Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה שתיים

Przekleństwa przerywają rozmowy. Heroicznie. Komicznie. Dynamicznie. Ostatecznie. Dramatycznie. Myślami, słowami, działaniem i jego brakiem. Prosto, bez szukania wymówek. Nie inwektywy. Nie rzucanie obelgami. Nie we wściekłości. W spokoju czynienia tego, co nie powinno się stać. Dziać. Przekleństwa przerywają życie. Na zawsze. Na długi czas. Wytrwałością pamięci. Żółcią wyobrażeń, odbierającą chęci, nadającą odrazę. Wspomnieniem. Odrzuceniem wydarzeń. Zapamiętaniem krzywdy. Nie zadawaniem pytań. Odpowiadaniem na pytania, których nikt nie zadał. Wyparciem.

A więc wojna? Trzeba przygotować się na straty. Własne i czyjeś. Wojna to odpowiedzialność, za rany. Śmiertelne, trwające i odwleczone w czasie. Nie, nie będzie wojny. Potyczek. Nawet mową. Zdecydowałem, wytrząsając sól przeklętych miejsc, utrwalonych historią.

Tak, złapałem się za głowę, podpierając ją stopami. Wiem gdzie. Czasami przechodzę. To latarnia na skrzyżowaniu, Krakowskiej i Dietla, gdy wybiegłem, pozostawiając przed, wybierając potem, teraźniejszość, bezmiłosną. Bandurskiego, gdzie przesiedziałem noc nagi, patrząc w czerwono-świetliste oko kamery. Niedaleki sklep poranny, gdzie postanowiłem wypić na złe i dokończyć, co nigdy się nie rozpoczęło. Pisanie nienawiści, Na Kapelance, w pijackim amoku. Naciskanie przycisku przy drzwiach, przy Wiśle, usłyszenie głosu z głośnika, który pokochałem przypadkiem. Który powiedział odejdź. Nie chcę cię. Usłyszany po raz absolutnie ostatni. Zapach córki na koszuli, zasypiającej dzień wcześniej w niewiedzy, że nie przytulimy się tak i tam nigdy więcej. Zamknięte drzwi i zatrzaśnięte okiennice. Widok moich ubrań wrzuconych w czarne worki i książek wyrzuconych na stos. Gibbonie pomyślałbyś, że cesarstwo upadło, nie starożytnie, lecz ze mną, współcześnie. Nie Rzym upadł, ja się nie podniosłem na czas.

Gdyby nie rozmowa, zakończona wyznaniem przeklętym i sygnałem piszczącym nieznośnie, melodycznym, para, para, para, czułbym winę, za koniec rozpadu nietrwałości. A więc kłamstwo. Jak, a więc wojna. Z pieśnią wydartą z gardła. Pod sztandarami nieszczerości. Poświęciłem miłość za nieprawdę. Moją miłość, zaduszoną, która mi powiedziała: nic nie jest ważne, poza nami, mam to w dupie, co myślą inni, mam w to w dupie. A ja? Nie chciałem ranić bardziej, nie chciałem wierzyć. Uwierzyłem za późno. O dobę. Niczego nie ochroniłem poza kłamstwem, wszystko straciłem obłudą. Obejrzałem się przez ramię, zamiast wpatrywać przyszłości.  Wiem czym była Sodoma, czym jest Gomora musiałem się dopiero przekonać. Bóg tylko patrzył. Tylko się domyślam jak. Wybrał dla mnie inną karę. Próbę. Nie stałem się jak żona Lota. Nie przemienił mnie w nic, lizawkę bydlęcą. Zmusił mnie do poznawania każdego, źle wymierzonego kroku, który postawiłem i który będę stawiał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s