Kategorie
Chaos Psychika Życie

Miliony kolejnych pigułek

Dzieje się. Źle i dobrze. Złamany paluch i pęknięte trzy obok. Kolor biskupi. Efekt szybszy, niż skuteczność wychwyconej serotoniny. Depresja ponad wszystko. Zgniotę ją, wymiotę. Nowy hymn. Ostatnio złamałem tak palce ponad dziesięć lat temu, pod spadającymi beczkami piwa. Wcześniej, częściej, gdy chciało mi się jeszcze wykonywać wysokie kopnięcia, na macie. Tym razem otwarłem stalowe drzwi, piętro niżej od mieszkania, do którego chciałem dobiec. Nie chciałem zarzygać samochodu, schodów. Nie zarzygałem. Wola i przyłożona do ust dłoń. Leki tak działają. Zmienione. Dobierane. Tak wygląda walka z depresją. Bez wsparcia, które potrafię przyjąć. Albo oddział, albo konsekwencja. Dano mi wybór, wynikły z pozostawania w abstynencji. Bez niej chodziłbym po zamkniętych korytarzach, zamiast otwartych ulicach. Mogę. Przeraził mnie lekarz, z ręką na telefonie. Ambulans. Inny, przyjaciel, wypisał receptę. Wytrzymałem. Z długą listą niezamierzonych pomyłek. Wytrzymałem tak każdy, zapamiętany dzień. Zwichnięty. Przypadek kliniczny.

Nieprzerwane godziny terapii, tylko by zmuszonym pojąć, że bez pomocy, że lepiej już nie będzie. To nie stres. Nie tylko mój Anioł zapadł na melancholię. I ja się w niej zanurzyłem, o wdech, od utonięcia. Dalsze udawanie utraciło sens. Intelektualna manipulacja. Oszukiwanie, dla spokoju. Od zamkniętego zaułka, do ślepego. Tak. Przyznaję się. Jestem na wpół szalony, w połowie niedokończony. Przyznaję to szczerze. Zaszkodzono mnie, teraz ja szkodzę. Muszę przerwać krąg szkodliwy. Nie ja go zbudowałem, ja muszę go zburzyć.

Przedziwne odczucia. Uczucia. Uciekają gdzieś, coraz dalej, poza horyzont współwyczucia. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Z żalem, potwierdzam. Trzęsie się serce, ledwie zasypiają oczy. Huczą skronie. Zmuszane ręce wykonują proste prace, urywki myśli próbują wypełnić pustynniejącą głowę. Zgodnie ze spodziewanymi skutkami. Ubocznymi. Ulegając zanikowi, nie wiem co pozostanie po jego zakończeniu. Nie znam innego stanu, tylko ten sprzed niego. Chaotyczną strategię opóźnionego wycofania. Mistrzostwo maskowania. Unikania, zniechęcania. Samotności w rosnącym tłumie. Dotąd nietłumionej.

Prawda przeraża. Nie wyzwala. Nie wyznawalna publicznie. Wstydliwa. Bycie odmieńcem jest wystarczająco trudne. Wyrzutkiem, do zniesienia. Naznaczonym, niebezpiecznie. Piętnem niedostosowanego, nienormalnego, wariata. Czytałem, jest nas setki milionów. Mija doba, miliony kolejnych pigułek czeka, ze szklankami wody. Może zdążymy, zanim okażemy się za słabi. Na życie wśród ludzi. Dostosowanych. Silnych. Spełnionych.

Kategorie
Chaos

Gdy

Gdy nie pozostaje nic,

Nic poza i gdy.

Pojawia się więc i co?

Co więc, nic i kiedy?

Widząc i nie,

Nie widząc, patrząc.

Czując i będąc bez czułym.

Trwając, nietrwale.

W bycie i w niebycie.

Co było zanim,

I było wcześniej?

Jest, czy nie jest?

Będzie, czy nie było?

Prawdopodobnie.

I nie.

Kategorie
Chaos Polityka Życie

Wystarczy. Wstęp

Każdy kto przeżył wojnę wie, że jest ona największą tragedią ludzkości. Spotkaniem ze złem, nieobliczalnym, w najbrudniejszej formie, które nikogo nie pozostawia bez winy. Zmienia na zawsze, wydobywa najniższe instynkty, najbardziej prymitywne, najmniej ludzkie. Zmienia osobowości, łamie charaktery, odbiera wiarę. Przetrwanie za wszelką cenę staje się jedyną wartością. Inne, osłabiające wolę przeżycia zanikają, przestają być ważne, stają się równie zabójcze jak wróg, który uległ takiej samej przemianie, degradacji. Albo my, albo oni, wojna nie pozostawia wyboru.

Wojny się kończą. Pozostają ofiary. Sieroty, inwalidzi, psychicznie złamani. Niedostosowani do życia bez wojny, która toczy się dla nich i w nich nadal. W nienawiści do sprawców ich nieszczęść, do siebie samych, zdolnych do czynów, których nie mogą wybaczyć ani sobie, ani tym, którzy stali się sprawcami ich popełnienia. Zło nie znika. Trwa nadal. Drąży, nie pozwala zapomnieć. Czeka. Na zemstę, która ma zadośćuczynić krzywdy. Oddać sprawiedliwość. Upewnić się, że to nie my ponosimy winę.

Budowanie życia na nowo, po doświadczeniach wojny, nigdy się nie kończy. Nawet po odejściu pokolenia, które przeżyło ją osobiście. Pamięć o niej tworzy bariery pomiędzy byłymi wrogami. Wygasły konflikt przenosi się do świata sztuki i nauki. Podsycany pytaniami, obrazami, bardziej lub mniej prawdziwymi. Historia okazuje się nie opisem rozwoju i ewolucji, ale niszczenia i rewolucji. Fałszywym.

Wojna, którą obserwowałem i stałem się uczestnikiem nie była przypadkowa. Miała powód. Nierozwiązany dylemat. Narodowości, religii, stron, po których należało się opowiedzieć, tożsamości. Wyboru. Ta wojna toczyła się setki lat. Nawet dłużej. W umysłach. Na tyle długo, że jej oczywistość i wybuch nie był zaskoczeniem. To co się podczas niej działo, jej rozmach i skutki, już tak. Jako obcy, znalazłem się w miejscu, które nie było moim. Nie wybierałem strony. Ona wybrała mnie. Wbrew każdej z możliwości. Poza jedną. Humanizmem i ofiarą, złożoną na każdym z ołtarzy, każdego wyboru. Wojna, której można było uniknąć. Która nie powinna się nigdy rozpocząć. Wywołana przez polityków, ich ambicje, brak wyobraźni, pożądanie władzy i posiadania. Nikt kto powinien, nie poniósł kary. Śmierć poniosło dwieście tysięcy ludzi, w większości bezbronnych, zamordowanych w czystkach etnicznych, nowoczesnej formy eksterminacji. Im poświęcam tę książkę.

Kategorie
Bez kategorycznie Brak Chaos Śmierć

Na nic

Kluczy jest wiele. Otwierających i tych, które nie otworzą. Niczego. Całe pęki. Do zapomnianych drzwi, wymienionych zamków. Po schodach, windami w górę, do jasności i w dół, ponad, niżej, do ciemności, podziemi. Do miejsc  gdzie byliśmy i nie. Gdzie jesteśmy. Gdzie będziemy. Do drzwi, do których otwarcia, nie mamy klucza. Do próśb o ich otwarcie. Do chęci o zamknięciu ich na zawsze. Do nieznanych schodów, kluczy i stania przed, nigdy za drzwiami. Czekający. Odchodzący. Sami i nie sami. Z czekającymi za nimi, na nasze odejście, na pozostanie i czekanie. Nie bycie przed nimi. Drzwiami Do, drzwiami Z.

Gdy w miejscach niepoznanych staniesz, bez oczekiwań, nie myśląc o tym, co już poznałeś i czego poznać nie możesz, zapomnij. Siebie i poznane i niepoznane. Tylko bądź. Pomyśl, że jesteś. Gdy jesteś. Bo jesteś. Bo wiesz, że tak jest. Na zawsze.

Klucze, które przypominają o swoim istnieniu. Ciężkie i lekkie, upięte razem. Nieoznaczone, których nie rozpoznamy. Ciążące. Zebrane. Nie ten, może inny?

Nie mam już kluczy. Do niczego. Oddałem je. Do drzwi serdecznych. Przyjaznych. Miłych. Szczerych. Nienawistnych. Udawanych. Żadnych. Nie wyrzuciłem ich.

Nie o was tu chodzi, o mnie. Klucze? Otwierające i zamykające?  I tyle. Na tyle. Na nic. Zależy? Tak zależy. Biegnij. Świecie. Niezrozumiany.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Klucz

Nic od Ciebie nie chcę. Klucz. Otwierający potrzeby, których nie ma, bo nie może ich być. Słowa, których nie powinno się wypowiadać. Nic nie chcę. Od Ciebie. Są jak sieć zarzucona na wodę, w której niczego nie uda się złowić.

Tacy jesteśmy, niczego nie potrzebujący, bo potrzeba okaże się wyzwaniem, któremu nie koniecznie uda nam się sprostać. Ucieczka jest prosta. Obrót i jak najdalej. Do zmęczenia i zapomnienia. Snów, nie realności, nad którą nie udaje się zapanować.

Znasz to? Ja aż za bardzo. Nie odważę się. To musi samo przyjść. Gdy już przyjdzie, nawet tego nie rozpoznam i ty nie. Zwiniemy się w kłębki pewności, że to nie mnie i tobie się zdarzyło. Innemu, innej. Dalej, jak najdalej. Nie pytaj czemu. Tak musi być. Prościej. Rozsądniej. Bo ktoś tak chce?

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Czeski film

Nikt nic nie wie, nikt nas nie pilnuje. I ja, nie elektryk, nagle malarz. Nie artysta. Maluję podziemny parking, wielopoziomowy, w centrum starej Antwerpii. Kilkadziesiąt lat temu był tu port. Port stał się zbędny, parking nieodzowny, na pewno płatny, instalują bramki.

Mam dwóch Czechów do pomocy, jeden to pół Serb, czyli pół wróg, w dodatku nazywa się Polak. Nie mogę mu mieć tego za złe. Nie możemy się porozumieć. Słyszę znajomą melodię, podobnego języka, nie rozumiem słów. Serb nie zna serbsko-chorwackiego, z którym się kiedyś osłuchałem. Oni mogli by nawet mówić w suahili, ja w farsi. Było by ciekawiej. Tłumaczymy się telefonami. Belgowie patrzą na nas jak na zjebów, myślą, że pochodzimy z jednego kraju.

Gdzie są pędzle? Nie wiemy. Macie nowe rolki, te są zaschnięte? Stare są jeszcze dobre. To nasza drabina? Teraz nasza. Czyli nasza? Nie nasza, stała w kącie. Kto jest naszym kierownikiem? Nie ma, jesteśmy sami. To skąd wiecie, co mamy robić? Szef nam powiedział. Czyli kto? Janko. Ale on nie jest naszym szefem. To Mirosław. On wam kazał tak malować? Ano! Tak się nie szpachluje. A jak? O! Akryl wygładza się na mokro. Naprawdę? Naprawdę! Świetna metoda. Kabaret.

Odbierają mnie rano samochodem. Powinni być o 5.30. Najdłużej spóźnili się półtorej godziny. Potem jedziemy za ciężarówkami. Dlaczego tak wolno? Nie wiedzą? We środę było święto. Pojechaliśmy, wyjątkowo, do innej pracy. Dzielnica żydowska. Na ulicach patrole uzbrojonych żołnierzy. O dwunastej poszliśmy zwiedzać miasto, w roboczych ubraniach. Najpierw nie mieliśmy adresu, potem okazało się, że nie mamy czym malować. Przynajmniej kupiłem kubek w Starbucksie z nazwą miasta. Dam go Toksycznej. Zbiera takie. Podobno zaliczyli nam dniówkę.

Przed chwilą wysłałem im wiadomość. Jutro jeszcze pracujemy razem. Musicie po mnie przyjechać. Przyszła odpowiedź. Dobrze, że napisałem. Nie wiedzieli. Czeski film.

Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Pamiętajcie o tym

My. Toksyczni. Mamy wspólną cechę. Wydajemy się interesujący. Kiedy mówimy, rozmawiamy, zachowujemy się, poprawnie, nie poprawnie, zachwycamy, przerażamy. Piszemy. Robimy. Jesteśmy ciężcy, poza zniesieniem zainteresowania. Przestajemy. Być interesujący. Naprawdę? Szczerze? Jesteśmy nawet bardziej. Tylko kto może nas znieść? Ja bym nie mógł. Obiektywnie. Nikomu tego nie życzę. Znam to z autopsji, znam z rozmów. Cięższych, niż ciężkość samotnych dni, nawet z kimś, wspólnych. Z samym sobą. Nie ma znaczenia całkowicie nic. Toksyczność się ma. Toksycznością się jest. Niezwykle człowieczą. Najbardziej upadłą i najszczerszą. Wzlatającą i skazaną na upadek. Ikary nie dolecą za wysoko. Jesteśmy zbyt wrażliwi. Na ciepło. Od którego musimy uciekać. Od tego zależy nasz los. Mniej go. Żyjemy dłużej. Trzymamy się żywota, opuszkami. Wydrapiemy sobie palce. I tak się tułamy, aż nic się nie zdarzy. Chociaż mogło, i pewnie zdarzyło się nam, o wiele więcej, niż niejednemu z was. Ciągle jest nam za mało. Zniesławiamy. Poszukując wybaczenia.

Toksyczność. Uznajmy to raz na zawsze! To nie bycie bydlakiem, gnojem, koszmarem, byle kim. Toksyczność to stan! Niekoniecznie nasz. Może być narzucony. Odbierający kochającym czas i nadzieję. Że może będzie lepiej. No nie będzie. Trzymajcie się od nas z daleka. Optymizm jest zbędny. Nawet mój. Jestem niepoprawnym optymistą, dokąd nie zrobię znowu, tak samo i zrobię i już. No może. Nie znalazłem większego optymisty i jeśli przetrwa? Być może zdarzy się cud? Jak dotąd się nie zdarzył. Nie liczę na to. Piszę to zamiast, w imieniu, za pozwoleniem. Przyzwoleniem. Proszę. Niech im się zdarzy. Nie musi mnie.

Ja się łudzę, że gdzieś, jakoś, nie wiem, nie mam pojęcia. Jest jakaś dla nas szansa. Dla tych niewydarzonych marnot, tych stresów, depresji, lęków, nerwic i zaburzeń, musi być jakieś, nawet metafizyczne, jakoś coś. Przyjaźń, o miłość nie chcę prosić, za kogoś, o krztę, niewspółczucia, szacunku. Dzisiaj jest dzisiaj. Nikt nie wie, jakie jutro może być złe. Toksyczni to znają, znają gorsze. Pamiętajcie o tym. Nie toksyczni. Wielu z nas radzi sobie lepiej, niż pozbawieni ideałów. Jest jeszcze inna możliwość. To nie my jesteśmy toksyczni. Toksyczny jest świat? Wasz, nie nasz. Vermilion. Zapomniałem. Nienarodzona moja. Kalevator. Bedę tam. Gdzie zgubiłem serce i chęć. Islington innocents. Niech to…

Kategorie
Brak Chaos Praca

Anake

Ciągle pada. Kilka dni. Leją się krople rzęsiste, na tymczasową ojczyznę. Padały na moją. Nawet kupiłem automatyczny parasol. Otwiera czaszę, jak karabin ogień. Równie niezawodnie na Błoniach, jak nad Mozą, moją tymczasową Wisłą. Jak mój SWD, samopowtarzalnie. Który wyrzuciłem, tuż przed, gdy południowi bracia. Słowianie. Zaczęli wybijać mi zęby. Łamać żebra i dusić wodą, wieszać głową w dół. Taki był brat. Lekarz. Wymiennie Jagieloński, dozował mi impulsy. Wrak. Nie mogę cię zabić, powiedział czystą polszczyzną, nawet gdybym chciał. I nie obetnę ci jaj. Obok stał bezimienny Amerykanin. Płakał. Wymiotował. Lało mi się gówno, stumykiem, po plecach. Bardzo bili. Na beton. Wisząc miałem, w pamięci film, gdy nabijali Bochuna na pal. Nie mogłem się skulić, jak kundel, którym nigdy nie będę i nie byłem. Źle tak się modlić. Mam nadzieję że Ich już nie ma, wśród nas. W kącie było ciało. Widziałem. Mogło być dziecko. Dziesięć lat? Nie dam rady przeboleć. Męczyli Go bardziej niż mnie. I jak mogę chodzić ulicami, bezpieczych miast? Mogę i ryczę. Gdy jestem sam.

Poznaję prawdy. Przedwczoraj o alkoholu w życiu Afrodyty, która usiadła przy mnie. Boska. Zakochała się. Bachus jej był wybrankiem. Kąpała się w pianie, głębokiej, kolorem błyszczącej się czerwieni. Jeżeli się zakocha ponownie, podniosę ją, przeniosę i nie ocenię. Boginie nie muszą być idealne. Ważne, że są. Ta może być ostatecznym wyzwaniem. I ja. Moim wyborem była Humulus z jej szyszkami, wilczyca, karmiąca, ubierająca, zapewniająca prawie komfort, nad ogniskiem, Westy, Penaty i Geniusza. Jest żółcią. Kasztanem, Jantarem. Innym kolorem błyszczącym, skrzącym.

Wczoraj poznałem inną historię, ledwie podsłuchaną. Dobroć, ponad moje zrozumienie. To nie jest mężczyzna, to jest Mąż. Dzisiaj wysłuchałem. Ona nie wie, że wiem, że wiedziałem. Czyta z ust. Temida. Niewidząca, słysząca. Anake. Widząca i niesłysząca. Wiedząca.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.