłyszałem, zawróciłem.

Kim jesteś?

Tak, o tobie piszę. Rozmazanymi śladami ciągu znaków, które pozostawiam dla ciebie, gdziekolwiek jesteś. Zdaniami, które możesz rozumieć, jak chcesz, lub nie. Ja tylko wprawiam je w ruch. Czarodziejsko nadając im brzmienie, jak nuty zamieniają dmuchnięcie warg w melodyczny, śpiew fletu. Nieodczytane, nie rodzą się. Czytane ożywają, zjawiskowo. Zapomniane, umierają.

Czy jesteś?

Kategorie
Psychika Życie

Nic nie jest łatwe

Miał być alkoholizm. Wysokofunkcjonujący. Takie to było łatwe. Przestać pić. Łagodnie, z głębokim, lekkim oddechem, omijać części sklepów, gdzie czekało uspokojenie. Liczyć dni. Trzeci, piąty, dwudziesty. Miesiąc. Brawo, oklaski. I następny. Nagradzać się codziennym drobiazgiem. Patrzeć jak znika obrzęk na twarzy. Dziwić się, skąd te zmarszczki. Tracić kilogramy, bo i tak bywa. Przybierać zdrowo na wadze. Badać wątrobę. Pochłaniać witaminy, potas. Nawadniać się. Rzucać palenie. Wypić kilka piw, na próbę, znowu czuć dumę. Nie robić głupot, z siebie głupca. Kontrolować się, pierwszy raz od lat. W końcu załamać się. Siedzieć jak zombie. Dzień po dniu. Zmuszać się do pracy, chociaż godzinę, do umycia się, do jabłka, do filmu, do modlitwy, do rozmowy.

Miała być osobowość z pogranicza. Przypadek typowy. Jak z alkoholem. Łatwo. Czekać na działanie leków. Jeszcze dzień, tydzień. Powoli rozpoznawać siebie. Rozumieć dlaczego było się, jakim się było. Wybaczać sobie. Wyrównywać rachunki. Przyzwyczajać się. Obmyślać strategię ruchu, w nowym, nieznanym świecie. Odkrywać, że się nie pamięta wysyłanych wiadomości, wykonanych telefonów. Wstydzić się. Godzić się. Znowu się załamywać, zwiększać dawki, brać pod uwagę szpital. Nie móc zasnąć. Nie widywać nikogo. Ożywać, brać prysznic, przebrać się, wyrzucić śmieci, sprzątać. Powracać.

Nie ma alkoholizmu, nie ma osobowości z pogranicza. Nic nie jest łatwe. Były testy. Analizy. Retrospekcja. Trudna diagnoza. Jest depresja maskowana. Błędy w wychowaniu. Nieufność. Unikanie, wypieranie. Uderzył grom, z opóźnieniem, kopytami apokalipsy. Miało być nowe, powróciło stare. Nigdy się nie poddaję, powiedziałem, tak mnie nauczono. To błąd. Padło krótkie zdanie. Otwierające. Nie pozostało mi nic innego jak zawyć, zaskowytać i zapłakać jak dziecko, którym nigdy być nie przestałem i zacząć życie bez walki. Dorosłe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Bezużytecznie

Łomot w drzwi. Zerwałem się na równe nogi. Cały spięty stoję i czekam. Cisza. Mijają sekundy, jak wieczność. Serce zaczyna walić. Dalej nic zupełnie. Wydawało mi się? Szelest, skrobot? Otwieram. Kurwa, otwieram. Pod drzwiami leży człowiek. Znam go. Z widzenia. Starszy pan, sąsiad, gdzieś z budynku, w którym mieszkam. Ma rower dla niepełnosprawnych, trójkołowy, jak dla dzieci, ale wielki, z kawałkiem drewna w koszyku, wystruganym w trójkąt. Leży we krwi. Sama krew. Jej zapach. Czuję jak uginają mi się kolana, rozglądam się po korytarzu, znad niego. Nie ma nikogo. Widzę tylko ślady krwawych odcisków dłoni na ścianach i posadzce. Nie szarpię. Spokojnie. Nie szalej. Delikatnie dotykam twarzy. Czy pan mnie słyszy? Jakiś ruch. Zwrot po telefon. Pogotowie. Jaki to numer? 212? Wybrałem i wracam. Wciskam zielony punt na ekranie. Opowiadam i zaczynam reanimację. Dmucham, uciskam, odpowiadam na pytania, do chwili, gdy ktoś mnie odciąga. Wyrywam się. On żyje! Przysiadłem. Położyłem się. Bezużytecznie.

Dwadzieścia minut, jak się okazało, trwało to wszystko. Człowiek przeżył. Wywrócił się na schodach. Przyczołgał się do mnie, bo tylko ja się do niego uśmiechałem i tylko ja pomogłem mu dojść do jedynej w pobliżu kawiarni i kawę z nim wypiłem, nawet za nią zapłaciłem. Rozmawiałem. Podałem mój numer mieszkania, zaprosiłem na obiad. Nie pamiętałem i nie pamiętam. Byłem w szpitalu. Pogłaskał mi rękę, którą mu podałem. Uleciała mi dusza, zabierając smutek. Nie zapytałem jak ma na imię. Zapytam jutro. Nie mogę, nie zapytać. Wiem tylko, że lubi Pink Floyd. A ja znam ścianę z płyty The Wall.