Kategorie
Pamięć Uczucia

Tęsknota

Tęsknota. Kłująca serce, podtrzymywana cybernetycznym światem. Już nie miłosna. Nie zazdrosna. Trup miłości, kolanami dotykającego zapłakanych policzków. Zwinięty. W objęciu niczego nie czujących ramion. Z tłukącym, przypominającym wspomnieniem, mocniej niż ziemia, uciekająca spod nóg w trzęsieniu. Wylatującym poza orbitę Plutona i powracającym w otchłań Hadesu, z szybkością gubiącą ciało. Z duszą rozsuwającą szwy czerepu, ciśnieniem opadania w ciemność. Czarność. Marność. Oślizgłość.

Przygarnięta tęsknota. W strachu, lękliwszym niż martwość tkanek zapamiętanych uczuć. Krzycząca, gdy zakopana za życia, wołała o jeden jeszcze dzień, zawieszenia w niebycie. Pytająca, czy pamiętam? Stratę. I banał. Patrząca jak patrzyła, bo musiała się, napatrzeć, zanim cię zabrakło.

Lituję się nad moją tęsknotą. Wiem, jest jej trudno. Czuję jak się męczy. Podtrzymuję ją na duchu. Podpieram. Leczę. Zdrabniam jej imię. Głaszczę. Tęsknotkę. Przypominam, że było warto. Nie wierzy w moje zapewnienia, usycha pękami opadających płatków podarowanych róż. Czerwonych. Nie mogę jej pomóc. Nie mogę jej zawieść, kierując ku obojętności. Niechęci, ożywczej nienawiści. Nie mogę, nie potrafię sam się okłamywać i mojej Tęsknoty. Bogini nieboskiej. Echa w górach Arkadii.

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć Przyjemność

Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Historia. Zwykła. Spędziłem trzy dni z poznaną przyjaciółką, sprzed nam tylko znanej ery. Nie widzieliśmy się tak długo, że nie mogliśmy się rozpoznać, wiedząc, że się znamy. Przeciągało się ponowne spotkanie. Gdy wreszcie się wydarzyło, rozmawialiśmy, przerywając tylko na sen, na oddalonych kanapach. Wypiliśmy za dużo. Wyznaliśmy więcej niż wielu. Nie zrobiliśmy niczego, czego moglibyśmy żałować, ale wszystko co powinniśmy, bez poczucia żalu. Tak jak nie pamiętam już, że mogło być kiedykolwiek, z kimkolwiek. O czym zapomniałem i dostałem. Po gębie wspomnieniem.

Jesteśmy równie niepoważni, mimo doświadczenia. Nieodpowiedzialni. Wbrew oczekiwaniom. Gotowi na wszystko. Podpierający się w nieposłuszeństwie.

Wiem, że nie wolo nam było i nie będzie nam wolno. Wpadniemy w spiralę wiru, który może zabrać nas na dno, głęboko, bez wybaczenia sobie i wzajemnie. Nauczyłem się. Wszystko by stanęło, albo ruszyło za szybko z miejsca. Będzie jednak w naszych sercach miejsce dla siebie. Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Kategorie
Pamięć Toksyczny

I nie ma

Dwie godziny. I nie ma moich kolczyków. Prawie. Zostawiłem te niewidoczne. Z widocznych zostały jedynie wypełniające miejsca przestrzeni. Poddałem się więc. Założę je znowu, gdy pozwoli mi na to olanie drobnomieszczańskich opinii kraju, w którym postanowiłem żyć po raz kolejny, urodzenia. Czuję się jak zdrajca. Kłamię znowu. Będę musiał, że nie jestem kim jestem. Będę taki jak inni. Uśrednię się. Zasadniczo. Pełnią. Oczekiwaniami. Nie usłyszę, nie pasuje, myślę że zwariowałeś. Skończy się na jakiś czas moje milczenie. Zawstydzające. Ja nie oceniam kim jest ktoś. Jaki, jakim byłby, jakim jest w momencie bycia. Gdy już spoczywa, kilka stóp pod zabetonowanym pomnikiem egoistycznych potrzeb bliskich, w miejscu zapomnianym, bezimiennie zarosłym. Nie brakuje mi umiejętności odpowiedzi. Tych kłująco niechętnie słuchanych. Nie skorzystam z nich. Pozwalam sobie na słuchanie. To wystarczy. Musi wystarczyć oceniającym mnie nisko. Wyceniających się wysoko.

Po dwóch godzinach popatrzyłem na siebie. Na twarz. I na szyję z różańcowymi cząstkami kryształu. Tego nie zdejmę, chociaż naprawiałem już tyle razy, rozdarcia w wielu miejscach. Założyłem nowy krzyżyk, w zamian zagubionego w niemytym kiblu, na belgijskiej budowie. Może kiedyś odnajdzie go, jakiś badacz zwyczajów, udomowionych niewolników, robotniczej rzeszy, sprzedających się za bezpieczeństwo, zrzucone z pańskich stołów?

Teraz czas ruszyć za przeznaczeniem. O was wszystko, o mnie tyle, bym nie upadł najniżej. W NM, w nieznanym, płytko wykopanym grobie. W sam raz dla takich jak ja.

Kategorie
Pamięć Religia Rodzina

Zaduszki. Nie jazzowe

Zaduszki. Nie jazzowe. Na najbrzydszym cmentarzu w Krakowie. Pocieszenie jedyne w tym, że cmentarz nie musi być ładny. Wystarczy funkcjonalność. Miękka ziemia, wyznaczone alejki, którymi przemieszczają się poprzebierani ludzie, czyjeś rodziny, przyjaciele, wrogom nikt nie zabroni zaświecenia świecy, dyskretnego splunięcia, zamiast modlitwy.

Jakiś mało żurnalowy ten rok. Nie tak bogaty w futra i drogie kozaczki. Pudelkowe. Było za ciepło. Kreacje szykowane od sierpnia okazały się za zimowe, na parskania i narzekania na choroby. Na puszenie się przed kuzynami, jak to wspaniale nam się powodzi.

Jedyny cmentarz który odwiedziłem. Ojcowski. Wyklęty parias, któremu pozostał tylko święcie zapamiętany ojciec. Nie poszedłem na inne. Nie popatrzyłbym na tych, którzy mogli by tylko patrzeć z niepewnością. Można go pozdrowić? Zamienić kilka zdań, bez zobowiązań? Nie poszedłem też do ojca w dzień zmarłych. Wszystkich Świętych. Nie chciałem spotkać tych, którzy mają mnie w dupie, od niepamiętnych lub niedotykalnych czasów. Spędziłem go w towarzystwie śmiechu. Dobrym.

Msza w kościele, równie brzydkim jak cmentarz. Spowiedź, komunia, odpust zupełny dla taty. Nie był ideałem. Był moim idolem. Tatą. Uroniłem kilka łez, tęsknych, z żalem. Wybaczyłem mu wszystko. Teraz muszę wybaczyć mojej matce. Mamie. Jest jeszcze czas. Na uśmiech przez żałość.

Kategorie
Pamięć Przyjemność

Nie dam się

Dwa dni w moim miejscu. Londyn. Wołający mnie w snach. Najpierw nie było czasu na pakowanie. Potem na sen, spotkania. Był czas. Tylko dla mnie. Nie zadzwoniłem do nikogo, nie prosiłem o nocowanie. Bilety? Dwa funty, bez dwóch pensów. Tam i z powrotem. Bez podatków. Czas zakupu? Mniej niż minutę. Rekord świata. Niedowierzanie i zryw. Mam dowód? Mam! Małe B&B za dwadzieścia, które miałem, od wyjazdu, zawsze w kieszeni, wymięte, sinoniebieskie. I czerwona pięćdziesiątka, składana w kwadrat. Z Elżbietą. Na piwo. W Highgate, obok domu. Nie obok, naprzeciwko. Dwa dni na bycie u siebie. Tyle się zmieniło. Tak długo mnie tutaj nie było. Wciąż ten sam zapach. Kolor nieba. Ekscytacja ponad wszystko. Mój Londyn. Moje miejsce. Moja córka, czekająca na mnie, na St Pancras and Islington. Mój most, z którego widać całe miasto. Klucz na dach w Cholmeley Lodge, z którego mogłem machać do Polski i Australii, jak w każdy Nowy Rok. Klucz i już stare Brandy, ze schowka na stacji Waterloo. Tate i Camden Town i wieczorny jazz. I chińczyk i hindus na Archway Road. Kebab przy stacji Metra. Nie poznaję siebie. Po dwóch dniach. W Krakowie. Rozpierdala mnie. Chuj wam. Nie dam się.

Kategorie
Pamięć Psychika

Zamiana

Nie nakazuj mi zmieniać tego co zmieniłem.

Pozwól pozostać zmienionym. Jaki jestem.

Nie zmienię. Nie próbuj. Nie oczekuj.

To nie zmiana. Zamiana. Przywracana.

W zawodzie nie jestem ja, jesteś ty, tylko.

Nie moje oczekiwania. Rozczarowania.

***

Nic ci nie oddam. Niczego. Minęło.

Nie mam niczego do przywracania.

Było dobrze, źle nie tylko. Było.

Odetchnij. Rozejrzyj. Zaczekaj.

Przypomnij i zapomnij.

Sobie. Siebie. Mnie.

Obudź. Się. Wstań. Idź. Odejdź.

Kategorie
Brak Pamięć Życie

Nie wpasujesz się

Spełniające się proroctwa tych, którzy źle nam życzą. Pewnych, że życzą dobrze. Uczą twardości charakteru. Janczarskiego. Słuchaj powtarzających się proroctw tak długo, aż staną się częścią twojej osobowości. Zadręczonej, niepodważalną pewnością, że jesteś wcieleniem braków, wybrakowanie szkodzącym tym, którzy ich nie posiadają. Cokolwiek byś nie zrobił, udowadniając, że nie, jednak nie, całkowicie nie, zupełnie nie, nie jest ważne. Wystarczy jedno potknięcie i wiesz, że mieli rację. Ich błędy nie szkodzą im, tylko tobie, są bezbłędni we własnych. Wysiłek poprawy, którego nigdy być nie powinno, bo nic poprawy nie wymagało, wali się jak ułożony dom karciany. Powalony świadomością upadku, kolejnego i potwierdzającego. Byłeś nikim, będziesz nikim, jesteś nikim. Niezmiennie, powtarzanie. Nie ułożysz nigdy niczego do końca, trwale i bezpiecznie. Nie będziesz nawet fundamentem. Nie zrozumiesz, że bycie w błędzie przynosi zysk, kosztem winy i niższości innych, którzy albo uznają tę zasadę, albo zostaną wypchnięci poza granicę układu, opartego na szczerym nie przyznaniu się do winy. Bez niego nie będą mogli zrzucić jej na ciebie. Nie będą posiadać tego, co odebrali tobie. Bycia równym w poszukiwaniu.   

Możesz być wykształcony, tryskać wiedzą, rozumem, inteligencją, witalnością, talentami, żartem i siłą. To nie ważne. Złamaną duszą, potrzaskanym sobą widzisz, że wokół siebie nie znajdziesz nic, poza wypaloną przestrzenią. Nie umiesz kochać, nie umiesz szczerze, nie wiesz jak być, kiedy i dlaczego. Tylko jesteś. Nie wiesz na jak długo, po co, w jakim celu. Nie przychodzisz, nie ma cię, nie odchodzisz. Jedyne co wiesz, że przyjdzie kres. Jak niezliczone końce, rozpoczętych i nie zakończonych. Listów, zdań, spowiedzi, rozmów, planów, chęci, nadziei, strachu. Pretensji, żali, kolejnych prób, rozwiązania, nawiązania, przepraszania, tłumaczenia, że na krótki moment byłeś, a nie było cię. Słuchałeś swojego głosu, który wiesz, że należy do ciebie. Obserwując swoje ciało, którym poruszasz. Odczuwasz ty, ale nie to ty jednak, to ktoś, kogo nie znasz. Wszystko twoje, a jednak nie. Czyjeś. Twojo, nie twoje. Czyjoś, nie czyje, nie mojo moje. Nie moje spełnienie, nie ja jestem jego przyczyną.

Rozpoczynasz wszystko od nowa. Po raz kolejny. Następny. Cieszysz się rozpoczynaniem, tylko to umiesz. Jesteś początkiem. Czasami udaje ci się przeciągnąć to rozpoczynanie, aż do początku budowania. Łudzisz się, że może tym razem nie zobaczysz powstających pajęczyn pęknięć. Odwrócisz wzrok, udasz że ich nie ma. Im dłużej udajesz, tym pęknięcia stają się szersze. Gdy się odwrócisz zobaczysz ruinę. Jeżeli się nie odwrócisz wiesz, że nie zobaczyłeś ruin, które pozostawisz. Zazwyczaj wiesz, że zanim zaczniesz zaczynanie, nie doczekasz się nawet i tego. Twój, nie twój głos powie, co musi być powiedziane, twoje ciało, nie twoje, rozwieje nadzieje. Potem skurczysz się, zwiniesz, schowasz. Na jakiś czas. Rozwiniesz się, powstaniesz. Staniesz pewnie, czekając na kolejną porażkę.

Krzywdzisz. Nie chcesz. Chcesz być taki jaki jesteś. Nie wolno ci. Możesz być tylko taki jak inni. Na gruzach budować kolejne gruzy, które nazwiesz osiągnięciem. Nie swoimi rękami. Tych, którzy położyli kamienie węgielne wierząc, że tworzą coś więcej niż tymczasowość, wiedzących, że to jedynie wiara, nadzieja, nie pewność. Jak spojrzenie w oczy, dotykające serca, gdy serce nie okaże się oczekiwanym, gdy zboczysz na ścieżkę innego rytmu jego bicia. Staniesz się kamieniem odrzuconym, którego nikt nie podniesie. Nie zostałeś obtłuczony na miarę, pozbawiony krawędzi właściwych samemu sobie i nie wpasujesz się w oczekiwaną trwałość nietrwałości. A tego nigdy nie chciałeś. Pozostaje ci własne bycie w niebycie. Masz chociaż to. Niczego innego nie poznałeś. Pozostajesz, jesteś, zanikasz.

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć

Ostrzegawcze wspomnienie

Nas, nikogo, nie dotyczy bycie. Miałem dzisiaj powtórkę sprzed roku. Nie mogłem dostać się do domu, w którym mieszkam, za który płacę. Jeden zestaw, niezwykle wyszukanych i precyzyjnych kluczy. Nie w moich rękach. Zimno na ulicach. Klamka, brama, zamknięte. Otwarte. Zimno jak przed otwarciem. Poznałem zasady. Brak kaloryfera, szukam dalej. Niczego nie mogę wynająć. Hotele zamknięte. Otwarte podobno, nikt nie odpowiada. Mam kasę. Mógłbym zapłacić. Mam jej cały plik, spięty gumką do włosów. Nic nie jest warta, gdy nie można się nią posłużyć. Zasnąłem w śmietniku. Ocieplonym. Cały nim śmierdzę. Ustawiony budzik na dwie godziny. Zdrętwiałem. Wynoś się stąd skurwysynu, łajzo, bo zadzwonię po straż miejską, czuję szarpanie za ramię. Wstaję. Zaskoczenie. Nie wyglądam jak oczekiwała wykrzywiona morda, czerwona z poczucia wyższości. Pogłaskałem jej psa, przestał szczekać. Wychodzę. Przepraszam słyszę, bardzo ciche, za plecami. Spluwam. Chodzę. Długo. Czuję się jak śmieć. Jestem nim. Nic się nie zmieniło, zdałem sobie sprawę. Zostałem podrzucony, za karę, że jestem, tym którzy pozwoli mi żyć. A miało mnie nie być. Jestem i nie. Jestem bytem, nie będącym. Przypadkowym. Gdziekolwiek bym nie był. Z dala. W oddali. Czekający na koniec, który nigdy nie nadchodzi. Aż nadejdzie. Nie różem, z rozpuszczonej krwi płynącej w tętniących żyłach. Trafem, wiekiem, przypadkiem. Bo chcę, muszę się przedostać przez ucho igielne, do gdzieś, bo może tam już nie będę szukał. Odnaleziony. Nie tylko byt określa świadomość. Jest jeszcze pamięć, której nie sposób się pozbyć. Trzymająca mnie w zamknięciu, wbrew mojej woli.  

Szedłem Plantami. Płakałem. Nie był to płacz taki sobie. Lało się. Zamarzały mi łzy na twarzy. Marznący wiatr wprost w oczy. Zrywałem spod nich zamarznięte rzeki łączących się, słonych kropli. Modliłem się za Aniołów, spadających z nieba, wprost w bród ziemi. Upadłych. Rozumiem ich. Skrzydła nam podcieli i nie możemy się wznieść tak wysoko, jak się wnieść chcemy. Mijamy się, rozpoznajemy bez słów. Nie muszę widzieć ich aureoli, żarzących się po zmroku. Wiem kim są. Bezgłośnie odmawiamy wyznanie wiary, prosząc o pomoc, o wybaczenie. Optymiści kosmicznego bezmiaru.

Rano znalazłem w kieszeni kluczyki do samochodu. Kurwa. Nie musiałem zasypiać na mrozie. Może musiałem. Zachować wspomnienie, ostrzegawcze. Uważaj, wszystko może się powtórzyć. Znowu zaczynasz być dumny. Tracisz pokorę. Uważaj.

Kategorie
Pamięć Psychika Religia

Niewiele nam potrzeba

Uciekłem z ucieczki. Wróciłem. Odbyłem rozmowę o toksycznościach. Odkryłem, że nie są do siebie podobne. Ofiarą jest niewinne dziecko, które niczego nie rozumie. Jest rozdarte pomiędzy miłością i oczekiwaniem. Znam to. Pamiętam. Mojego ojca stojącego w progu mojego domu. Widzę oczami mojego dziecka, jak patrzy na swojego. Syf. Nie do przyjęcia. Mój ojciec wybrał i ja wybrałem będąc ojcem. Moglibyśmy sobie uścisnąć ręce. Udało nam się wszystko zepsuć, chcąc naprawiać. Zrobimy to zza grobów, równie zaniedbanych, oddalonych.

Nie masz nic, jak to możliwe, usłyszałem? Nie jesteś bezradny. Możesz więcej niż inni. Rozdałem, wydałem. Wróciłem, bo nie potrafię wykorzystywać, mając poczucie winy. Jestem bezradny z wiarą i nadzieją, niesłabnącą. I rozdam i wydam. Gdybym spotkał kogoś, kto pozwoli mi to zrobić, dbając o siebie i innych zostałbym filantropem, a tak jestem nikim, którego pamiętają ci, którym oddałem ostanie grosze, nie zapamiętają niczego, nie potrzebujący. Nie spotkałem. Fatum nie postawiło mnie w miejscu gdzie Gloria szydzi z Filozofii. Bóg mi znany nie chciał tego uczynić, obawiając się o moją duszę, ratując ją przebaczeniem, uśmiechem.

Ludzie jak ja, żyją jak przestępcy. Chowający się w miejscach niedostępnych nikomu. W świetle lamp, pod smrodem łachmanów, otulających w zimową noc samotność. Patrzący od zawsze w przestrzeń, gdzie nie ma nic, tylko czekanie. Upodabniający się do innych, nie podnoszący głosu, bo i tacy są, wyglądający na gorliwych, radosnych i zakładających maski, dostoswane do oczekiwań. Winni win tych, o których dawno zapomniano i się pamięta. Zatrzymani, w drodze, spadający w nieskończoną się przepaść. Niewiele nam potrzeba. Okruszyn z chleba wybawienia nie naszych oczekiwań. Dajcie nam to, wtedy wrócimy. Wszyscy.

Kategorie
Pamięć Spokojnie

Gdybym Cię nie kochał

Było by tak łatwo, gdybym Cię nie kochał. Nie było by zawodu, zabijania kochania na siłę, narzucania zawodu, którego nie było i być nie powinno. Poświęciłem kochanie, dla dobra niekochania. Poświęciłem przyjaźń, dla dobra jej braku. Pozostałem bez obu. Pozostałem bez Ciebie. Nawet nie wiesz jak mi z tym źle.

Nie obwiniam Cię, że Cię nie ma. Nie miało Cię przecież być. Byłaś. Stałaś się, nie wyczekiwana, nie znana, nie spodziewana, na krótko moja. Na długo wytęskniona. Czas pomaga zapomnieć. Pamięć nie pozwala pozbyć się gestów, głosu i słów. I niech tak pozostanie. Pamięć nikomu nie szkodzi, nikomu nic nie zabiera.

Myślę często o Tobie. Boję się często o Ciebie. Zawsze dobrze Ci życzę. Szkoda mi kochania, szkoda mi przyjaźni i wiedzy, że jesteś. Tak zadecydowałem. Za szybko, na zawsze. Mogę winić tylko siebie. Musiało tak się stać, gdyby nie musiało, pozostała byś, mimo moich zabiegów, aby tak było.

Gdybym tylko Cię lubił. Nie było by zawodu. Nie zabiłbym w Tobie uczuć, które powinny pozostać. Myślałem, że będziesz jedną z wielu. Okazałaś się jedną, o którą nie potrafiłem się starać. Uciekłem przed Tobą. Za dużo tego kochania, myślałem. Nikt mi tego nie podaruje.

Zawód zamienia się we wspomnienie. Coraz milsze i spokojniejsze. Zaczynam się cieszyć, że byłaś, zamiast żałować, że Cię nie ma. Kochanie zamienia się w serdeczność. Serce bije mi radośniej. Dla Ciebie, na myśl o Tobie. Pozostaniesz we mnie. Na zawsze. Dobrze.