Kategorie
Bez kategorii

Dr Justyna Budzińska-Tylicka. Marzyła o wolnej Polsce, równych prawach dla kobiet i medycynie

https://www.medonet.pl/zdrowie,dr-justyna-budzinska-tylicka–marzyla-o-wolnej-polsce–rownych-prawach-dla-kobiet-i-medycynie,artykul,43469795.html

Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Bez kategorycznie Śmierć

Obiecałem

Wytarcie nosa, ust. Kraciastą chusteczką. Brązowo-białą. Odłożenie wszystkiego. Na zawsze. Dobre. Na pewność. Wieczną. Wiadomą. Szpitalnie odpychającą. Nie będzie mu to już potrzebne. Mój dziadek. Mój ojciec zastępczy. Niedoskonały. Pełzający i skrzydlaty. Płaczący. Ocierający nasze łzy. Układający pasjansy. Bridża. Karty, kolory, atuty. Uczący mnie grać, wygrywać, strategicznie, w szachy. Pocieszający, gdy robiono mi krzywdę. Przytulający, w chwili przerażenia. Z tlenem, lotnym, z papierosem, którego nie mógł już palić. Patrzący na mnie, zza szklących się oczu. Koniec. Żal. Pomarańczowy telefon, z tarczą i krzyk. Żony która nigdy go nie kochała, córki, która nie kochała nikogo. I drugiej, z miłością, której nie poznałem. Okłamywana, że ją, jej odebrałem. Moje zapatrzenie. Nie schowamy się. Nigdy więcej niczego mi nie opowiesz. Umieramy wspólnie. Urodzą się inni. Z nas. Przeskoczymy pokolenia. Obiecuję. Nic dla nas. Dla nich wszystko. Wywiązałem się. Mają się dobrze. Przetrwamy.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Porównuję

Przyglądam się. Słucham. Nie wdaję się w rozmowy. Zamieniem wymianę myśli na monologi, które do niedawna były moim sposobem, na ukrywanie kim jestem. Teraz są specjalnością tych, których zachęcam. Krótkimi, i, jak, myślisz? Jakimkolwiek krótkim zaproszeniem. Do prawdy, której nikomu nie wyjawię, nie opowiem, ocenię. Do istoty nie mojego bytu. Dziwię się. Porównuję. Zachowuję spokój. Doceniam. Współczuję. Jestem łowcą, nie polując. Jestem ofiarą, nie drapieżnikiem. Nikt nie wie, że jestem owcą ukrytą pod skórą owczarka. Oswojonego wilka. Nie musi wiedzieć. Ta wiedza nie jest nikomu potrzebna.

Historie są niezwykłe. Osobiste. Prawdziwe. Żyjące.

Zamiast mnie jest chłopiec, mężczyzna, starzec. Święty, przeklęty. Ktoś. Proch i glina.

Człowiek. Ludzka istota. Nikt. Każdy.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Za

Zmieniam tabletki,

Jak skarpetki.

Miałem zielone,

Białe, mam czerwone.

Na dzień, na sen.

Na witam i żegnam.

Od A, do Za.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

O nas nie mówi konstytucja

Zaczynam się wkurwiać na nowo. Wpierdalać. Roznosi mnie złość. Zdrowieję. Najwidoczniej. Zaczynam się wyprowadzać z równowagi. Za wiele spraw, rzeczy, okoliczności, od miesięcy stało się zbyt letnio obojętne. Majaczące, na granicy świadomego rozpoznania. Ważnych. Cennych.

Mam dosyć. Nalotu dywanowego wiadomości. O imigrantach, złych księżach, dobrych i szlachetnych, politycznie wyrobionych ateistach. Apostazjach. Wyjściach z szafy, gejów, lesbijek, biseksualnych, odmiennych, jak z ziemi egipskiej. Maryjnych i chrystusowych objawieniach. O żydowskich kabałach, nacjonalistach, aresztowaniach, dziennikarzach w Stansted. Granicach, byłych premierach, gańdzi na sprzedaż, partnerach i rkach, mono i poli, wyklętych partyzantach. Ochronie zwierząt i Lempartach centkowanych, w lewo i prawo. Deptanych tęczach i krzyżach. Dietach i chuj jeden wie, czym jeszcze.

Hallo. Jeszcze tu jestem. Jesteśmy tutaj wciąż. Co to kogo, (tak, z przecinkiem) do kurwy obchodzi!? Nie zmuszam nikogo. Nie narzucam się. Tylko sygnalizuję. Jestem. Myślę, czuję, trwam. Nadal. Mam za to pod górę. Jak jakiś Herkules cherlawy. Wymiatam gówna. Ze stajni. Z obory. Klozetu. Dlaczego narzucacie. Się? Po co zmuszacie? O nas nie mówi konstytucja. Nie wyginamy nóg, nie pokazujemy dupy. Odbytu. Nie chwalimy się najnowszym wibratorem. W miejsca intymne. Obrazkiem z pielgrzymek. Składanymi dłońmi. Jesteśmy niewidoczni. Chcemy takimi pozostać.

Chujek, który machał przy drodze z Warszawy, zmusił mnie do słuchania Disco polo i wywodów. Dyrektor gdzieś tam. Zepsuło się autko za milion. Śmierdziało mu w moim. Palę. Przeszkadzało. Zatrzymałem się. Niech pan wyjdzie. Ty skurwysynu, usłyszałem. Reszty już nie. Ze skurwysynem w uszach odjechałem. Otwarłem okno. Szum zagłuszył przekleństwa. Nie trawię Świetlickiego, ale byłem mu wdzięczny, że sobie o nim przypomniałem.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Nie skreślę

Siedzę na obitej kości ogonowej. Piszę i patrzę w ekran. Na poduszce. Poporodowej. Osunąłem się na żelaznym krześle wysokim, w najdroższym mieszkaniu w tym mieście, tak przypuszczam. Był o nim artykuł. Nie było drabiny. Dostępnej. O wypadek się prosiło. Wycierając kurze, spadłem. Wiłem się, na kanapie. Złotej. Pomalowanej na ten kolor. Za co, tym razem? Przecież walczę. Staram się. Zmuszam! Przeszło trochę. Wstałem. Spocony, rozejrzałem się. Odkłoniłem się sobie, w nie moim, słonecznym lustrze, z odbitym widokiem na Wawel, zza firan. Zrobiłem czego się spodziewano. Zabrałem pieniądze. Wyszedłem. Przeczytałem bezosobową opinię. Zrobił. Gwiazdek pięć na pięć. Wiem kto napisał. Widziałem przetarte zdjęcia. Moją ręką. Od chemii, pozbawiającej palce śladów nikotyny. Wiem kto napisał, bo zadzwonił potem do mnie, zdziwiony, że to ja zbierałem jego brudy. Nazwisko. Trudno się z nim ukryć. Z jego także.

Oglądam telewizje. Nie brakowało mi ich przez lata. Telewizja. Sączy się z niej choroba. Znowuż Konstytucja. I brak mniej mnie w niej. Kogokolwiek. Kimkolwiek jest. Nie chwytam się za głowę. Podpieram ją. Opieram się i wypieram. Z uśmiechem. Nie zagłosuję już nigdy. Żadnego imienia nie skreślę. Ognia. Nie bawcie się ze mną. Ogniem.

Miałaś kochanko diamenty. Polsko. Masz przygasający z nich popiół.

To nie mój Bóg. Nie mój honor. Nie moja Ojczyzna.

Kategorie
Pamięć Uczucia

Tęsknota

Tęsknota. Kłująca serce, podtrzymywana cybernetycznym światem. Już nie miłosna. Nie zazdrosna. Trup miłości, kolanami dotykającego zapłakanych policzków. Zwinięty. W objęciu niczego nie czujących ramion. Z tłukącym, przypominającym wspomnieniem, mocniej niż ziemia, uciekająca spod nóg w trzęsieniu. Wylatującym poza orbitę Plutona i powracającym w otchłań Hadesu, z szybkością gubiącą ciało. Z duszą rozsuwającą szwy czerepu, ciśnieniem opadania w ciemność. Czarność. Marność. Oślizgłość.

Przygarnięta tęsknota. W strachu, lękliwszym niż martwość tkanek zapamiętanych uczuć. Krzycząca, gdy zakopana za życia, wołała o jeden jeszcze dzień, zawieszenia w niebycie. Pytająca, czy pamiętam? Stratę. I banał. Patrząca jak patrzyła, bo musiała się, napatrzeć, zanim cię zabrakło.

Lituję się nad moją tęsknotą. Wiem, jest jej trudno. Czuję jak się męczy. Podtrzymuję ją na duchu. Podpieram. Leczę. Zdrabniam jej imię. Głaszczę. Tęsknotkę. Przypominam, że było warto. Nie wierzy w moje zapewnienia, usycha pękami opadających płatków podarowanych róż. Czerwonych. Nie mogę jej pomóc. Nie mogę jej zawieść, kierując ku obojętności. Niechęci, ożywczej nienawiści. Nie mogę, nie potrafię sam się okłamywać i mojej Tęsknoty. Bogini nieboskiej. Echa w górach Arkadii.

Kategorie
Znalezione w sieci

O poezji Charlesa Bukowskiego

Maciej Skomorowski

Przystępowałem do refleksji nad wierszami Charlesa Bukowskiego, znając
go dobrze jako powieściopisarza, choć nie czytanego przeze mnie już od
dawna, to jednak znakomicie zapamiętanego, zapamiętanego tak, że do
jego wierszy podchodziłem z wielką ciekawością i już ukształtowanym
wyczekiwaniem.

View original post 920 słów więcej

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć Przyjemność

Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Historia. Zwykła. Spędziłem trzy dni z poznaną przyjaciółką, sprzed nam tylko znanej ery. Nie widzieliśmy się tak długo, że nie mogliśmy się rozpoznać, wiedząc, że się znamy. Przeciągało się ponowne spotkanie. Gdy wreszcie się wydarzyło, rozmawialiśmy, przerywając tylko na sen, na oddalonych kanapach. Wypiliśmy za dużo. Wyznaliśmy więcej niż wielu. Nie zrobiliśmy niczego, czego moglibyśmy żałować, ale wszystko co powinniśmy, bez poczucia żalu. Tak jak nie pamiętam już, że mogło być kiedykolwiek, z kimkolwiek. O czym zapomniałem i dostałem. Po gębie wspomnieniem.

Jesteśmy równie niepoważni, mimo doświadczenia. Nieodpowiedzialni. Wbrew oczekiwaniom. Gotowi na wszystko. Podpierający się w nieposłuszeństwie.

Wiem, że nie wolo nam było i nie będzie nam wolno. Wpadniemy w spiralę wiru, który może zabrać nas na dno, głęboko, bez wybaczenia sobie i wzajemnie. Nauczyłem się. Wszystko by stanęło, albo ruszyło za szybko z miejsca. Będzie jednak w naszych sercach miejsce dla siebie. Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Kategorie
Psychika Religia Życie

Gdy

kotek

Ja. Lelewita. Katolik. Polak, Niemiec, Austriak, Włoch i Wołoch, Szwed i Tatar. Rusin. Litwin. Prawosławny, Muzułmanin. Protestant. Żyd po pra i pra babce, uciekinierce z domu Rabina. Rewolucjonista, z różańcem na szyi i innym na nadgarstku. Chłop, Sarmata, wojownik z lekko skośnymi oczami. Folksdojcz, Janczar. Strzelec wyborowy. Szermierz i nożownik. Bogaty biedak i biedny rozrzutnik. Z gwiazdą sześcioramienną, słońcem i półksiężycem na palcu, w kieszeni, na rzemyku obok krzyżyka. Uciekinier, jak daleka poprzedniczka, lecz nieobrzezany. Znoszący wszystko i wszystkich. I siebie. I ciebie. Was i nas. Ich także.

Ja. Nadmiernie pobudzony. Śpiący, zasypiający. Chodzący ulicami znanych i nieznanych miast. Osiedli, wsi, łąk, wzgórz i gór, dolin. Łapiący się za bolące miejsca. Gdzie ktoś uderzył, i ja, postrzelił, rozciął, chorobowo. Nienormalny, najzupełniej wcale nie. Depresyjny, roześmiany. Ludzki i zwierzęcy. W okruchu ponadnaturalny, jak każdy, nieco boski, bardzo pod i upadły.

Nie otworzyliście mi drzwi, gdy pukałem. Nie daliście mi pić, gdy byłem spragniony. Nie daliście jeść, gdy byłem głodny. Nie osłoniliście, gdy nie miałem domu. Nie broniliście, gdy nie mogłem sam się obronić. Kazaliście odejść, precz. Zrobiłem i robiłem to ja. Nie narzucałem się, widząc niechęć. Nie oczekiwałem pomocy, czując że jej potrzebujecie bardziej. Broniłem zupełnie bezsilny, gdy siły już zabrakło rozdanej.

Poiliście i karmiliście, gdy byłem dostatni. Zapraszaliście, gdy nie było przyczyny. Piastowaliście mnie, na siłę, niepotrzebnie. Nie mam tego za złe. Podziwiam. Na dobre i mniej. Ze smutkiem. Sarkastycznie.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

W glorii

Nie kochamy zawsze tak samo. Nie możemy, nie umiemy i nawet nie powinniśmy. Nie kochamy tego samego człowieka, ludzi tych samych. Nawet gdyby, zmienieni, w czasie, zmianami, nie jesteśmy tacy sami. Inni, kochamy inaczej. Kochani podlegają zmianą, jak my. Pamięć miłości nie zapewnia kochania, którego już nie ma, zastąpiło go inne, zmienione.

Śniły mi się byłe żony, partnerki, matki moich dzieci. Stały posągowo, jak Ateny, Gaje, Afrodyty. Ze słodyczą moich i ich wysiłków. Z tarczami i w lśniących brązach. Polerowanych dniem po dniu. Chlebem powszednim. Śniłem o kobietach, które nie stały się moje. Muzy, Driady, Nimfy, Eraty … Na polach Dionizosa. Z zastępami w nie mniej oślepiających złocistych szeregach. Wykarmionych mlekiem i staraniem. Śnili mi się mężczyźni, których dotykałem, którzy chcieli być moimi, a nie jestem aż tak spartański. Achillesowe, Gigantyczne postacie, walczące, ślizgające się w błocie nieporozumienia. W glorii. Wyzwolenia.    

Kategorie
Znalezione w sieci

Ksiądz więził, głodził i gwałcił 12-latkę, aż złamał jej miednicę. Opowieść po 15 latach

Jestem katolikiem i to głęboko wierzącym. To nie nie jest ksiądz i nie jest to religia. To podłość, skurwysyństwo i mam nadzieję, że Bóg doświadczy go jeszcze za życia.

https://oko.press/ksiadz-wiezil-glodzil-i-gwalcil-12-latke-az-zlamal-jej-miednice-opowiesc-po-15-latach/?utm_medium=Social&utm_source=Facebook#Echobox=1635437173

Kategorie
Pamięć Toksyczny

I nie ma

Dwie godziny. I nie ma moich kolczyków. Prawie. Zostawiłem te niewidoczne. Z widocznych zostały jedynie wypełniające miejsca przestrzeni. Poddałem się więc. Założę je znowu, gdy pozwoli mi na to olanie drobnomieszczańskich opinii kraju, w którym postanowiłem żyć po raz kolejny, urodzenia. Czuję się jak zdrajca. Kłamię znowu. Będę musiał, że nie jestem kim jestem. Będę taki jak inni. Uśrednię się. Zasadniczo. Pełnią. Oczekiwaniami. Nie usłyszę, nie pasuje, myślę że zwariowałeś. Skończy się na jakiś czas moje milczenie. Zawstydzające. Ja nie oceniam kim jest ktoś. Jaki, jakim byłby, jakim jest w momencie bycia. Gdy już spoczywa, kilka stóp pod zabetonowanym pomnikiem egoistycznych potrzeb bliskich, w miejscu zapomnianym, bezimiennie zarosłym. Nie brakuje mi umiejętności odpowiedzi. Tych kłująco niechętnie słuchanych. Nie skorzystam z nich. Pozwalam sobie na słuchanie. To wystarczy. Musi wystarczyć oceniającym mnie nisko. Wyceniających się wysoko.

Po dwóch godzinach popatrzyłem na siebie. Na twarz. I na szyję z różańcowymi cząstkami kryształu. Tego nie zdejmę, chociaż naprawiałem już tyle razy, rozdarcia w wielu miejscach. Założyłem nowy krzyżyk, w zamian zagubionego w niemytym kiblu, na belgijskiej budowie. Może kiedyś odnajdzie go, jakiś badacz zwyczajów, udomowionych niewolników, robotniczej rzeszy, sprzedających się za bezpieczeństwo, zrzucone z pańskich stołów?

Teraz czas ruszyć za przeznaczeniem. O was wszystko, o mnie tyle, bym nie upadł najniżej. W NM, w nieznanym, płytko wykopanym grobie. W sam raz dla takich jak ja.

Kategorie
Pamięć Religia Rodzina

Zaduszki. Nie jazzowe

Zaduszki. Nie jazzowe. Na najbrzydszym cmentarzu w Krakowie. Pocieszenie jedyne w tym, że cmentarz nie musi być ładny. Wystarczy funkcjonalność. Miękka ziemia, wyznaczone alejki, którymi przemieszczają się poprzebierani ludzie, czyjeś rodziny, przyjaciele, wrogom nikt nie zabroni zaświecenia świecy, dyskretnego splunięcia, zamiast modlitwy.

Jakiś mało żurnalowy ten rok. Nie tak bogaty w futra i drogie kozaczki. Pudelkowe. Było za ciepło. Kreacje szykowane od sierpnia okazały się za zimowe, na parskania i narzekania na choroby. Na puszenie się przed kuzynami, jak to wspaniale nam się powodzi.

Jedyny cmentarz który odwiedziłem. Ojcowski. Wyklęty parias, któremu pozostał tylko święcie zapamiętany ojciec. Nie poszedłem na inne. Nie popatrzyłbym na tych, którzy mogli by tylko patrzeć z niepewnością. Można go pozdrowić? Zamienić kilka zdań, bez zobowiązań? Nie poszedłem też do ojca w dzień zmarłych. Wszystkich Świętych. Nie chciałem spotkać tych, którzy mają mnie w dupie, od niepamiętnych lub niedotykalnych czasów. Spędziłem go w towarzystwie śmiechu. Dobrym.

Msza w kościele, równie brzydkim jak cmentarz. Spowiedź, komunia, odpust zupełny dla taty. Nie był ideałem. Był moim idolem. Tatą. Uroniłem kilka łez, tęsknych, z żalem. Wybaczyłem mu wszystko. Teraz muszę wybaczyć mojej matce. Mamie. Jest jeszcze czas. Na uśmiech przez żałość.

Kategorie
Znalezione w sieci

How employers can get workers back into office — Abycats’ Thoughts

Znakomity tekst o pracy. Polecam!

https://www.wsj.com/articles/boss-get-remote-workers-back-office-11635531138?mod=hp_lead_pos7 How Bosses Can Lure Remote Workers Back to the Office Sure, companies can insist. But there are also things they can do that will make employees want to return. By Alexandra SamuelOct. 30, 2021 10:00 am ET There is a magical land where the temperature is always 72 degrees, the Wi-Fi never goes down, and […]

How employers can get workers back into office — Abycats’ Thoughts
Kategorie
Znalezione w sieci

Dziewięciolatka została sprzedana 55-letniemu mężczyźnie, aby rodzina miała co jeść

Koszmar. Niestety tak jest w wielu krajach na świecie.

Ku przestrodze.

https://www.ofeminin.pl/swiat-kobiet/to-dla-nas-wazne/dziewieciolatka-zostala-sprzedana-55-letniemu-mezczyznie-aby-rodzina-miala-co-jesc/w4nm827

Kategorie
Uczucia Życie

Łamię o nią życie

Przestaję nadążać. Nie chcę już tego wcale. Nie podnoszę się. Prawie już wcale. Jak po krzyku: na kolana skurwysynu. I zostań. Jak pies. Leży. Leży skurwysyn. Nie rusza się. Kopniak, uderzenie łamiące nos. Kastet, pałka, twarde podeszwy butów. Dotykam językiem miejsc, gdzie do niedawna były zęby. Na kolanach. Boję się tylko prądu. I że znowu mnie zawieszą głową w kierunku jądra ziemi.

Zemszczę się. Nie zemszczę. Jestem gorszy niż wy. Nie jestem. Piję, wypijam, byle nie pamiętać. Wlewam w siebie, wdycham, wypalam zapomnie, w każdej postaci. Szaleję, rżnę bez opamiętania. Każdego kto chce i nie. Chce pomóc i wykorzystuje, mnie i ja robię to symetrycznie. Wszystko mi wolno. Być. Wolnym potrafi być tylko prawdziwie nieszczęśliwy. A ja jestem. Człowiekiem z nieszczęściem, wydestylowanym z dobrego charakteru. Nadziei, wiary, tęsknoty. Z niebezpiecznym narzędziem w ręku, gorszymi jeszcze myślami. Zdolny do wszystkiego. Nie zdolny do niczego.

Pęka cienka granica, lat za wielu spędzonych na ucieczkach i powrotach. Kochaniu i rozczarowaniach. Niewłaściwych i niewłaściwymi. Za mocno, za bardzo, za otwarcie. Za bardzo pamiętliwie i naiwnie. Rozbija się popękane oblicze w odbiciu lustra. Lustrzaność zmarszczek w Wildeowskim oczekiwaniu zwrotu akcji. Najpierw więc kara, potem wina. Pokrętna ciężkość bytu. Niech się Dostojewski rozbije, polakożerczą mordą o nowo carski bruk, upadając głową w przód. Niech się francuski Czech wali. To ja jestem bohaterem mojej opowieści. To ja łamię o nią życie, oni tylko połamali pióra.

Kategorie
Spokojnie

Dziękuję

Będę powoli kończył moją przygodę z pisaniem. Tutaj. W takiej formie. Cieszy prawie dziesięć tysięcy wejść na tę stronę, anonimową przecież, ponad pięciuset obserwujących, chociaż zawsze krążących dookoła 40, w tym samym czasie. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Jak wszędzie, zawsze. Mnie czytać nie jest łatwo, wiem. Dotarłem jednak do krajów na całym świecie, czego nie mogłem spodziewać się, rozpoczynając.  

Wykląłem się przez te blisko dwa lata. Naobrażałem. Ponarzekałem. Starając się jednak być jak najbliżej prawdy, stanu uczuć. Przeszedłem przez ten czas niejedno. Podpierali mnie niektórzy czytający, co miałem do opisania, na duchu. Jestem bardzo wdzięczny. Także za okazane mi zaufanie, wzajemną pomoc i podtrzymywanie kontaktów, które zgodnie z duchem tej strony, pozostawię tylko do naszej wiadomości. Poznałem niezwykłych, utalentowanych ludzi, z wielkimi sercami. Bez nich, przypuszczam, nie było by mnie już wcale. Motywowali, poprawiali, w jednym wyjątkowym przypadku, ktoś cudowny przyprowadził mnie, za rękę, do wiary, którą wzgardziłem i przed którą się broniłem, mocno się zapierając. Był to naturalny, spokojny proces, pełen ciepła. Dziękuję Aniele.

Wyleczyły się moje nieszczęścia. Może nie całkiem. Jest już blisko. Wyrosłem jakoś z nieszczęśliwych miłości i oczekiwań, z bezdomności, depresji, które stworzyłem sam. Nauczyłem się przepraszać, nie oczekując przebaczenia, braku pogardy, niechęci. Nauczyłem się dobrze życzyć i wybaczać. Także sobie. Trzymać kciuki, naprawdę. Cieszyć się szcześciem cudzym, które mogło być moim. Nauczyłem się nie kłamać, unikać ranienia i być rannym. Prawie nauczyłem się na nowo pisać i rozmawiać, nie prowadzić monologów, nawet przez telefon. Prawie poznałem kogoś, z kimś mogło by mi być dobrze. Prawie udało mi się kogoś nie odrzucić. Postaram się niczego nie zepsuć. Postaram się doskonalić.

Dziękuję

Toksyczny (już nie aż tak bardzo)

PS

Czasami napiszę. Coś do końca. Mam setki niedokończonych zdań, czekających na zakończenie.

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה

Słucham w osłupieniu. Stałem się słupem. Soli. Siedzącym. W starym samochodzie, po jeździe przez cały kontynent. Jedną ręką trzymając telefon. Mocno. Przywarł mi, płynącymi z czoła strumykami potu, do zwiniętego małżowiną ucha. Pot nocnej jazdy w ulewie, obok ciskających błotem ciężarówek. Przejadę, dojadę? Niewidzialne koleiny, nie pozwalające na zmianę pasów. Moje Gwiezdne Wojny, na autostradach wiodących do Sodomy, instynktem. Drugą zaciskam kierownicę, spoconą dłonią. Spośród palców czuję zapocone kapanie. Kątem oka obserwuję powiększającą się kałużę, na lewym kolanie spodni. Zasychającymi granicami bielącej się Gomory, ustalonej kształtem mojego ciała. Kraków. Pępek. Mesjanizm. Ojczyzna chlebem pachnąca i dobrem. Doświadczona, mądra, w niej się schowam. Niedoceniający. Chcący za dużo, za szybko. Za bardzo.

– Dlaczego byłaś dla mnie taka podła? Słyszę bełkot mojego pytania, z martwiejących ust. Wypowiedziane z dykcją Cycerona.

–  Zemściłam się, że mnie zostawiłeś. Kiedyś. Wtedy. Mówi matka mojego dziecka, z teraz.

– Dlaczego zabrało ci tyle czasu, aby to powiedzieć? Nie mogę unieść głosu. Minęło tyle lat. Dlaczego mi to zrobiłaś.

– Zawiodłam się.

– Czym? To było tak dawno temu. Jak mogłem cię zawieść?

– Cokolwiek byś nie zrobił, nic by to nie zmieniło. Byłeś miłością mojego życia. Teraz tylko jesteś.

– Za to karzesz mnie i nasze dziecko?

– Dziecko jest moje. Już ci pomogłam. Nie będę pomagać więcej. Poświęciłam się.

– Jak? Poświęciłaś się dla siebie? Nie wymagałem niczego. Kurwa…

– Pip, pip, pip, pip, pip… Kurwa przerwała dalszą rozmowę. Ja zły, niedobry, niereformowalnie. Przekleństwa przerywają rozmowy. Usta zacisnęły się. W bezgłośnym zawodzie. Sól, jak lody, powstrzymujące ruchy pękły, pozwalając się poruszyć. Zrozumiałem. Jestem sam. A nie chciałem. Nie musiałem. Zostałem.

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה שתיים

Przekleństwa przerywają rozmowy. Heroicznie. Komicznie. Dynamicznie. Ostatecznie. Dramatycznie. Myślami, słowami, działaniem i jego brakiem. Prosto, bez szukania wymówek. Nie inwektywy. Nie rzucanie obelgami. Nie we wściekłości. W spokoju czynienia tego, co nie powinno się stać. Dziać. Przekleństwa przerywają życie. Na zawsze. Na długi czas. Wytrwałością pamięci. Żółcią wyobrażeń, odbierającą chęci, nadającą odrazę. Wspomnieniem. Odrzuceniem wydarzeń. Zapamiętaniem krzywdy. Nie zadawaniem pytań. Odpowiadaniem na pytania, których nikt nie zadał. Wyparciem.

A więc wojna? Trzeba przygotować się na straty. Własne i czyjeś. Wojna to odpowiedzialność, za rany. Śmiertelne, trwające i odwleczone w czasie. Nie, nie będzie wojny. Potyczek. Nawet mową. Zdecydowałem, wytrząsając sól przeklętych miejsc, utrwalonych historią.

Tak, złapałem się za głowę, podpierając ją stopami. Wiem gdzie. Czasami przechodzę. To latarnia na skrzyżowaniu, Krakowskiej i Dietla, gdy wybiegłem, pozostawiając przed, wybierając potem, teraźniejszość, bezmiłosną. Bandurskiego, gdzie przesiedziałem noc nagi, patrząc w czerwono-świetliste oko kamery. Niedaleki sklep poranny, gdzie postanowiłem wypić na złe i dokończyć, co nigdy się nie rozpoczęło. Pisanie nienawiści, Na Kapelance, w pijackim amoku. Naciskanie przycisku przy drzwiach, przy Wiśle, usłyszenie głosu z głośnika, który pokochałem przypadkiem. Który powiedział odejdź. Nie chcę cię. Usłyszany po raz absolutnie ostatni. Zapach córki na koszuli, zasypiającej dzień wcześniej w niewiedzy, że nie przytulimy się tak i tam nigdy więcej. Zamknięte drzwi i zatrzaśnięte okiennice. Widok moich ubrań wrzuconych w czarne worki i książek wyrzuconych na stos. Gibbonie pomyślałbyś, że cesarstwo upadło, nie starożytnie, lecz ze mną, współcześnie. Nie Rzym upadł, ja się nie podniosłem na czas.

Gdyby nie rozmowa, zakończona wyznaniem przeklętym i sygnałem piszczącym nieznośnie, melodycznym, para, para, para, czułbym winę, za koniec rozpadu nietrwałości. A więc kłamstwo. Jak, a więc wojna. Z pieśnią wydartą z gardła. Pod sztandarami nieszczerości. Poświęciłem miłość za nieprawdę. Moją miłość, zaduszoną, która mi powiedziała: nic nie jest ważne, poza nami, mam to w dupie, co myślą inni, mam w to w dupie. A ja? Nie chciałem ranić bardziej, nie chciałem wierzyć. Uwierzyłem za późno. O dobę. Niczego nie ochroniłem poza kłamstwem, wszystko straciłem obłudą. Obejrzałem się przez ramię, zamiast wpatrywać przyszłości.  Wiem czym była Sodoma, czym jest Gomora musiałem się dopiero przekonać. Bóg tylko patrzył. Tylko się domyślam jak. Wybrał dla mnie inną karę. Próbę. Nie stałem się jak żona Lota. Nie przemienił mnie w nic, lizawkę bydlęcą. Zmusił mnie do poznawania każdego, źle wymierzonego kroku, który postawiłem i który będę stawiał.

Kategorie
Śmierć Życie

Kim jesteś? Czy jesteś?

Do ciebie to piszę. Tak, do ciebie. Przenoszę się słowami w przestrzeni, unoszę się na nich pomiędzy miejscami. Obcość. Słowo zbite, utkane jak lniana koszula. Ostre i nieuprasowanie. Na każdą porę, doby i lat. Sięgające daleko. I następne, na którym powracam z wyprawy. Bliskość. Ciągnące się, żywicznie, lepkie i przeźroczyście bezkształtne. Ląduję na nim, woduję, o milimetry od dna. Przybyłem, usłyszałem, zawróciłem.

Kim jesteś?

Tak, o tobie piszę. Rozmazanymi śladami ciągu znaków, które pozostawiam dla ciebie, gdziekolwiek jesteś. Zdaniami, które możesz rozumieć, jak chcesz, lub nie. Ja tylko wprawiam je w ruch. Czarodziejsko nadając im brzmienie, jak nuty zamieniają dmuchnięcie warg w melodyczny, śpiew fletu. Nieodczytane, nie rodzą się. Czytane ożywają, zjawiskowo. Zapomniane, umierają.

Czy jesteś?

Kategorie
Psychika Życie

Nic nie jest łatwe

Miał być alkoholizm. Wysokofunkcjonujący. Takie to było łatwe. Przestać pić. Łagodnie, z głębokim, lekkim oddechem, omijać części sklepów, gdzie czekało uspokojenie. Liczyć dni. Trzeci, piąty, dwudziesty. Miesiąc. Brawo, oklaski. I następny. Nagradzać się codziennym drobiazgiem. Patrzeć jak znika obrzęk na twarzy. Dziwić się, skąd te zmarszczki. Tracić kilogramy, bo i tak bywa. Przybierać zdrowo na wadze. Badać wątrobę. Pochłaniać witaminy, potas. Nawadniać się. Rzucać palenie. Wypić kilka piw, na próbę, znowu czuć dumę. Nie robić głupot, z siebie głupca. Kontrolować się, pierwszy raz od lat. W końcu załamać się. Siedzieć jak zombie. Dzień po dniu. Zmuszać się do pracy, chociaż godzinę, do umycia się, do jabłka, do filmu, do modlitwy, do rozmowy.

Miała być osobowość z pogranicza. Przypadek typowy. Jak z alkoholem. Łatwo. Czekać na działanie leków. Jeszcze dzień, tydzień. Powoli rozpoznawać siebie. Rozumieć dlaczego było się, jakim się było. Wybaczać sobie. Wyrównywać rachunki. Przyzwyczajać się. Obmyślać strategię ruchu, w nowym, nieznanym świecie. Odkrywać, że się nie pamięta wysyłanych wiadomości, wykonanych telefonów. Wstydzić się. Godzić się. Znowu się załamywać, zwiększać dawki, brać pod uwagę szpital. Nie móc zasnąć. Nie widywać nikogo. Ożywać, brać prysznic, przebrać się, wyrzucić śmieci, sprzątać. Powracać.

Nie ma alkoholizmu, nie ma osobowości z pogranicza. Nic nie jest łatwe. Były testy. Analizy. Retrospekcja. Trudna diagnoza. Jest depresja maskowana. Błędy w wychowaniu. Nieufność. Unikanie, wypieranie. Uderzył grom, z opóźnieniem, kopytami apokalipsy. Miało być nowe, powróciło stare. Nigdy się nie poddaję, powiedziałem, tak mnie nauczono. To błąd. Padło krótkie zdanie. Otwierające. Nie pozostało mi nic innego jak zawyć, zaskowytać i zapłakać jak dziecko, którym nigdy być nie przestałem i zacząć życie bez walki. Dorosłe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Bezużytecznie

Łomot w drzwi. Zerwałem się na równe nogi. Cały spięty stoję i czekam. Cisza. Mijają sekundy, jak wieczność. Serce zaczyna walić. Dalej nic zupełnie. Wydawało mi się? Szelest, skrobot? Otwieram. Kurwa, otwieram. Pod drzwiami leży człowiek. Znam go. Z widzenia. Starszy pan, sąsiad, gdzieś z budynku, w którym mieszkam. Ma rower dla niepełnosprawnych, trójkołowy, jak dla dzieci, ale wielki, z kawałkiem drewna w koszyku, wystruganym w trójkąt. Leży we krwi. Sama krew. Jej zapach. Czuję jak uginają mi się kolana, rozglądam się po korytarzu, znad niego. Nie ma nikogo. Widzę tylko ślady krwawych odcisków dłoni na ścianach i posadzce. Nie szarpię. Spokojnie. Nie szalej. Delikatnie dotykam twarzy. Czy pan mnie słyszy? Jakiś ruch. Zwrot po telefon. Pogotowie. Jaki to numer? 212? Wybrałem i wracam. Wciskam zielony punt na ekranie. Opowiadam i zaczynam reanimację. Dmucham, uciskam, odpowiadam na pytania, do chwili, gdy ktoś mnie odciąga. Wyrywam się. On żyje! Przysiadłem. Położyłem się. Bezużytecznie.

Dwadzieścia minut, jak się okazało, trwało to wszystko. Człowiek przeżył. Wywrócił się na schodach. Przyczołgał się do mnie, bo tylko ja się do niego uśmiechałem i tylko ja pomogłem mu dojść do jedynej w pobliżu kawiarni i kawę z nim wypiłem, nawet za nią zapłaciłem. Rozmawiałem. Podałem mój numer mieszkania, zaprosiłem na obiad. Nie pamiętałem i nie pamiętam. Byłem w szpitalu. Pogłaskał mi rękę, którą mu podałem. Uleciała mi dusza, zabierając smutek. Nie zapytałem jak ma na imię. Zapytam jutro. Nie mogę, nie zapytać. Wiem tylko, że lubi Pink Floyd. A ja znam ścianę z płyty The Wall.

Kategorie
Bez kategorycznie

Poza, prozą

Nie ma mnie i jestem. Prawie. Inny i nie ten sam. Tożsamy. W zupełności. Na pewno. Z pewnością, celującą. W punkt, poza horyzontem. Jest tam. Wierzę. Sprzed i potem. Będąc, i nie będąc. Byjąc, jestąc. Kręcąc się i stojąc w tym samym miejscu. Nie orbitując, krążąc, skierowany w tę samą, z przymusu, stronę. W ojcze nasz. Słabnący jesienią dysk światła. Wiesz kochanie? Skarbie mój, bez imienny? W wezwaniach, które pamiętając, nie chcę wyznawać. Rozpływam się. Stapiam. Kochanie, zespalam. Pamiętam. Wspominam. O Tobie. Też. Każdego dnia. Wieloznaczna, znaczny. Dobrze Ci? I mnie lepiej.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Religia

Pobyć. Zwyczajnie

Zaufać i nie zamykać się. Otwierać się, nie omijać żadnych tematów. Nie chować się za nieprawdą. Okazywać, nie ukrywać uczuć. Pozwolić na bliskość, zaprzyjaźnić. Nie krytykować, być wyrozumiałym. Wybaczać. Nie szukać obojętności. Lękać się, umieć lęk przezwyciężyć. Znaleźć w smutku uśmiech. Pomagać. Nie zapominać, iść dalej. Polubić siebie. Oddać się. Zrozumieć. Pobyć. Zwyczajnie.

Zbiór życzeń, niezupełnie nie możliwych do spełnienia. Modlitwa, nie całkiem nie wysłuchiwana.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Wybacz. Nie

Nie gniewaj się. Gniew nie pomoże. Przeszkadza. Nie mogę zaprosić cię do mojego życia. Nie mogę zaprosić cię do mojego domu, nie zaproszę cię na kawę. Nie tylko ciebie. Nie pójdziemy na miasto. Nie odbiorę twojego telefonu, nie podam ci numeru. Podawałem i dzwoniłem, nie do ciebie. Nie będziemy rozmawiać, nie będziemy się kochać. Nie umiem na trzeźwo. Poznawać się i zapamiętywać zapachu perfum. Nie będzie spacerów, teatru i filmów, kwiatów. Nie zamieszkamy razem. Nie będzie śmiechu, nie będzie kłótni. Nie będziemy czytać swoich książek, ale twoje są lepsze. Nie będziemy mieć nadziei. Nie będziemy się rozczarowywać. Czekać na siebie i zamartwiać. Nie będziemy się okłamywać. Nie będziemy się rozstawać. Nie będziemy zapominać. Nie będzie niczego, czego moglibyśmy się spodziewać. Nie zrobię niczego, co zrobiłem już zbyt wiele razy. Co i ty zrobiłaś. Mógłbym. Nie chcę. Wybacz, musiałem powiedzieć, myśląc to wszystko, czując twój zawód, pretensję, widząc łzę. Wiem, pasujemy do siebie, jak do innych. Może spotkamy się? Przypadkowo.

Kategorie
Polityka

I to jest nasza wina

Od tygodni obserwuję, co dzieje się po drugiej stronie świata. W Afganistanie. Nigdy tam nie byłem, znam jednak ludzi, którzy tam mieszkają, stamtąd pochodzą. Wielu za dobrze. Wiem do czego są zdolni, nie tylko w imię wiary. Znam ich z dobrej i najgorszej strony. W przyjaźni i desperacji.

Afgańczycy nie są jednolitym narodem. Są podzieleni etnicznie i językowo. Połączeni Islamem, kulturą, tradycją sięgającą tysiącleci. To ludzie twardzi i niezależni. Biedni i dumni. Bywa że nieokrzesani, często niewykształceni. Nie są to jednak głupcy, oślepieni żądzą mordu i zemsty. Chcą by pozostawiono ich w spokoju. Niezależnie od płci i pochodzenia. Ale nie bez pomocy. To nie jest trudno zrozumieć, co niewielu potrafi rozróżnić.

Afganistan staje się niepodległy. Dwadzieścia lat okupacji amerykańskiej nie zmieniło nic, jak dziesięć sowieckiej, dziesiątki brytyjskiej, setki tureckiej. Niepodległość nie oznacza wolności. Wojna którą przeżył ten kraj, to dopiero początek. Prawdziwa wojna, domowa, rozpocznie się teraz. Nie mniej krwawa niż w Syrii i Iraku. Będzie podsycana przez dostawy broni, pieniądze dla polityków, lokalnych watażków, w zamian za narkotyki, wpływy niedawnych sojuszników i wrogów. Podzielony Afganistan stanie się więzieniem, z milionami potencjalnych uchodźców, których nie będzie chciało przyjąć żadne państwo, płacących życiem, za próbę ucieczki. Mekką terrorystów, zaprogramowanych na nienawiść do wszystkiego co obce. Niech nikt nie ma wątpliwości. Tak będzie. Na bardzo długo. I to jest nasza wina. Wschodu i zachodu. Wstyd, którego będziemy gorzko żałować. Niczego się nie uczymy.

Kategorie
Chaos Psychika Życie

Miliony kolejnych pigułek

Dzieje się. Źle i dobrze. Złamany paluch i pęknięte trzy obok. Kolor biskupi. Efekt szybszy, niż skuteczność wychwyconej serotoniny. Depresja ponad wszystko. Zgniotę ją, wymiotę. Nowy hymn. Ostatnio złamałem tak palce ponad dziesięć lat temu, pod spadającymi beczkami piwa. Wcześniej, częściej, gdy chciało mi się jeszcze wykonywać wysokie kopnięcia, na macie. Tym razem otwarłem stalowe drzwi, piętro niżej od mieszkania, do którego chciałem dobiec. Nie chciałem zarzygać samochodu, schodów. Nie zarzygałem. Wola i przyłożona do ust dłoń. Leki tak działają. Zmienione. Dobierane. Tak wygląda walka z depresją. Bez wsparcia, które potrafię przyjąć. Albo oddział, albo konsekwencja. Dano mi wybór, wynikły z pozostawania w abstynencji. Bez niej chodziłbym po zamkniętych korytarzach, zamiast otwartych ulicach. Mogę. Przeraził mnie lekarz, z ręką na telefonie. Ambulans. Inny, przyjaciel, wypisał receptę. Wytrzymałem. Z długą listą niezamierzonych pomyłek. Wytrzymałem tak każdy, zapamiętany dzień. Zwichnięty. Przypadek kliniczny.

Nieprzerwane godziny terapii, tylko by zmuszonym pojąć, że bez pomocy, że lepiej już nie będzie. To nie stres. Nie tylko mój Anioł zapadł na melancholię. I ja się w niej zanurzyłem, o wdech, od utonięcia. Dalsze udawanie utraciło sens. Intelektualna manipulacja. Oszukiwanie, dla spokoju. Od zamkniętego zaułka, do ślepego. Tak. Przyznaję się. Jestem na wpół szalony, w połowie niedokończony. Przyznaję to szczerze. Zaszkodzono mnie, teraz ja szkodzę. Muszę przerwać krąg szkodliwy. Nie ja go zbudowałem, ja muszę go zburzyć.

Przedziwne odczucia. Uczucia. Uciekają gdzieś, coraz dalej, poza horyzont współwyczucia. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Z żalem, potwierdzam. Trzęsie się serce, ledwie zasypiają oczy. Huczą skronie. Zmuszane ręce wykonują proste prace, urywki myśli próbują wypełnić pustynniejącą głowę. Zgodnie ze spodziewanymi skutkami. Ubocznymi. Ulegając zanikowi, nie wiem co pozostanie po jego zakończeniu. Nie znam innego stanu, tylko ten sprzed niego. Chaotyczną strategię opóźnionego wycofania. Mistrzostwo maskowania. Unikania, zniechęcania. Samotności w rosnącym tłumie. Dotąd nietłumionej.

Prawda przeraża. Nie wyzwala. Nie wyznawalna publicznie. Wstydliwa. Bycie odmieńcem jest wystarczająco trudne. Wyrzutkiem, do zniesienia. Naznaczonym, niebezpiecznie. Piętnem niedostosowanego, nienormalnego, wariata. Czytałem, jest nas setki milionów. Mija doba, miliony kolejnych pigułek czeka, ze szklankami wody. Może zdążymy, zanim okażemy się za słabi. Na życie wśród ludzi. Dostosowanych. Silnych. Spełnionych.

Kategorie
Praca Przyjemność

Elegy For A Polish Boy

Zadanie drugie. Przyjemność ta sama. Szybki fiks.

***

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą, 

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią, 

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg, 

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć, 

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, 

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, 

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut — zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

Kamil Baczyński 20. III. 1944 r. 

***

They’ve taken you, my son, from your dreams and like a butterfly
they’ve embroidered you, my son. Your sad eyes bleed ore.
They painted landscapes, yellow-stitched, in horror and gore,
they adorned a hanged man like a tree, the sea’s waves to ply.

They taught you, my son, your land and its ways by heart
and by its footpaths you sob iron shards for tears.
They tuned you in darkness, fed you in loaves of terror.
You tread, groping through to dark, the road of fear.

And you ascended at night, my golden son, with a black gun
you perceived in the passing of a minute-bristling evil’s thirst.
Before you fell, you hailed the earth with your hand,
did it soften your fall, my sweet child, did the heart burst?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Barry Keane

***

They have pulled you apart, my son, from dreams trembling alike butterfly. Embroidered your sad eyes with russet blood.

They have painted yellow landscapes stitched by conflagrations. Sequined, flowing see with hang like trees.

You know your land by heart, well learned, once you cut paths with iron tears. As they have raised you in the darkness with a loaf of dread.

You blindfolded walked the most shameful of human ways. Went you out, sunny my, with a black weapon into the night.

You felt how evil bristled in the sound of the passing live. Before you fell, you blessed the earth with your hand. Was it a bullet, son, or was it a broken heart?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Toksyczny

Kategorie
Praca Przyjemność

Raj utracony

Dla przyjemności, dla porównania, za zadanie.

***

Hail holy light, ofspring of Heav’n first-born,

Or of th’ Eternal Coeternal beam

May I express thee unblam’d? since God is light,

And never but in unapproachèd light

Dwelt from Eternitie, dwelt then in thee,

Bright effluence of bright essence increate.

Or hear’st thou rather pure Ethereal stream,

Whose Fountain who shall tell? before the Sun,

Before the Heavens thou wert, and at the voice

Of God, as with a Mantle didst invest

The rising world of waters dark and deep,

Won from the void and formless infinite.

John Milton, Paradise Lost. The Third Book

***

Bądź pozdrowione światło święte,

Pierwsze zrodzone niebios dziecię,

Albo współwiecznie niegasnący promieniu.

Mogę uklęknąć przed niewinnością?

Odkąd bóg jest jasnością,

I  jedynie w nieprzystępnym świetle

Zamieszkuje od zawsze, będący w tobie,

Oślepiająco jasną współtworząc istotę.

Czy słyszysz tego strumienia ciszę,

Płynącą z fontanny słów? Zanim pojaśniało słońce.

Byłeś przed stworzeniem nieba i boga głosem,

Okrywającego płaszcza połem,

Wschodzący świat wód ciemnych i głębokich,

Wylanych z niebytu, nieskończoności pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Toksyczny

***

Witaj, o światło święte, pierworodne
Dziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnie
Tak rzec się godzi, promieniu współwieczny
Wiecznemu Bogu. On, światło odwieczne,
Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyli
W tobie, przejasny wypływie przejasnej,
A niestworzonej istoty; lub może
Nazwać cię czystym prądem eterycznym,
Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?
Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkaz
Boga, jak płaszczem świat ten owinęłoś
Wyrastający z wód ciemnych, odjęty
Nieskończoności bezkształtnej i pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Władysław Bartkiewicz

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Obsesje

Obsesja, obsesja, obsesyjność. Zlepek nukleonów obsesyjności, budujących krążący świat obsesji. Własnych, nie moich, zderzających się, przyciągających. Jestem obsesyjny, jesteś obsesją. Nie zawsze wspólną, nie zawsze o odmiennym kierunku przymusu. Nie ma obsesji obojętnej. Zamiast niej jest pustka. Przestrzeń nie obsesyjna. Tam udają się zmęczone atomy, na pozbycie się jednych i znalezienie innych obsesji, zanim powrócą do znanego sobie miejsca, obsesyjnych oddziaływań.

Punkt widzenia, obserwacja. Nie pozbawiona sensu. Pędzące obsesje napędzają potrzebę, konieczną i nie do odepchnięcia. Muszę, chcę, zrobię, mieć, nie i tak, kocham, nienawidzę, nie chcę, nie muszę. Za wszystko, na wszystko, za każdego, zamiast ich. Na przekór, wbrew, samemu, razem, nieodwracalnie. Obsesja osiągalna nie jest obsesją, jest wyborem, wycieczką poszukiwawczą. Tli się ledwie. Obsesja osiągnięta, spala się jak spadające gwiazdy, małe siostry supernowych, wybuchających obsesji w zrozumieniu. Rozbłyskiem, rozpadającej się siły nieistniejącej nadziei, dotąd trwającej w stanie pewności, obsesyjnej.

Nie zupełnie. Moje, nasze obsesje, nie całkiem wypełniacie wszechświaty świadomości, osobowości obsesyjnych. Nie jesteście wszechpotężne. Nie możecie oddzielić się od przyczyny obsesji. Żyć samodzielnie. Bez nas, nie ma was, beze mnie, nie ma obsesji. Jesteście moje, w naszej mocy, naszego stworzenia. Z nami udajecie się w pustkę niespełnienia, gdzie porzucone czekacie na inne niespełnienie. A my znajdziemy inne, podtrzymujące konieczność dalszego istnienia. Obsesje.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Zostaw to. Fuck!

Jezu, pomyślałem sobie. Jaki ja jestem bezgranicznie głupi, jaka jesteś bezgranicznie głupia, głupi też. Jezu. Tak pomyślałem. Ile razy dotąd tak pomyślałem, o ilu? Martwię się, że za wiele i o za wielu. Ile razy pomyślał ktoś tak o mnie? Wolę się nie zamartwiać. Za wiele głów byłoby do liczenia. I nie tylko głów. Cóż? Mea culpa.

Siedząc w nieswoim domu, wykonując nie moją pracę, czytałem nieswojo ostrzeżenie, doręczone mi po raz, nie pierwszy. Art. 190a §1 kodeksu karnego. Jestem stalkerem? Nie czytałem sam. Pokazałem i przetłumaczyłem. Ona ma rację. Powinieneś się wstydzić. Robisz to złośliwie, sprawia ci to satysfakcję? Nie pytaj, przestań się kontaktować, tylko dlatego, że możesz. Ten angielski z francuskim akcentem. Uśmiechnąłem się. Belgijka ma rację. Wstyd mi. Ona się nie ukrywa jakoś, wręcz przeciwnie. Moja próba wyjaśnienia. Nie przed tobą. Jesteś tak głupi, że nie rozumiesz, że się narzucasz? Zepsułeś co miałeś do zepsucia. Daj ludziom żyć. Nic nie zyskasz, psujesz jeszcze bardziej. Ktoś cię postrzega tylko przez upór, nie kim jesteś. Chcesz naprawiać, a niszczysz resztę czyjegoś szacunku i dobrych wspomnień. Opary miłości, tylko waszej i niezręcznej. Dla niej szczególnie, po to cię starszy, chce się ciebie w końcu pozbyć, nie rozumiesz? Ja bym ci łeb urwała! Jej też. Niszczyciele. Nie jesteście wyjątkowi, tylko żenujący. Ona się stara zakochać, ty nie kochać nikogo. Oboje niespełnieni. I jeszcze się podglądacie. Nieszczerzy. Łatwo było powiedzieć nie i dalej szukać. Chciałem wyjaśnić… Przekroczyłeś granicę wyjaśnień. Zrobiłeś jej to świadomie. I sobie. A dziecku? Jesteś durniem. Przestań. Przecież tak naprawdę życzysz jej dobrze. Życz jej, ona i tak o tym wie. Nie jesteś aż takim gnojem, jak o sobie myślisz. Ona wie. To wystarczy. Zostaw to i wszystko inne. Dla jej dobra. Kropka! Chodź. Idziemy na piwo. Musisz się napić, bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie na Kazimierz. Fuck! Gdziekolwiek. Pójdziemy gdziekolwiek. Nie martw się, zapomnisz w końcu.

Kategorie
Toksycznym Życie

Niczego nie stracisz

Gdy świnia powie ci, że jesteś jak ona, nie przejmuj się, gdy zgodzi się z tym cały, osrany po grzbiety chlew, czas najwyższy z niego wyjść. Świnie nie są winne temu. Świńskość i bród, to jedyne co znają. Jedną świnię możesz przekonać, że się myli, stada nigdy. W grupie raźniej, nawet w drodze do rzeźni. Parafrazując chińskie przysłowie. Wchodzisz między kruki, krakaj jak one. Nie wchodź, jeżeli chcesz mówić po orlemu. W końcu się zorientują, że nie jesteś jednym z nich. Pochwycą cię i rozdziobią, pozbywając się obcego. W kupie siła. Szukaj raczej orlego towarzystwa. Może cię przyjmą? Polecisz z nimi. Nie przyjmą? Niczego nie stracisz. Umrzesz przynajmniej wznosząc się, wysoko. Robiąc to samo ze znanym dobrze, polskim przysłowiem.

Żyć w zgodzie ze sobą było by cudowne. Bardziej nawet, gdyby zamiast ciężaru wiedzy o tym, czego nie wolno, jak się powinno, pojawiła się myśl lekka, że można. Przekonanie, rozwijające się w pewność, ona w codzienność. Wolność woli, nie wola wolności. Wolny wybór, całkowity, zamiast ograniczonego wyboru. Iść własną drogą, nie dozwoloną. Nie kierować się, nadawać sobie kierunek. Nie szkodząc, nie robiąc krzywdy, bez rozczarowania. Dzieląc się doświadczeniem, a nie tłumacząc się z niego. Z poczucia winy. Ukrywając uczucia poznania.

Niczego się nie nauczyłem. Jak inni. Chciałbym. Zazdroszczę zdolności. Jestem opornym uczniem. Nauczki nie sprawiają, że unikam. Nie potrzebuję. Nie ryzykuję. Nie wsadzam ręki do ognia. Wsadzam, w inny sposób. Parzy. Zawsze podobnie, zawsze trochę inaczej. Goję się, pozostaje nowy wzór blizny. Tej samej, już nie takiej samej.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Zmęczyłem się, tylko dla zmęczenia

Nie ma już o czym mówić. Zastanawiać się. Wspominać, żałować, przepraszać. Starać się, wyrywając kawałki duszy, ofiarując w zamian szczerej niezmienności. To musiało przyjść. Nie da się przeciągać. Nici, najszlachetniejszych chęci jedwabnych. Nie ma rozwiązania, gdy problem nie okazał się warty wysiłku, Ariadna odeszła na wygnanie pamięci. Tezeusz niczego nie znajdzie. Przestał szukać. Bogów nie obchodzi wynik, wyprawy po niepotrzebne runo. Rozeszli się, obojętni. Niezainteresowani. Pokojem.

Miłość jest z serca płynącym pragnieniem
Nieskończoności wielkiej przyjemności,
Oczy to pierwsi rodzice miłości,
Serce jej jednak daje pożywienie.


Bywa, że palą miłosne płomienie
Choć się nie widzi źródła namiętności,
Ale ta miłość, która ściska w złości,
W tym, co spostrzega oko, ma korzenie:


To bowiem oko sercu ukazuje
Wszystko, co widzi, rzeczy złe i dobre,
Tak jak je sama natura kształtuje,


Zaś serce, w którym pragnienie się budzi,
Jego przedmiotu tworzy sobie obraz:
I taka miłość panuje wśród ludzi.

IACOPO DA LENTINI (Tłumaczone przez znajomego)

Chwieję się. Niepogodzony. Nie zwyciężony. Nie ma powodu do walki. Cienie szarzeją. Ciemnieją w niebo, bezgwiezdnie czarne. Z niewidzialną tarczą księżyca. Zmęczyłem się, tylko dla zmęczenia. Nie pamiętam dobrze przyczyny. Teraz odpocznę, tylko do siebie dojdę. Zastanowię się. Co dalej? I czy dalej.

Kategorie
Pamięć Przyjemność

Nie dam się

Dwa dni w moim miejscu. Londyn. Wołający mnie w snach. Najpierw nie było czasu na pakowanie. Potem na sen, spotkania. Był czas. Tylko dla mnie. Nie zadzwoniłem do nikogo, nie prosiłem o nocowanie. Bilety? Dwa funty, bez dwóch pensów. Tam i z powrotem. Bez podatków. Czas zakupu? Mniej niż minutę. Rekord świata. Niedowierzanie i zryw. Mam dowód? Mam! Małe B&B za dwadzieścia, które miałem, od wyjazdu, zawsze w kieszeni, wymięte, sinoniebieskie. I czerwona pięćdziesiątka, składana w kwadrat. Z Elżbietą. Na piwo. W Highgate, obok domu. Nie obok, naprzeciwko. Dwa dni na bycie u siebie. Tyle się zmieniło. Tak długo mnie tutaj nie było. Wciąż ten sam zapach. Kolor nieba. Ekscytacja ponad wszystko. Mój Londyn. Moje miejsce. Moja córka, czekająca na mnie, na St Pancras and Islington. Mój most, z którego widać całe miasto. Klucz na dach w Cholmeley Lodge, z którego mogłem machać do Polski i Australii, jak w każdy Nowy Rok. Klucz i już stare Brandy, ze schowka na stacji Waterloo. Tate i Camden Town i wieczorny jazz. I chińczyk i hindus na Archway Road. Kebab przy stacji Metra. Nie poznaję siebie. Po dwóch dniach. W Krakowie. Rozpierdala mnie. Chuj wam. Nie dam się.

Kategorie
Brak Nic

List, którego nie da się dokończyć

Bardzo długo piszę to, co mam ci do napisania. Poprawiałem i przepisywałem to już tyle razy, tyle razy myślałem i przemyśliwałem to, co powinienem napisać, tak długo, że nie kończenie i nie wysłanie wydaje mi się tym samym. Pisaniem do siebie, nie do ciebie, bez końca. Nie potrafię rozmawiać, próbuję. Nawet ze sobą. Spokojnie, nie nerwowo, bez ciężkości w piersiach, drżenia i paniki. Nawet przyjaźń nie uwalnia mnie od niepokoju. On rośnie we mnie. Zabiera mnie, jak za mocny prąd rzeki, od którego nie jestem silniejszy. Wszystko płynie. Nie w stronę wysp, które bezustannie zmieniają położenie. Nieosiągalnych. Ja niestały i nic nie pozostaje w bezruchu. Nic się nie kończy i się nie rozpoczyna. Wpadając w ruch, poruszany ruchem, w akcję dramatu, będąc dramatyczny, widz i aktor. Bez wyboru akcji, roli, powodu gry, zakończenia, wniosku, nauki, wyciągania. Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu. Nie tego oczekiwałem. Nie tym miałem się stać. Nie śmieję się już z, nie pogardzam z, ułomnej potrzeby ziszczenia, tego co się nie wydarzy, bo i tego nie ma, nawet gdyby było. Nie ja to stworzyłem, nie ja nadałem zasady, których nigdy nie poznam. Poddając się, zyskuję nic zupełnie. Nic mnie nie cieszy, nie sprawia niczego przykrego. Świadomość i jej brak. Wola i przetrwanie. Umieranie i nie życie. Rodzenie się i powstawanie. Wiem, że niczego nie wiedząc i tak nie dokonuję wyboru, bo jest przypadkowe, dla mnie. Nic nie powinno być mi obce. To moje i nasze uniwersalnie. Jest czyjeś. Żadne moją obecnością i nieobecnością. Logiką i nie logiką. Nie wiedząc po co jestem, nie dowiem się dlaczego mnie nie będzie. Mogę przemodlić, przesiedzieć resztę mojego czasu w przemyślnych ułożeniach ciała, uczynić je sprawniejszym, myśleć i wymyślać. Wygrażać i strzelać wbrew naturze, stwórcy, materii. Używać ile mogę. Robić co chcę, jak i gdzie, i kiedy. Być prawy, moralny, na odwrót. Nagrodzony, ukarany. Chorować, zdrowieć, nie wydobrzeć. Kłamać, nie kłamać. Łamać i składać. Budować i burzyć. Czuć ból i przyjemność. Tylko przetrwać w letniości. Mogę wszystko, poza jednym. Zerwaniem owocu z drzewa wiedzy i jedząc go, pojąć. Wiesz już dlaczego? I dlaczego nie? Krew w moich żyłach nie jest moja. Moje życie nie jest moje. Zostały mi dane, bez zgody. Po to bym je mając, nigdy ich nie miał. Czy je przetnę? Nic pozostanie niczym. To nie jest pesymizm. To nie depresja. To Nic.  To Jest.          

Kategorie
Nic Życie

Le courage ce n’est pas d’avoir la …

Przyjechała belgijska królowa. Śpi w moim łóżku, podczas gdy ja próbuję, na kanapie ludzi, którym remontuję mieszkanie. Nie mam siły wracać do domu. Ochoty naprawiać augiaszowego niedbalstwa. Chcę tylko spotkać się z córką i pójść na plac zabaw, gdzie rosną mirabelki. Królowa ogląda Kraków, potem przychodzi i patrzy na mnie. Zakurzone i brudne, szarzejące ciało, zawziętego mnie, w szale, transie uporu. Lubię jak tak tańczysz. Co? Jak tańczysz, malując ściany, powtarza. Ma z głową gorzej niż ja, myślę. Kuku.* Przeszukała moją szafę. Przywiozła czyste ubrania i ręczniki. Wiem że śmierdzę. Wyjebałem te pierdolone kafelki, położyłem nowe. Wyrwałem brodzik, nadludzkim wysiłkiem, wyginając łom, robiąc pod siebie, wywracając się bez wagi, nieważki. Na Słowackiego, w mieszkaniu na poddaszu, Brazylijczyków, nad którymi się zlitowałem, wycierając się bez wstydu, z cieknącej, zielonkawej sraczki. Szesnaście godzin pracy w upale, gotujący się mózg i ona, podająca mi bez słowa torbę i pytająco patrząca na naprawiony kran, przy wannie. Wychodzi, jedzie do mnie, śpi, zwiedza. Wraca w następne dni z obiadem. Wie że nie chcę mięsa. I tak przynosi. Siedzimy w milczeniu, zjadamy, przy stole, nie jej, nie moim. Nie rozmawiamy prawie, odkąd postanowiła zostać na dłużej. Nie z mojego powodu. Zakochała się w Polsce. Wbijająca się w oczy, kobiecym ostrzem ideału, wypatrywaczy. Pijąca kawę w restauracji, na Placu Nowym, gdzie mój syn miał wesele. Kurwa mać, akurat tam. Wyprałam rzeczy twojego dziecka i posprzątałam, wyrzuciłam wszystko z lodówki, zapleśniałe kanapki także, mówi wstając, zamiast dziękuję i smacznego, pewnego razu, roześmiana. Napraw samochód, gaśnie. Nie możesz nie karmić chomika, który kupiłeś dziecku i nie podlewać kwiatów przez kilka dni. Bo ja tutaj jestem. Wykorzystujesz mnie, niby nic nie chcąc. Znajdź pieniądze i czas. Dla wszystkich. Nie pracujesz za darmo, nie żyjesz w odosobnieniu. Naucz się oszczędzać. Napisała na kartce, którą znalazłem, przyklejoną przy zamku, w obcych drzwiach. Oddałem. Nic nie musisz, dopisałem pod jej pretensjami. Nie zapraszałem Cię. Przyjechałaś swoim samochodem. Przeczytała, zmięła papier, wyrzuciła do worka z gruzem. Skręciła papierosa. Zapaliła, wsadziła mi do ust. Mój ojciec i siostra są tutaj. Pomogą mi się urządzić. Chcą cię zobaczyć. Wybrali miejsce, w którym nie spotkasz znajomych. Nawet Tej. Z Wiednia, złośliwy ton głosu. Nie będzie Anioła, do Warszawy za daleko. Bóg wam się nie pogniewa. Onej. Wrocław się nie przysiądzie. Afrodyta nie poda nam wina. Tamta, Toksyczna ma inne zajęcia. Nie będzie Jego, Innego, Onego. Pijącego. Zaimki źle się tłumaczą w Googlu, wtrąca, nie wiem w jakim celu? Czyta co piszę? Zmienię hasło w kompie. Z miejsc bliskich i dalekich. Z przeszłości. Tylko my. Z teraz. Nie będziesz udawał, że się nie znamy. Wiem że ci się to podoba. Nie czujesz tak zazdrości. Nie zniechęcisz mnie. Le courage ce n’ nest pas d’avoir la force de continuer, c’est de continuer quand vous n’avez pas la force. Ubierz się, wyszoruj paznokcie. Masz w kolczyku zaschnięty cement. Bądź z nami. Nie będzie w tym nic złego. Pojechałabym z tobą przez to miasto konno. Jest puste w ulewach. Boicie się tu chyba wody. Ty też. Brzmi, jakby miało jakieś ukryte znaczenie. Konno? Zdecydowanie chora. Ja konno. Może na ośle? Osiołku? Wyszorowałem. Pobyłem. Boga nie oburzyłem. Nie wiem czy lubię Margo. Boję się jej. Jest nierzeczywista. A będzie bardzo. Wynajęła mieszkanie, dwie minuty od mojego. Ja pierdolę. *Nie wiedziałem. Widziałem nagranie. Faktycznie tańczę pracując fizycznie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Anioł ma depresję

Mój Anioł ma depresję. Nie poprawia się. Trzeba czekać. Poprawi się. Uleczy. Tymczasem Anielskie usta szukają modlitwy. Znajdując nie ukojone, zaciskają je wargami, kończą nie na Amen, na głucho. Walczący Anioł. Z cieniem, odbiciem wieczności. W bezsenne noce. Zmęczone, nie zakończone. Uwięziony grawitacją grzechów.

Rozłóż skrzydła Aniele, upnij anielski warkocz, upleć jak w lepszych czasach. Podnieś porzuconą aureolę. Strzepnij kurz z sukni anielskiej. I wzlatuj. Do innych aniołów. Absolutów idealnych. Wyrwij się. Bądź Aniołem. Jesteś Aniołem. Będziesz. Zawsze.

Anioł nie słyszy. Nie odpowiada na pytania. Milczy tygodniami, z wyjątkiem zapewnienia, że jest. Poza tym nic, w międzyczasie. Podnosi się. Z kolan. Na kolanach. Wiem jak Ci źle. Będzie dobrze. Uwierz mi. Jesteś samym dobrem. Żyję nim.   

Kategorie
Brak Życie

Czekanie

Poprzepraszałem dzisiaj. Wielokrotnie. Z powodem i bez. Znowu mnie zjada mój druh jedyny. Nieodstępujący. Alter ego mój. Karmiący się mną. Łudziłem się, stając nieomal ascetą. Chudnąc tym razem zdrowo, nie chemicznie, nie ze zgryzoty. Że gdzieś się zapodział. Nałóg mój. Nie wolno mi sięgać po alkohol w samotności, nie wolno się poddawać. Szukać przebaczenia na siłę. Trzeźwieć przez kolejne dwa dni, zastanawiając się po co mi była ta próba. Muszę się pogodzić. Ze sobą. Zgodzić na siebie.

Przepraszanie jest konieczne. Przeproszenie jest niezbędne. Mam długą listę. Kogo muszę przeprosić. Nie zawsze się udaje. Wracam po kilku miesiącach. Do serc zatwardziałych. Nie mogę wejść na prostującą się ścieżkę. Widzę ją, czekającą na mnie, wciąż nieosiągalną. Zamiast wybaczenia otrzymuję porady. Wszyscy święci, radzący, nie widzący starań, wyzwań, porażek i zwycięstw. Mają rady. Doprowadzające mnie do wściekłości, niepokojącej, wszechmocnej, wybudzającej demony. Na za długo.

Przeciąga się oczekiwanie. Czekanie. Nadwrażliwe. Naiwne. Niepoważne. Niespokojne. Zazdrosne. Nie zrozumiane. Godotowe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Jeden taki wystarczy

Był ślub. Nieduży. Nie za mały. Było wesele, coś w jego rodzaju. Mój syn został mężem. Jego żona nosi moje nazwisko. Moje, bo przede mną, było mojej matki. Na krótko. Zapuszcza korzenie. Rozrasta się. Kiełkuje, w trzech kobietach, dziewczynce i trzech mężczyznach. Było by nas już ośmioro, w dwóch pokoleniach, brakuje jednej, której już nie ma. Matka nosi czwarte. Ojciec nosił piąte, które było długo i moim.

Stałem z boku, siedziałem z boku. Niedaleko, ale nie razem. Nieswojo. Nie obco. Nie winszowałem pierwszy, nie ostatni. Nie pozowałem do zdjęć. Nie miałem z tym wiele wspólnego. Byłem. Zgodziłem się przyjść. Zostałem zaproszony. Poproszony. Byłem gościem, wśród innych gości. Nie prowadziłem rozmów z rodziną, która nie jest już moją, z rodziną która musi nią pozostać, która się nią stała. Dotrzymywała mi towarzystwa reszta moich dzieci i poznani nieznajomi. Czekałem na wyjście. Trzeźwy, świeży, grzeczny, spokojny, za elegancki, za bardzo zauważalny. Unikałem toksycznych oczu, bo i one tam były, oczu zainteresowanych, ich też nie zabrakło. Nie umówiłem się z koleżanką panny młodej, czego mógłby spodziewać się młody pan. Nie wyswatałem się. Nie dostarczyłem tematu do kolejnych plotek.

Byłem sam. Myślałem jednak o kimś, kto osłodził by mi gorycz bycia tam, tylko dla proszącego syna. Nie taki miał być ten ślub i nie takie w nim moje miejsce. Nie powinno być. A jednak. Obiektu moich myśli nie ma, i nie ma sposobu, aby cofną czas, nieubłaganie stawiający mnie poza nawiasem przeszłości. Do przyszłości, z teraźniejszym staraniem, jak nigdy przedtem. Nie może być więcej takich ślubów. Nie mogę być na nich obecny, nie w swojej roli. To nikomu nie powinno się zdarzać. Jeden taki wystarczy.

Wychodząc chciałem krzyczeć. Wyszedłem szepcąc, trzymając malutką dłoń córki, nie lubię tych ludzi, nie lubię tych rodzin. Przypadkowych. Nie muszę udawać. Dzięki Bogu. Wypierdalać.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Przyjmuję radę

Rozpoznaję koniec? Już koniec nadziei? Rozpoczyna się, zmiana, proces, przeistaczający? Z pewnością? Tak mi przykro. Zatyka mnie, dławi, zabiera wdech, tonę w żalu, jego gęstości. Wyciągnięte palce, wskazujące na Złego. Patrzcie. On, powód. Kłamca. Zdrajca. Najeżony ruch ramion. Poruszają się, gdy się przesunę. Próbuje się ukryć, jedni wołają podniesionym głosem, drudzy potakują, mechanicznie wykrzywiając szyje w dół, w górę, ptasim jakimś ruchem, obrzydliwym. Śliniący się na myśl o prawie rytualnym oskarżeniu i wyniku zemsty.  Musi się poddać. Poddaj się. Oddaj. Przyznaj. Zostaniesz ukarany. Obojętnością.

Nie przykro mi. Nie dławię się. Nie ma końca. Jest śmierć, umarle narodzonych. Po nadziei. Wypartych agonią z ciążących strachem macic. Umęczoną ugodą. Tyle wolności, ile pozwolenia na jej posiadanie. Nigdy dosyć. Z niepodważalną pewnością. Filozoficznie. Teologicznie. Nie zwyczajnie, intelektualnie, spłodzonych. Z prawem wydawania wyroków. Osądu. Poczucia winy.

Nie poddaję się. Kara była ze mną od zawsze. Gdy znajdę się w jej zasięgu, przypomina o sobie. Niezmiennie zmienny. Niezmieniony. Własny. Niewolony. Nie skruszony. Nie odwracam się. Nie odchodzę. Czekam na kamienie rzucane z różną celnością. Czekam aż wyczerpią się siły wiernych, wierzących w rację. Jedyną. Nie ja jestem kamieniowany, zasypują ideę, obcą. Niepodporządkowanie.

Uśrednienie. Przewidywalne. Podobieństwo. Poznane. Tożsame. Z nami, albo zdychaj, przeciwko nam. Radzimy. Zdycham. Przyjmuję radę. Indywidualnie. Niech was wszystkich… Udawanych liberałów. Pseudo humanistów. Wiernych katów.

Kategorie
Toksycznym Życie

One kogoś mają

Ona kogoś ma. Tamta też i tamta inna też, ma. No i? To dobrze. A ty nie masz! I co? Muszę mieć? Po co je wystraszyłeś? Miałbyś wybór. Przecież zawsze kogoś miałeś. Właśnie. Nie zawsze jest zawsze. Teraz jest teraz. Teraz chciałem się przekonać, czy byłoby warto. Nie było, jak zawsze.

Moje małe miasto rodzinne. Wszyscy się znają. Interesują. To ich interes, co robią inni. Innych interesuje interes ich. Powinien. Tak należy. Dociekliwie. Nie chcąc wiedzieć, wie się, wbrew braku zainteresowania. Wiem co robią, gdzie wyjechały, z kim się spotykają. Wiedza przekracza granice kraju, przyzwoitości. Bezużyteczna. Bezczelna. Wścibska.

Zainteresowanie. Nie wywołuje skutku. Wiedza wystarczy. Krytyczna, chamska, cyniczna. Nie rozumiejąca. Ile pozwolimy poznać? Nie zdołamy ukryć? Nieostrożnie? One kogoś mają? Niech mają. Nie jestem zazdrosny. Nawet ich nie znam przecież. Za długo to nie trwało. Niech mają na zdrowie. Niech są lepsze. Posiadające.

Kategorie
Przyjemność Życie

Dzieci

Płaczą moje dzieci. Przeze mnie. Ja nie mogę. Nie przeze mnie płaczą. Płaczą za mną, za czasem beze mnie. Za czasem ze mną. Płaczą przy mnie. Śmieją się moje dzieci. Ze mną, przy mnie, ze mnie. Nie mogę się z nimi nie roześmiewać. Przestać się śmiać. Do łez. Dzieci. Z nimi czuję się jak powinienem. Mam je razem. Wszystkie. Nie brakuje mi nikogo.

Nie wyjeżdżaj tatku. Ojcze zostań. Stay with my little sister dad. All will be fine again. Przestań się złościć. Nie na nas. Przy nas. Don’t judge people, like you not judging us. Jesteś jedynym kochającym człowiekiem, którego znam tato. Zaśpiewaj Zakręconą, no proszę. Albo Technosmutek. Zatańcz ze mną. Jesteś tylko mój.

Nie muszę przed nimi niczego ukrywać. Udawać, kręcić, dostosowywać. One nie robią tego przy mnie. Wyprowadzamy się z równowagi. Obejmujemy, szukając jej zachowania.

Naprawdę codziennie chodzisz do kościoła? Dalej tęsknisz? Dlatego jesteś sam? Tak. I nie.

Nie brakuje ci wcale alkoholu? Nie chcesz nic zapalić? Schudłeś tak przez pracę? Kyllä. Ja ei.

Masz znowu pieniążki? To twój nowy domek? Nie jesteś już szalony? Trochę tak. Nie pytaj.

Jedyne takie dzieci. Jedynie dla mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Przedmiot i podmiot

Dostałem. Chociaż miałem kupić. Odkupić. Wykupić. Rzecz. Przedmiot. Wcale nie bezwartościowy. Oddałem inny w zamian. Pamiątkowy. Mogę znajdować. Odszukuję. Nie wolno mi brać. To ja daję. Przekazuję i pomagam. Mnie się nie pomaga. A może? Już czas nauczyć się prosić? Mówić o pomocy, nie przetrwaniu. Nauczyć się słuchać, w ciszy. Bez przerw. Przerywania. Prosić bezgłośnie. Sobą. Nie potrzebą. Bezustannie wieloraką, spazmatycznie skurczem i rozkurczem niespełnioną. Zamiast niezbędności, zapewniającej trwanie, bezpiecznej. Szansy, możliwości czynienia więcej i na pewno, bez pewności zakończenia.  

Zachwycił mnie darczyńca. Odświeżył. Przypomniał. Rozumnie. Radząco. Aktorka innego dramatu, z innego, nie znanego teatru. Nie obcego. Równolegle tworzącego, sztukę, zamiast sztuczności. Hipnotyzująco. Zdolnością pasji, nie oczekiwań. Miałem świadczyć usłużnie, wyświadczono przysługę mnie. Wymianą podmiotową, przypieczętowaną przedmiotowo. Na pamięć. Zapamiętanie. Na drogę. Na moment spotkania, rozdzielającą się, kierunkiem każdego w swoją stronę. Dróg.

Patrzę na przedmiot. Użyteczny, ale niekonieczny w posiadaniu. Moim. Otrzymałem niekonieczność, wymieniłem na zbędność. Ze szczerymi wdzięcznościami. Gestami prawdy o posiadaniu, poza jego znaczenie. Proszę. Weź. Weź i ty. Symbolicznie. Teraz mam. I ty masz. Dziękuję.

Jest mi z tym dziękuję dobrze. Lekko dobrze. Bardzo.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

Na dobre. Na złe

Znasz mnie? Zapytałem. Bardzo dobrze, odpowiedział. Chuja mnie znasz, pomyślałem. Naprawdę chuja mnie znasz. Nie wiesz kim jestem i jaki. Nawet nie mam pewności, czy ja sam to wiem o sobie. Ciągle się zaskakuję. Przeniosłem się do wewnątrz, udając zainteresowanie poza. Mógłbym mu powiedzieć, że jest ignorantem, zarozumiały, jest bucem. Nie znalazłem powodu. Męczył bym się jeszcze bardziej. Odkąd nie piję, awantury mnie męczą. Ja też go nie znam. Nie mam ochoty poznać. Nigdy nie miałem. Nie jesteśmy dla siebie interesujący. Nie muszę się wysilać. Czekałem na koniec straty czasu. Zabrał mi go. Ktoś.

Za bardzo się dotąd starałem. Już nie. Nie wiem kiedy to się stało. Stałem się wybiórczy. Wymijam. Nie unikam ludzi. Nie zniechęcam, nie przekonuję. Złoszczę się od czasu do czasu. Za kierownicą zawsze. Klnę, obserwując ze wściekłością esencję egoizmu, zalaną wrzątkiem ambicji. Mam nudności, gdy pomyślę o, lub widzę usiłowania bycia kimś więcej, ważniejszym. Niż ja, inni, wszyscy. Przechodzi mi. Wysiadam z samochodu, odwracam wzrok, zamykam telefon, wyłączam się. Zajmuję się swoimi sprawami.

Nie dałem się poznać. Do czasu, mam pewność, lękałem się. Po czasie, nie czuję potrzeby. Nie jest to niegrzeczność. Posiadam wciąż zdolność udawania. Leją się z moich ust monologi. Bucha ogień kontrowersji. Przybieram pozy waleczne, oburzone, pełne zrozumienia, współczucia. Nieobecnie. Nie mam nic do powiedzenia. Niewiele mnie obchodzą ludzie, których nie obchodzę ja. A tak jest. Wiem to. Na dobre. Na złe. Nie jestem w tym sam.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Z innym będzie lepiej

Miał być dzień zły, noc gorsza od dnia. Nie były. Były dobre. Obiecujące. Nie rozczarowały. Pochłonęły. Całego mnie. Nic wielkiego. Tylko ogrom, w którym rozpłynąłem się jak wiosenny lód. Zjednoczyłem się z ciepłem dobra.

Patrzyliśmy na siebie. Zachwyceni, zdezorientowani przypadkiem spotkania, spoza barier, nie przekraczanych, pozostałych pomiędzy nami. Do pokonania. Wyznaczonych dla przyszłej przyjaźni, zamiast miłostki.

Powiedzieliśmy sobie wiele. W innym czasie było by za dużo, było w sam raz. Nie zostaniemy kochankami. Zostaniemy bliscy. Wspierająco. Opowiedzieliśmy o zawodach, nieudanych związkach. Bo my, bo nie my. Określiliśmy granicę marzeń. Drobnych, ułożonych w stos sięgający nieba. Zapalimy go. Niech zagorze.

Gdzie te miłości? Gdzie ich cielesność? Są szczęśliwe? Mamy nadzieję. Życzymy im tego. Sobie, braku nieszczęścia. Lepsze idzie. Stoi tuż, przygląda się nam. Podejdzie gdy zechce. Nie poganiamy.

Gorsze już było. Gdy jest gorzej, nie może być lepiej. W gorzej pojawiają się prawdziwe oblicza. Potrzeby lepiej, coraz lepiej. Gorsze zniechęca, przemęcza, do samotności. Z innym będzie lepiej. Z tobą będzie gorzej. To dobrze. My nie chcemy was. W przeszkodzie rezygnacji. Ku lepiej, do gorzej. Nie naszym. Nowym.

Jesteśmy. Wyrzutem. Sumieniem. Prawdziwi. Nie pożegnani. Odcięci. Na dobre. Bawimy się dobrze. Swoim kosztem.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Rodzina

Modlę się

Modlę się. Idąc. Jadąc. Leżąc. Modlę się budząc i zasypiając. Bezgłośnie. Bez znaku krzyża. Nie na kolanach. Modlę się pracując, wypoczywając, w letargu. Nie zmuszam do modlitwy. Do mojej wiary. Mojego Boga. Proszę. Dziękuję. Wyczekuję. Oddaję siebie. Polecam. Przepraszam.

Modlę się przeklinając. Kurwami. Modlę się dyskretnie. Nie po katolicku. Bezmyślnie. Zaczynam i nie mogę skończyć. Nie idealnie. Niedoskonale. Przerywam i zaczynam na nowo. Dotykam różańca, naprawiam go, zaciskając, modląc się. Słucham modlitw w znienawidzonym radiu.

Nie muszę modlić się w odosobnieniu. Nikt nie wie, że się modlę. Nie wyglądam na rozmodlonego. Na wierzącego. Nie wprowadzam w błąd. Nie wyprowadzam. Nie bawi mnie to. Nie martwi. Nie modlę się dla nikogo. Dla siebie. Modlę się, gdy komuś brak modlitwy. Zaproszony.

Modlę się z wyboru. Chcę. Nie zmuszony. Odczuwam siłę. Widzę. Zaskoczony. Niedowierzając. Nie rozumiejąc. Nie szukając wyjaśnienia. Fenomenu. Faktu, stanu, wagi. Medytuję modlitwą. Zanurzam się w niej. Oczyszczam. Poznaję modlitwę. Polecam.

Kategorie
Życie

Nie mam o czym pisać

Mam pisać. Klepać wprawki i poprawki. Rozkładać zdania na dialogi, dopisywać didaskalia. Nie mogę. Nie mam pomysłów. Kręcę ten sam zestaw sylab. Mielę w głowie, jak stary chleb w ustach. Mdli mnie, od tych, się i których. Nie mam o czym pisać. I dla kogo. Nie jestem samowystarczalny. Nie chce mi się tłumaczyć, sprawdzać gramatyki. Pochwały mnie irytują. Krytyka bardziej. Zaczynam, siadam i siedzę. Wstaję, wracam i patrzę w ekran. Całe noce. Bezmyślnie. Bezpłodnie. Wymęczam coś. Wymazuję.

Zapominam po co się staram. Mam nie dać dupy. Konieczne. Ciągle mam szansę. Zależy mi. Udowodnię. Spóźniony i niezadowolony. Muszę odpocząć. Nie umiem. Nauczę się.

W pracy olśnienie. Nagrywam. Wracam do domu. Odsłuchuję. Nie rozumiem. Nie pamiętam o co chodziło. Rozszyfrowuje. Pół strony. Trzecia nad ranem. Mam coś jeszcze? Stacja jest zawsze otwarta? Kochany Orlen. Piwo? Nie. Jakoś zasnę. Nie będę jeździł jutro po pijaku. Zlituj się, mówię do siebie. Wysil się. Zapal. Papier lubi dym. Budzę się z bólem pod czaszką, nie rozebrany. Nie w butach tym razem, bez kurtki, przepocony, z niesmakiem w gardle. Nie. Dalej śnię. Bez talentu.