Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć Przyjemność

Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Historia. Zwykła. Spędziłem trzy dni z poznaną przyjaciółką, sprzed nam tylko znanej ery. Nie widzieliśmy się tak długo, że nie mogliśmy się rozpoznać, wiedząc, że się znamy. Przeciągało się ponowne spotkanie. Gdy wreszcie się wydarzyło, rozmawialiśmy, przerywając tylko na sen, na oddalonych kanapach. Wypiliśmy za dużo. Wyznaliśmy więcej niż wielu. Nie zrobiliśmy niczego, czego moglibyśmy żałować, ale wszystko co powinniśmy, bez poczucia żalu. Tak jak nie pamiętam już, że mogło być kiedykolwiek, z kimkolwiek. O czym zapomniałem i dostałem. Po gębie wspomnieniem.

Jesteśmy równie niepoważni, mimo doświadczenia. Nieodpowiedzialni. Wbrew oczekiwaniom. Gotowi na wszystko. Podpierający się w nieposłuszeństwie.

Wiem, że nie wolo nam było i nie będzie nam wolno. Wpadniemy w spiralę wiru, który może zabrać nas na dno, głęboko, bez wybaczenia sobie i wzajemnie. Nauczyłem się. Wszystko by stanęło, albo ruszyło za szybko z miejsca. Będzie jednak w naszych sercach miejsce dla siebie. Bezpieczne. Wzruszająco. Szaleńczo?

Kategorie
Praca Przyjemność

Elegy For A Polish Boy

Zadanie drugie. Przyjemność ta sama. Szybki fiks.

***

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą, 

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią, 

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg, 

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć, 

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, 

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, 

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut — zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

Kamil Baczyński 20. III. 1944 r. 

***

They’ve taken you, my son, from your dreams and like a butterfly
they’ve embroidered you, my son. Your sad eyes bleed ore.
They painted landscapes, yellow-stitched, in horror and gore,
they adorned a hanged man like a tree, the sea’s waves to ply.

They taught you, my son, your land and its ways by heart
and by its footpaths you sob iron shards for tears.
They tuned you in darkness, fed you in loaves of terror.
You tread, groping through to dark, the road of fear.

And you ascended at night, my golden son, with a black gun
you perceived in the passing of a minute-bristling evil’s thirst.
Before you fell, you hailed the earth with your hand,
did it soften your fall, my sweet child, did the heart burst?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Barry Keane

***

They have pulled you apart, my son, from dreams trembling alike butterfly. Embroidered your sad eyes with russet blood.

They have painted yellow landscapes stitched by conflagrations. Sequined, flowing see with hang like trees.

You know your land by heart, well learned, once you cut paths with iron tears. As they have raised you in the darkness with a loaf of dread.

You blindfolded walked the most shameful of human ways. Went you out, sunny my, with a black weapon into the night.

You felt how evil bristled in the sound of the passing live. Before you fell, you blessed the earth with your hand. Was it a bullet, son, or was it a broken heart?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Toksyczny

Kategorie
Pamięć Przyjemność

Nie dam się

Dwa dni w moim miejscu. Londyn. Wołający mnie w snach. Najpierw nie było czasu na pakowanie. Potem na sen, spotkania. Był czas. Tylko dla mnie. Nie zadzwoniłem do nikogo, nie prosiłem o nocowanie. Bilety? Dwa funty, bez dwóch pensów. Tam i z powrotem. Bez podatków. Czas zakupu? Mniej niż minutę. Rekord świata. Niedowierzanie i zryw. Mam dowód? Mam! Małe B&B za dwadzieścia, które miałem, od wyjazdu, zawsze w kieszeni, wymięte, sinoniebieskie. I czerwona pięćdziesiątka, składana w kwadrat. Z Elżbietą. Na piwo. W Highgate, obok domu. Nie obok, naprzeciwko. Dwa dni na bycie u siebie. Tyle się zmieniło. Tak długo mnie tutaj nie było. Wciąż ten sam zapach. Kolor nieba. Ekscytacja ponad wszystko. Mój Londyn. Moje miejsce. Moja córka, czekająca na mnie, na St Pancras and Islington. Mój most, z którego widać całe miasto. Klucz na dach w Cholmeley Lodge, z którego mogłem machać do Polski i Australii, jak w każdy Nowy Rok. Klucz i już stare Brandy, ze schowka na stacji Waterloo. Tate i Camden Town i wieczorny jazz. I chińczyk i hindus na Archway Road. Kebab przy stacji Metra. Nie poznaję siebie. Po dwóch dniach. W Krakowie. Rozpierdala mnie. Chuj wam. Nie dam się.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Przedmiot i podmiot

Dostałem. Chociaż miałem kupić. Odkupić. Wykupić. Rzecz. Przedmiot. Wcale nie bezwartościowy. Oddałem inny w zamian. Pamiątkowy. Mogę znajdować. Odszukuję. Nie wolno mi brać. To ja daję. Przekazuję i pomagam. Mnie się nie pomaga. A może? Już czas nauczyć się prosić? Mówić o pomocy, nie przetrwaniu. Nauczyć się słuchać, w ciszy. Bez przerw. Przerywania. Prosić bezgłośnie. Sobą. Nie potrzebą. Bezustannie wieloraką, spazmatycznie skurczem i rozkurczem niespełnioną. Zamiast niezbędności, zapewniającej trwanie, bezpiecznej. Szansy, możliwości czynienia więcej i na pewno, bez pewności zakończenia.  

Zachwycił mnie darczyńca. Odświeżył. Przypomniał. Rozumnie. Radząco. Aktorka innego dramatu, z innego, nie znanego teatru. Nie obcego. Równolegle tworzącego, sztukę, zamiast sztuczności. Hipnotyzująco. Zdolnością pasji, nie oczekiwań. Miałem świadczyć usłużnie, wyświadczono przysługę mnie. Wymianą podmiotową, przypieczętowaną przedmiotowo. Na pamięć. Zapamiętanie. Na drogę. Na moment spotkania, rozdzielającą się, kierunkiem każdego w swoją stronę. Dróg.

Patrzę na przedmiot. Użyteczny, ale niekonieczny w posiadaniu. Moim. Otrzymałem niekonieczność, wymieniłem na zbędność. Ze szczerymi wdzięcznościami. Gestami prawdy o posiadaniu, poza jego znaczenie. Proszę. Weź. Weź i ty. Symbolicznie. Teraz mam. I ty masz. Dziękuję.

Jest mi z tym dziękuję dobrze. Lekko dobrze. Bardzo.

Kategorie
Przyjemność Religia

Dobrze, po prostu

Jestem katolikiem. Zawsze nim byłem, ale nie była to religia pierwszego wyboru. Nie miałem go, urodziłem się w katolickiej rodzinie. Musiałem dojrzeć do uznania, że nim jestem. Bardziej przemawiał do mnie Buddyzm, Islam, Hinduizm, szkoły filozofii klasycznej, porwała mnie metafizyka Krishnamurtiego, spełnionego etyka, niedoszłego nauczyciela świata, który zawsze bronił się przed uznaniem go za takiego. Chrystus wydawał mi się nieprzystępny oczekiwaniami przyjęcia wszystkich jego nauk. Irytowały mnie jego słowa, potwierdzające, że jest i Mesjaszem i synem jedynego, trudnego do pojęcia, talmudycznego Boga, który aby wiarę bardziej skomplikować, wysłał dodatkowo niezidentyfikowanego Ducha. Katolicyzm był dla mnie obcy, żywy dowód arogancji barbarzyńskich potomków tych, którzy zniszczyli mój wyidealizowany, antyczny świat humanizmu. Kościół był dla mnie szyderstwem z Chrześcijaństwa, sektą szaleńców, walczącą z innymi sektami, nie mniej obłąkanymi, w niekończącym się sporze o nieistotne racje, odmawiającym wiernym prawa do interpretacji pism pozostawionych, jeżeli rozumieć to wprost, przez Boga, w przyjętej przez Niego, ludzkiej postaci. Religii zawsze nieszczęśliwych i niezadowolonych z siebie. Nudnych.

Buddyzm mnie zmęczył. Jego tybetańska forma (przepraszam podążających tą ścieżką, także znajomych Tybetańczyków, z którymi wiele razy protestowałem pod Ambasadą Chin w Londynie i nadal jesteśmy w kontakcie), najlepiej mi znana, z młynkami modlitewnymi i niejasną kosmologią, którą można nagiąć do oczekiwań każdego, okazała się nie do przyjęcia na dłuższy czas. Dalaj Lama z przyklejonym, infantylnym uśmiechem, nigdy nie odpowiadający wprost na pytania, wydał mi się równie niedorzeczny jak następujący po sobie, dobrotliwi Papierze. I on i oni, elekcyjni władcy absolutni. Islam mnie przeraził. Słuchając monologów imamów, miałem często ochotę uciec z meczetu. Po wielokrotnym przeczytaniu Koranu, przestałem mieć złudzenia, logika nauk była jego zaprzeczeniem, nienawiść do Żydów i Chrześcijan prawie nie ukrywana, seksizm tak oczywisty, że ograniczenie kobiet do posługi zakonnej, okazało się ideałem emancypacji (na szczęcie nie dotyczy to wszystkich muzułmanów). Przez Hinduizm się prześlizgnąłem. Pozostała mi po nim głęboka niechęć do determinizmu, ale także umiejętność medytacji, pomagająca się wyłączyć i głębiej modlić. Mahabharatę i Ramajanę wymęczyłem, było jednak warto. Niedościgniona poezja. Wstydź się Homer, wstydź. Stoicyzm na zawsze będzie dla mnie kluczem do zrozumienia złożoności ludzkich wyborów. Krishnamurti nie przestaje mnie zadziwiać celnością przemyśleń, chociaż trudno mi się zgodzić ze wszystkim co przekazał. W okrężnej drodze do Chrześcijaństwa poznałem jednak wielu niezwykłych ludzi, którym zawdzięczam tolerancję i otwartość, bez których nie byłbym jakim się stałem.

Nawrócenie nie jest właściwym słowem na określenie stanu w jakim się znajduję. Powróciłem z dalekiej wyspy na archipelagu czekających, rzadko nawiedzanych. Od jakiegoś czasu prowadzę codzienną rozmowę z Aniołem. Nie modlę się do niego. Modlę się za niego. Nie jest to niematerialna postać. Tak nazywam człowieka, kobietę, żyjącą, oddychającą, czującą, wrażliwą, trochę doskonałą, trochę nie. Ma anielskie imię. Anioł pomógł mi zdobyć się na odwagę i wsiąść do łodzi, którą dopłynąłem z wygnania, do celu, który powoli poznaję. Przekonał mnie, że chociaż nasza wiara jest jedna, nikt nie musi wierzyć dokładnie tak samo i nie ma w tym nic, co może mnie wstrzymać w byciu lepszym, choć trochę, każdego dnia. Anioł nie jest nudny i nieszczęśliwy. Jest interesujący, myślący. Cierpliwy. Zabawny. Uczy mnie jak akceptować niepowodzenia i do kogo się zwrócić o pomoc, konsekwentnie. Przebaczać sobie i działać. Biblia przestała parzyć. Przybycie Anioła zamknęło rozdział poszukiwań w moim nienormalnie intensywnym życiu. Bycie katolikiem przestało być ciężarem, staje się naturalne, oczywiste. Nic nie waży. Jest częścią mnie. I jest mi z tym dobrze, po prostu.

Kategorie
Przyjemność Psychika Religia

Trucizną i lekiem

Zapomniałem jaką przyjemnością jest przejście się ulicami swojego miasta. Nie wybranego, do którego wrócę w odwiedziny. Tego w którym się urodziłem. Z którego uciekłem, uciekałem. Nie chodzić ulicami miast, które wyczerpały moją cierpliwość, które przyjęły mnie dobrze, z uśmiechem, grzecznym, jednak chłodnym.

Stanąć w centrum znanego wszechświata, okazać się takim samym, całkowicie odmienionym. Zmęczonym przekonywaniem się, że jestem złem wcielonym, winnym i obcym. Uspokojony wiedzą, że winy się rozkładają i bliżej mi do dobra. Nie tłumaczyć się już, nie złościć, nie obiecywać, nie odpowiadać na oczekiwania.

Spotkać się z przyjaciółmi i tymi których lepiej rozumiem, którym wybaczyłem, jak siebie, jak sobie. Stanąć oko w oko z przeszłością, której bardziej się bałem, niż powinienem. Z nadzieją i pewnością, że pokonywanie przeszkód doprowadzi mnie do właściwego celu, który dopiero poznam. Trzeźwo spojrzeć na siebie, jakim się stałem. Trucizną i lekiem.

Uklęknąć przy dziecku i wyznać, że wierzę w jeden powszechny katolicki kościół, od którego oddaliłem się, prawie do zwątpienia. Mieć pomoc anielską, która podtrzyma mnie na duchu. Nie mieszać się w spory, nierozwiązywalne. Uznać, szanować, skoro już do tego dotrwałem. Z głębi serca, nie obowiązku. Pozwolić sobie tęsknić. Pozwolić kochać. Tęsknić, kochać. Być.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Praca Przyjemność

Zabezpieczony: Początek anonimowej książki, ciągle obcinanej przez wydawcę

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Kategorie
Przyjemność

Od początku

To nie miał być blog, taki, jakim był. Nie miał być pamiętnikiem straconych dni i nadziei. Miał pomóc ludziom, podobnym do mnie. Toksycznym. Bo żyjemy w takich czasach, gdy każda inność, nawet niewielka, nie jest mile widziana. Można wiele, pod warunkiem, że jest się podobnym. Kulturą, rasą, religią, wyglądem, przekonaniami, doświadczeniem, czymkolwiek. Najlepiej, gdy jesteśmy uśrednieni i niczym specjalnym się nie wyróżniamy. ( Tutaj jest hej. Dla komentarza. To jest tekst ruchomy. OK?. Uwaga dla Niezwykłej.) Jest odmienność dozwolona, nie należy niestety do nas. Zwyczajnie toksycznych. Jest elitarna, dla ludzi którzy wybrali parcie. Na naszą naiwność, że wolno nam być po prostu sobą. Nieskrępowanie i zwyczajnie. Nam nie. Im tak. Kupujemy ten mit. Egalitarnie i bratersko, i siostrzanie. Niedyskryminująco.

Zmieni się język. Długość i częstotliwość publikowanych opowieści o życiu, które widzę, obserwuję i przeżywam. Jak każdy. Może tylko jestem wrażliwszy. Mam stres pourazowy (nawet bez niego jestem szalony). Który czasem nie pozwala mi żyć. Czasem pozwala na życie, pełne zrozumienia. Za kilka dni napiszę jak się nazywam. Kim jestem. Blog przestanie być anonimowy. Nie będzie taki sam. Setkom czytelników, tym dziesiątkom, najpierw śledzących, potem już nie i tym nowym, dziękuję za czytanie. Nic, co napisałem nie było kłamstwem. Gorzką prawdą. Trudną do przełknięcia. Wiem o tym. Może po raz kolejny opublikuję wpisy, które uznam za warte powrotu. Dodam wyjaśnienie. Doredaguję.

Dlaczego tak się stanie? Wczoraj moja toksyczność przeszła samą siebie. Kilka kieliszków wódki zabrało mi nadzieję. Bardzo kruchą. Bardzo chcianą. Bardzo niezwykle zwykłą. Wyczekiwaną, której nie umiałem pokazać, że toksyczni mogą być kochani. Moja kruchość ma imię. Radośnie słowiańskie. Słodkie jak jagoda. Toksyczność moja piękna, jest niczym więcej niż historią, z którą tacy jak się mierzą. Dzień po dniu. Tego nie powiedziałem. Zamiast tego pisałem. Źle. Wiem, że mój Mazur, Oberek, Polonez, Kujawiak, to przeczyta. Wie że piszę. Też i tutaj. I ja także wiem, że nadzieja pisze i pisać chce. Nie będę zdziwiony, jeśli robi to lepiej niż ja? I tak bym chciał! Przeczytam. Może kruchość kiedyś poczyta mnie? Może pomoże toksycznym? W oknach jasnych, w godzinach snu? Daj jej Boże ten talent. I mnie, coś od niej, bo miałem pomagać. Nie męczyć siebie i Was.

Kategorie
Przyjemność Psychika

Na to czekam

Trzeźwieje mi umysł. Nie od procentów, od szaleństw, które i tak wiem, że popełnię ponownie. Te same i nie takie same. Bo przecież nie mogę przestać szukać nieznajdywanego. Które miałem i będę miał tuż, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyły cztery dni, z wiatrem w uszach, pędzenie przed siebie, na granicy równowagi, z czasem na ruchomą kontemplację, po ciążącym mi skurwysyństwie, w obie strony, dociera, rodzi i przeciera się świadomość. Wielokrotnie i według tego samego scenariusza, przejebałem. Nic na to nie poradzę. Za dużo, zawsze chcę i zbyt niecierpliwie.

Z niechęcią przyznaję się, że uczuciowo zbliżam się do letniości. Zimny raczej nigdy się nie stanę. Kilka razy sparzony, wiele razy podkładający ogień, nie dla ogrzania, dla fanaberii, nawet takiej okrutnej, staję się ostrożny. Nie lubię odpowiedzialności za moje i kogoś urażenie. Muszę być taki, nie raniąc, a tymczasem wolałbym się palić, nie tlić, jak popiół na wrześniowym ściernisku.

Jesień to wpływa na mnie? Ależ ja ją lubię najbardziej z pór roku. W zimie mi za zimo, latem za letnio, wiosną chlapa. Gdyby nie szarpiące wrzody, z których nie sposób się wyleczyć, jesień mogłaby dla mnie trwać wiecznie. Kolorami, grzybem, swetrem, owocami, seksem bez ślizgania się w lepkim pocie, gdy obejmują się komórki ocierającej się skóry o skórę.

Dojechał do nas nowy. Niegłupi, miły, grzeczny, ułożony. Zazdroszczę mu. Potrafi szukać namiętności w sieci. Nie tej oglądanej, która przypomina film o pracy tłoków silnika, ale umawianej na Badoo. Zazdroszczę, bo jak tak nie umiem. Brak człowieka odbiera mi radość poznawania. Pierwszych oddechów usta, wprost ust, gdy wiem. Wpatrywał się w ekran, jak ja z przymusu, on chętnie. Już mieli równoczesny orgazm. Gdy ja się męczę, stygnący. Wciąż się z tego cieszę, że nie odpuszczam, przedtem łzawo, potem, proszę, nie, tylko z przyzwyczajenia.

Oczekuję wybawienia, jak najszybszego. Tego sobie Najwyższy życzę. Już odbyłem karę, odpuść, mi poczucie winy i uczucie, które już dawno powinno umrzeć. Czekam na to.

Kategorie
Przyjemność Życie

Skoki

I got that feeling
That bad feeling that you don’t know
I don’t even know her but I hope that she comforts you tonight

Nobody here that keeps you in the shade and ever owned you
Some sentimental tears or someone else’s girl that drips away

But I somehow slowly love you
And wanna keep you the same
Well, I somehow slowly know you
And wanna keep you away

To fragment piosenki, którą dziś zagrał mi You Tube. Wsiadłem drugi raz, na rolki po miesiącu przerwy, i tu takie coś. Winny? Nie. Melodia wyjątkowo rozpieprzająca serce. Nie da się pić i skakać nad schodami. Nie, gdy nie ma się 20 lat. Ha! Da się! Rozpędziłem się. Po jednym piwie. Przeskoczyłem nad trawą, trochę metrów było, dziesięć? Z deptaka nad rzeką, na ulicę, różnica poziomów, tak ze dwa. Bez wywrotki i podpórki i zawiał mi w uszach wiatr, chociaż słuchałem muzyki. Pojechałem pędząc dalej, aż do drzwi domu. Prawie w ciemnościach. Co za przyjemność. Skok jak by mi pod dupą usiadł koń. Zadem. Konia trzeba puścić do przodu, nie ciągnąc. Gdy się pociągnie cugle, koń na chwilę przystaje i albo się zwali, zazwyczaj w bok, kierowany, albo wyskoczy. Jak z procy. I tak mi się udało, na kręcących się kółkach. Ugięcie kolan. Nic pode mną. Usiadłem. To nigdy wcześniej mi się nie udało. Zadzwoniłem do Margo, Amazonki. Latałeś? Tak! Asfalt zamiast strzemion? Kurwa. Boże. Tak. Szczęściarz. Ustałeś? Popłynąłem! Jak gdyby tak miało być. Szczęśliwy? Tak, Gośka. Tak. Następnym razem połamiesz kości. Możliwe.

Dla nie wtajemniczonych. Przeskakując przeszkodę na rolkach, rozpędzamy się. Podskakujemy, nie przeskakujemy i lądujemy za przeszkodą. Koń przeskakuje jak człowiek. W dół skacząc, musimy się wychylić w przód. Możemy jednak inaczej. Jak skok w dal. Prosto. Lekko. Góra ciała do przodu, dół w tył. Tak skacze koń, zatrzymany przed przeszkodą. Tuż przed nią unosimy się nad koniem. Gdy skaczemy w dół, wychylamy się do tyłu, pomagając, potem w skoku pochylamy się nad koniem i pomagamy mu złapać równowagę. Jesteśmy zupełnie bez oparcia. Ja sobie pomagam. Zaciskam kolana. Próbuję trzymać nimi siodło. Jestem chujowym jeźdźcem. Zawsze za płytko siedzę i nie dość prosto. Koń ma cztery nogi. Chodzi naprzemiennie. Jakby dwóch ludzi. Lekko zawianych. Jeden za drugim. Podskakujących. Musimy wymusić na koniu tylne raz i przednie dwa. Wychył w tył. Koń leci, siadamy. Jak nie, to albo koń się przewróci, albo nas zrzuci. Kiedyś tak wyleciałem. Ał. Bolało.

W czwartek wyląduję w Warszawie. Moja córka skończy pięć lat. Do Krakowa nie wiem? Bla bla car, pociąg, wynajmę samochód? Stać mnie. Szybko się pozbierałem. Chyba pierwszy raz podziękowałem szczerze Bogu. Wreszcie znowu, zarabiam na dzieci i na kochanie, które staje się ideą. Ideą niedostatku. Córka chce sukienkę elegancką, co w jej wieku i jej języku oznacza księżniczkowy strój. Jest taki sklep. Kupię jej też rolki, może poskacze ze mną?

Dobrze robi mi ta Belgia. Na serce, głowę, zdrowie i kieszeń. Jeszce się w niej zakocham.