Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Psychika Religia Życie

Gdy

kotek

Ja. Lelewita. Katolik. Polak, Niemiec, Austriak, Włoch i Wołoch, Szwed i Tatar. Rusin. Litwin. Prawosławny, Muzułmanin. Protestant. Żyd po pra i pra babce, uciekinierce z domu Rabina. Rewolucjonista, z różańcem na szyi i innym na nadgarstku. Chłop, Sarmata, wojownik z lekko skośnymi oczami. Folksdojcz, Janczar. Strzelec wyborowy. Szermierz i nożownik. Bogaty biedak i biedny rozrzutnik. Z gwiazdą sześcioramienną, słońcem i półksiężycem na palcu, w kieszeni, na rzemyku obok krzyżyka. Uciekinier, jak daleka poprzedniczka, lecz nieobrzezany. Znoszący wszystko i wszystkich. I siebie. I ciebie. Was i nas. Ich także.

Ja. Nadmiernie pobudzony. Śpiący, zasypiający. Chodzący ulicami znanych i nieznanych miast. Osiedli, wsi, łąk, wzgórz i gór, dolin. Łapiący się za bolące miejsca. Gdzie ktoś uderzył, i ja, postrzelił, rozciął, chorobowo. Nienormalny, najzupełniej wcale nie. Depresyjny, roześmiany. Ludzki i zwierzęcy. W okruchu ponadnaturalny, jak każdy, nieco boski, bardzo pod i upadły.

Nie otworzyliście mi drzwi, gdy pukałem. Nie daliście mi pić, gdy byłem spragniony. Nie daliście jeść, gdy byłem głodny. Nie osłoniliście, gdy nie miałem domu. Nie broniliście, gdy nie mogłem sam się obronić. Kazaliście odejść, precz. Zrobiłem i robiłem to ja. Nie narzucałem się, widząc niechęć. Nie oczekiwałem pomocy, czując że jej potrzebujecie bardziej. Broniłem zupełnie bezsilny, gdy siły już zabrakło rozdanej.

Poiliście i karmiliście, gdy byłem dostatni. Zapraszaliście, gdy nie było przyczyny. Piastowaliście mnie, na siłę, niepotrzebnie. Nie mam tego za złe. Podziwiam. Na dobre i mniej. Ze smutkiem. Sarkastycznie.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

W glorii

Nie kochamy zawsze tak samo. Nie możemy, nie umiemy i nawet nie powinniśmy. Nie kochamy tego samego człowieka, ludzi tych samych. Nawet gdyby, zmienieni, w czasie, zmianami, nie jesteśmy tacy sami. Inni, kochamy inaczej. Kochani podlegają zmianą, jak my. Pamięć miłości nie zapewnia kochania, którego już nie ma, zastąpiło go inne, zmienione.

Śniły mi się byłe żony, partnerki, matki moich dzieci. Stały posągowo, jak Ateny, Gaje, Afrodyty. Ze słodyczą moich i ich wysiłków. Z tarczami i w lśniących brązach. Polerowanych dniem po dniu. Chlebem powszednim. Śniłem o kobietach, które nie stały się moje. Muzy, Driady, Nimfy, Eraty … Na polach Dionizosa. Z zastępami w nie mniej oślepiających złocistych szeregach. Wykarmionych mlekiem i staraniem. Śnili mi się mężczyźni, których dotykałem, którzy chcieli być moimi, a nie jestem aż tak spartański. Achillesowe, Gigantyczne postacie, walczące, ślizgające się w błocie nieporozumienia. W glorii. Wyzwolenia.    

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה

Słucham w osłupieniu. Stałem się słupem. Soli. Siedzącym. W starym samochodzie, po jeździe przez cały kontynent. Jedną ręką trzymając telefon. Mocno. Przywarł mi, płynącymi z czoła strumykami potu, do zwiniętego małżowiną ucha. Pot nocnej jazdy w ulewie, obok ciskających błotem ciężarówek. Przejadę, dojadę? Niewidzialne koleiny, nie pozwalające na zmianę pasów. Moje Gwiezdne Wojny, na autostradach wiodących do Sodomy, instynktem. Drugą zaciskam kierownicę, spoconą dłonią. Spośród palców czuję zapocone kapanie. Kątem oka obserwuję powiększającą się kałużę, na lewym kolanie spodni. Zasychającymi granicami bielącej się Gomory, ustalonej kształtem mojego ciała. Kraków. Pępek. Mesjanizm. Ojczyzna chlebem pachnąca i dobrem. Doświadczona, mądra, w niej się schowam. Niedoceniający. Chcący za dużo, za szybko. Za bardzo.

– Dlaczego byłaś dla mnie taka podła? Słyszę bełkot mojego pytania, z martwiejących ust. Wypowiedziane z dykcją Cycerona.

–  Zemściłam się, że mnie zostawiłeś. Kiedyś. Wtedy. Mówi matka mojego dziecka, z teraz.

– Dlaczego zabrało ci tyle czasu, aby to powiedzieć? Nie mogę unieść głosu. Minęło tyle lat. Dlaczego mi to zrobiłaś.

– Zawiodłam się.

– Czym? To było tak dawno temu. Jak mogłem cię zawieść?

– Cokolwiek byś nie zrobił, nic by to nie zmieniło. Byłeś miłością mojego życia. Teraz tylko jesteś.

– Za to karzesz mnie i nasze dziecko?

– Dziecko jest moje. Już ci pomogłam. Nie będę pomagać więcej. Poświęciłam się.

– Jak? Poświęciłaś się dla siebie? Nie wymagałem niczego. Kurwa…

– Pip, pip, pip, pip, pip… Kurwa przerwała dalszą rozmowę. Ja zły, niedobry, niereformowalnie. Przekleństwa przerywają rozmowy. Usta zacisnęły się. W bezgłośnym zawodzie. Sól, jak lody, powstrzymujące ruchy pękły, pozwalając się poruszyć. Zrozumiałem. Jestem sam. A nie chciałem. Nie musiałem. Zostałem.

Kategorie
Psychika

מהפכת סדום ועמורה שתיים

Przekleństwa przerywają rozmowy. Heroicznie. Komicznie. Dynamicznie. Ostatecznie. Dramatycznie. Myślami, słowami, działaniem i jego brakiem. Prosto, bez szukania wymówek. Nie inwektywy. Nie rzucanie obelgami. Nie we wściekłości. W spokoju czynienia tego, co nie powinno się stać. Dziać. Przekleństwa przerywają życie. Na zawsze. Na długi czas. Wytrwałością pamięci. Żółcią wyobrażeń, odbierającą chęci, nadającą odrazę. Wspomnieniem. Odrzuceniem wydarzeń. Zapamiętaniem krzywdy. Nie zadawaniem pytań. Odpowiadaniem na pytania, których nikt nie zadał. Wyparciem.

A więc wojna? Trzeba przygotować się na straty. Własne i czyjeś. Wojna to odpowiedzialność, za rany. Śmiertelne, trwające i odwleczone w czasie. Nie, nie będzie wojny. Potyczek. Nawet mową. Zdecydowałem, wytrząsając sól przeklętych miejsc, utrwalonych historią.

Tak, złapałem się za głowę, podpierając ją stopami. Wiem gdzie. Czasami przechodzę. To latarnia na skrzyżowaniu, Krakowskiej i Dietla, gdy wybiegłem, pozostawiając przed, wybierając potem, teraźniejszość, bezmiłosną. Bandurskiego, gdzie przesiedziałem noc nagi, patrząc w czerwono-świetliste oko kamery. Niedaleki sklep poranny, gdzie postanowiłem wypić na złe i dokończyć, co nigdy się nie rozpoczęło. Pisanie nienawiści, Na Kapelance, w pijackim amoku. Naciskanie przycisku przy drzwiach, przy Wiśle, usłyszenie głosu z głośnika, który pokochałem przypadkiem. Który powiedział odejdź. Nie chcę cię. Usłyszany po raz absolutnie ostatni. Zapach córki na koszuli, zasypiającej dzień wcześniej w niewiedzy, że nie przytulimy się tak i tam nigdy więcej. Zamknięte drzwi i zatrzaśnięte okiennice. Widok moich ubrań wrzuconych w czarne worki i książek wyrzuconych na stos. Gibbonie pomyślałbyś, że cesarstwo upadło, nie starożytnie, lecz ze mną, współcześnie. Nie Rzym upadł, ja się nie podniosłem na czas.

Gdyby nie rozmowa, zakończona wyznaniem przeklętym i sygnałem piszczącym nieznośnie, melodycznym, para, para, para, czułbym winę, za koniec rozpadu nietrwałości. A więc kłamstwo. Jak, a więc wojna. Z pieśnią wydartą z gardła. Pod sztandarami nieszczerości. Poświęciłem miłość za nieprawdę. Moją miłość, zaduszoną, która mi powiedziała: nic nie jest ważne, poza nami, mam to w dupie, co myślą inni, mam w to w dupie. A ja? Nie chciałem ranić bardziej, nie chciałem wierzyć. Uwierzyłem za późno. O dobę. Niczego nie ochroniłem poza kłamstwem, wszystko straciłem obłudą. Obejrzałem się przez ramię, zamiast wpatrywać przyszłości.  Wiem czym była Sodoma, czym jest Gomora musiałem się dopiero przekonać. Bóg tylko patrzył. Tylko się domyślam jak. Wybrał dla mnie inną karę. Próbę. Nie stałem się jak żona Lota. Nie przemienił mnie w nic, lizawkę bydlęcą. Zmusił mnie do poznawania każdego, źle wymierzonego kroku, który postawiłem i który będę stawiał.

Kategorie
Psychika Życie

Nic nie jest łatwe

Miał być alkoholizm. Wysokofunkcjonujący. Takie to było łatwe. Przestać pić. Łagodnie, z głębokim, lekkim oddechem, omijać części sklepów, gdzie czekało uspokojenie. Liczyć dni. Trzeci, piąty, dwudziesty. Miesiąc. Brawo, oklaski. I następny. Nagradzać się codziennym drobiazgiem. Patrzeć jak znika obrzęk na twarzy. Dziwić się, skąd te zmarszczki. Tracić kilogramy, bo i tak bywa. Przybierać zdrowo na wadze. Badać wątrobę. Pochłaniać witaminy, potas. Nawadniać się. Rzucać palenie. Wypić kilka piw, na próbę, znowu czuć dumę. Nie robić głupot, z siebie głupca. Kontrolować się, pierwszy raz od lat. W końcu załamać się. Siedzieć jak zombie. Dzień po dniu. Zmuszać się do pracy, chociaż godzinę, do umycia się, do jabłka, do filmu, do modlitwy, do rozmowy.

Miała być osobowość z pogranicza. Przypadek typowy. Jak z alkoholem. Łatwo. Czekać na działanie leków. Jeszcze dzień, tydzień. Powoli rozpoznawać siebie. Rozumieć dlaczego było się, jakim się było. Wybaczać sobie. Wyrównywać rachunki. Przyzwyczajać się. Obmyślać strategię ruchu, w nowym, nieznanym świecie. Odkrywać, że się nie pamięta wysyłanych wiadomości, wykonanych telefonów. Wstydzić się. Godzić się. Znowu się załamywać, zwiększać dawki, brać pod uwagę szpital. Nie móc zasnąć. Nie widywać nikogo. Ożywać, brać prysznic, przebrać się, wyrzucić śmieci, sprzątać. Powracać.

Nie ma alkoholizmu, nie ma osobowości z pogranicza. Nic nie jest łatwe. Były testy. Analizy. Retrospekcja. Trudna diagnoza. Jest depresja maskowana. Błędy w wychowaniu. Nieufność. Unikanie, wypieranie. Uderzył grom, z opóźnieniem, kopytami apokalipsy. Miało być nowe, powróciło stare. Nigdy się nie poddaję, powiedziałem, tak mnie nauczono. To błąd. Padło krótkie zdanie. Otwierające. Nie pozostało mi nic innego jak zawyć, zaskowytać i zapłakać jak dziecko, którym nigdy być nie przestałem i zacząć życie bez walki. Dorosłe.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Religia

Pobyć. Zwyczajnie

Zaufać i nie zamykać się. Otwierać się, nie omijać żadnych tematów. Nie chować się za nieprawdą. Okazywać, nie ukrywać uczuć. Pozwolić na bliskość, zaprzyjaźnić. Nie krytykować, być wyrozumiałym. Wybaczać. Nie szukać obojętności. Lękać się, umieć lęk przezwyciężyć. Znaleźć w smutku uśmiech. Pomagać. Nie zapominać, iść dalej. Polubić siebie. Oddać się. Zrozumieć. Pobyć. Zwyczajnie.

Zbiór życzeń, niezupełnie nie możliwych do spełnienia. Modlitwa, nie całkiem nie wysłuchiwana.

Kategorie
Chaos Psychika Życie

Miliony kolejnych pigułek

Dzieje się. Źle i dobrze. Złamany paluch i pęknięte trzy obok. Kolor biskupi. Efekt szybszy, niż skuteczność wychwyconej serotoniny. Depresja ponad wszystko. Zgniotę ją, wymiotę. Nowy hymn. Ostatnio złamałem tak palce ponad dziesięć lat temu, pod spadającymi beczkami piwa. Wcześniej, częściej, gdy chciało mi się jeszcze wykonywać wysokie kopnięcia, na macie. Tym razem otwarłem stalowe drzwi, piętro niżej od mieszkania, do którego chciałem dobiec. Nie chciałem zarzygać samochodu, schodów. Nie zarzygałem. Wola i przyłożona do ust dłoń. Leki tak działają. Zmienione. Dobierane. Tak wygląda walka z depresją. Bez wsparcia, które potrafię przyjąć. Albo oddział, albo konsekwencja. Dano mi wybór, wynikły z pozostawania w abstynencji. Bez niej chodziłbym po zamkniętych korytarzach, zamiast otwartych ulicach. Mogę. Przeraził mnie lekarz, z ręką na telefonie. Ambulans. Inny, przyjaciel, wypisał receptę. Wytrzymałem. Z długą listą niezamierzonych pomyłek. Wytrzymałem tak każdy, zapamiętany dzień. Zwichnięty. Przypadek kliniczny.

Nieprzerwane godziny terapii, tylko by zmuszonym pojąć, że bez pomocy, że lepiej już nie będzie. To nie stres. Nie tylko mój Anioł zapadł na melancholię. I ja się w niej zanurzyłem, o wdech, od utonięcia. Dalsze udawanie utraciło sens. Intelektualna manipulacja. Oszukiwanie, dla spokoju. Od zamkniętego zaułka, do ślepego. Tak. Przyznaję się. Jestem na wpół szalony, w połowie niedokończony. Przyznaję to szczerze. Zaszkodzono mnie, teraz ja szkodzę. Muszę przerwać krąg szkodliwy. Nie ja go zbudowałem, ja muszę go zburzyć.

Przedziwne odczucia. Uczucia. Uciekają gdzieś, coraz dalej, poza horyzont współwyczucia. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Z żalem, potwierdzam. Trzęsie się serce, ledwie zasypiają oczy. Huczą skronie. Zmuszane ręce wykonują proste prace, urywki myśli próbują wypełnić pustynniejącą głowę. Zgodnie ze spodziewanymi skutkami. Ubocznymi. Ulegając zanikowi, nie wiem co pozostanie po jego zakończeniu. Nie znam innego stanu, tylko ten sprzed niego. Chaotyczną strategię opóźnionego wycofania. Mistrzostwo maskowania. Unikania, zniechęcania. Samotności w rosnącym tłumie. Dotąd nietłumionej.

Prawda przeraża. Nie wyzwala. Nie wyznawalna publicznie. Wstydliwa. Bycie odmieńcem jest wystarczająco trudne. Wyrzutkiem, do zniesienia. Naznaczonym, niebezpiecznie. Piętnem niedostosowanego, nienormalnego, wariata. Czytałem, jest nas setki milionów. Mija doba, miliony kolejnych pigułek czeka, ze szklankami wody. Może zdążymy, zanim okażemy się za słabi. Na życie wśród ludzi. Dostosowanych. Silnych. Spełnionych.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Przyjmuję radę

Rozpoznaję koniec? Już koniec nadziei? Rozpoczyna się, zmiana, proces, przeistaczający? Z pewnością? Tak mi przykro. Zatyka mnie, dławi, zabiera wdech, tonę w żalu, jego gęstości. Wyciągnięte palce, wskazujące na Złego. Patrzcie. On, powód. Kłamca. Zdrajca. Najeżony ruch ramion. Poruszają się, gdy się przesunę. Próbuje się ukryć, jedni wołają podniesionym głosem, drudzy potakują, mechanicznie wykrzywiając szyje w dół, w górę, ptasim jakimś ruchem, obrzydliwym. Śliniący się na myśl o prawie rytualnym oskarżeniu i wyniku zemsty.  Musi się poddać. Poddaj się. Oddaj. Przyznaj. Zostaniesz ukarany. Obojętnością.

Nie przykro mi. Nie dławię się. Nie ma końca. Jest śmierć, umarle narodzonych. Po nadziei. Wypartych agonią z ciążących strachem macic. Umęczoną ugodą. Tyle wolności, ile pozwolenia na jej posiadanie. Nigdy dosyć. Z niepodważalną pewnością. Filozoficznie. Teologicznie. Nie zwyczajnie, intelektualnie, spłodzonych. Z prawem wydawania wyroków. Osądu. Poczucia winy.

Nie poddaję się. Kara była ze mną od zawsze. Gdy znajdę się w jej zasięgu, przypomina o sobie. Niezmiennie zmienny. Niezmieniony. Własny. Niewolony. Nie skruszony. Nie odwracam się. Nie odchodzę. Czekam na kamienie rzucane z różną celnością. Czekam aż wyczerpią się siły wiernych, wierzących w rację. Jedyną. Nie ja jestem kamieniowany, zasypują ideę, obcą. Niepodporządkowanie.

Uśrednienie. Przewidywalne. Podobieństwo. Poznane. Tożsame. Z nami, albo zdychaj, przeciwko nam. Radzimy. Zdycham. Przyjmuję radę. Indywidualnie. Niech was wszystkich… Udawanych liberałów. Pseudo humanistów. Wiernych katów.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Z innym będzie lepiej

Miał być dzień zły, noc gorsza od dnia. Nie były. Były dobre. Obiecujące. Nie rozczarowały. Pochłonęły. Całego mnie. Nic wielkiego. Tylko ogrom, w którym rozpłynąłem się jak wiosenny lód. Zjednoczyłem się z ciepłem dobra.

Patrzyliśmy na siebie. Zachwyceni, zdezorientowani przypadkiem spotkania, spoza barier, nie przekraczanych, pozostałych pomiędzy nami. Do pokonania. Wyznaczonych dla przyszłej przyjaźni, zamiast miłostki.

Powiedzieliśmy sobie wiele. W innym czasie było by za dużo, było w sam raz. Nie zostaniemy kochankami. Zostaniemy bliscy. Wspierająco. Opowiedzieliśmy o zawodach, nieudanych związkach. Bo my, bo nie my. Określiliśmy granicę marzeń. Drobnych, ułożonych w stos sięgający nieba. Zapalimy go. Niech zagorze.

Gdzie te miłości? Gdzie ich cielesność? Są szczęśliwe? Mamy nadzieję. Życzymy im tego. Sobie, braku nieszczęścia. Lepsze idzie. Stoi tuż, przygląda się nam. Podejdzie gdy zechce. Nie poganiamy.

Gorsze już było. Gdy jest gorzej, nie może być lepiej. W gorzej pojawiają się prawdziwe oblicza. Potrzeby lepiej, coraz lepiej. Gorsze zniechęca, przemęcza, do samotności. Z innym będzie lepiej. Z tobą będzie gorzej. To dobrze. My nie chcemy was. W przeszkodzie rezygnacji. Ku lepiej, do gorzej. Nie naszym. Nowym.

Jesteśmy. Wyrzutem. Sumieniem. Prawdziwi. Nie pożegnani. Odcięci. Na dobre. Bawimy się dobrze. Swoim kosztem.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Rodzina

Modlę się

Modlę się. Idąc. Jadąc. Leżąc. Modlę się budząc i zasypiając. Bezgłośnie. Bez znaku krzyża. Nie na kolanach. Modlę się pracując, wypoczywając, w letargu. Nie zmuszam do modlitwy. Do mojej wiary. Mojego Boga. Proszę. Dziękuję. Wyczekuję. Oddaję siebie. Polecam. Przepraszam.

Modlę się przeklinając. Kurwami. Modlę się dyskretnie. Nie po katolicku. Bezmyślnie. Zaczynam i nie mogę skończyć. Nie idealnie. Niedoskonale. Przerywam i zaczynam na nowo. Dotykam różańca, naprawiam go, zaciskając, modląc się. Słucham modlitw w znienawidzonym radiu.

Nie muszę modlić się w odosobnieniu. Nikt nie wie, że się modlę. Nie wyglądam na rozmodlonego. Na wierzącego. Nie wprowadzam w błąd. Nie wyprowadzam. Nie bawi mnie to. Nie martwi. Nie modlę się dla nikogo. Dla siebie. Modlę się, gdy komuś brak modlitwy. Zaproszony.

Modlę się z wyboru. Chcę. Nie zmuszony. Odczuwam siłę. Widzę. Zaskoczony. Niedowierzając. Nie rozumiejąc. Nie szukając wyjaśnienia. Fenomenu. Faktu, stanu, wagi. Medytuję modlitwą. Zanurzam się w niej. Oczyszczam. Poznaję modlitwę. Polecam.

Kategorie
Pamięć Psychika

Zamiana

Nie nakazuj mi zmieniać tego co zmieniłem.

Pozwól pozostać zmienionym. Jaki jestem.

Nie zmienię. Nie próbuj. Nie oczekuj.

To nie zmiana. Zamiana. Przywracana.

W zawodzie nie jestem ja, jesteś ty, tylko.

Nie moje oczekiwania. Rozczarowania.

***

Nic ci nie oddam. Niczego. Minęło.

Nie mam niczego do przywracania.

Było dobrze, źle nie tylko. Było.

Odetchnij. Rozejrzyj. Zaczekaj.

Przypomnij i zapomnij.

Sobie. Siebie. Mnie.

Obudź. Się. Wstań. Idź. Odejdź.

Kategorie
Psychika Śmierć

Gdy się zrozumie

Mieć dosyć. Wybierać kiedy można, chce się. Nie podlegając. W jednym ruchu. Kończąc. Pozostając. Nie wierzyć. Nie myśleć. Nie być. Oddalić się. Odpłynąć. Odlecieć. W przestać. Nie być. Być inaczej. Już. Nie czekając.

Nie mam odwagi sprawić bólu. Nie sobie. Ostatecznego, trwającego do końca, nie mojego. Jestem tchórzem. Próby to nieskuteczność. Myśl o bólu przeplatam z prostymi w myślach pytaniami. Jak, gdzie. Jak skutecznie? Samobójczo? Zasnę, wykrwawię, odbiorę oddech, połamię? Jak ukryć pozostałe po życiu ciało? Wysadzić się, zatopić, spalić? Kwas, ług, wysokie napięcie? Szybko. Skutecznie. Na dobre. Nikt mnie nie znajdzie. Nie mnie, to co po mnie zostanie. Zaginę, zgubię. Ocalę nadzieję, złe o sobie przekonanie. Osądy niskie. Pozory.

Jak się odważyć? Nie zawahać się. Alkohol, narkotyki, leki? Wszystko razem? Techniczne przygotowanie. Konstrukcja planu. Egzekucja. Sobą. Jest tylko jedna szansa. Inna się nie nadarzy. Nie chcę tragedii, chcę szczęśliwego zakończenia. Nie pierwszy jestem, nie ostatni. Nie pierwszy się przyznaję. Nie ostatni obmyślam. Nie ma w tym niczego niezrozumiałego. Gdy się zrozumie.

Kategorie
Psychika Życie

Lekcja. Beserk

Dostałem szału. Wewnętrznego. Berserk. Zacisnąłem zęby. Wydusiłem kilka najgrzeczniejszych zdań, które mogłem, przywracających kogoś do porządku, bez skargi. Bez krzyku i wyzwisk, cisnących się przez napięte mięśnie warg. Potrzebie złapania za gardło i zaduszenia. Każdy może mieć zły dzień. Ja ich mam za dużo. Każdy ma. Ten miał być dobry.

Byłem w sklepie, ostatniej Almie. Kto zna Kraków wie. Gdzie i co. Mogę mieć na myśli. Za drogim. Jedynym w okolicy, do którego nie muszę iść kilometrami, nie muszę jechać. Mogę dojść. Do spacerować.

Ja i córka. Zabrałem ją na Drogę. Krzyżową drogę. Dziecinnie ładną. Dziecinnie krótką i nie przerażającą. Potem zakupy. Tato to, tatusiu proszę. Tatku, tatku. Zobacz. Musimy to mieć. Czyli musi malutki człowieczek z pomysłem. Wie jak prosić, nie zmuszając. Uroczo. Ciepło. Pomysłowo.

Zanim była Droga, był samochód. Za wycieraczką liścik. Panie kierowco, proszę nie parkować przed czyimś domem. Ciśnienie wysoko wyskoczyło. Pewnie policzki, jak uszy, wypełniły się karminem. Miałem w ręku flagę? Robotniczą? Majową? Ulice, jak przypuszczam, nie należą do nikogo. Pod domem, gdzie teraz mieszkam, za który płacę, bo mój mi odebrano, zmianą testamentu, ulica pełna jest samochodów. Kielecki numer rejestracji? Odkupiłem. Wciąż nie zamieniłem na mój, miejscowy. Pół roku na zmiany. Stałem już raz w kolejce. Stanę ponownie. Idziemy dalej. To był mandat, zapytało dziecko? Idziesz do więzienia? Nie. Pulsuję. Wasze ulice, nasze kamienice. Teraz i ulice. Dysocjacyjnie, żydożerczo, z procentami Żyda w sobie. Nie konstrukcyjnie? No nic. Kto to jest debil? Pytanie. Debil? Powiedziałeś, że mandat napisał debil. Debila córeczko, poznajemy po tym, jak pisze. Co mówi, jak się zachowuje. To był kretyn. Kretyn? Potem zobaczyła, kim jest i debil i kretyn.

Kasjerka patrząca na mnie. Z obrzydzeniem. Bo mam na twarzy przekłute kawałki metalu. W większości ukryte pod niezbędną maskującą maseczką. Patrząca ze współczuciem na córkę. Rzucając we mnie prawie zakupami, nie tanimi. Proszę poczekać, nie nadążam za panią. Niech pakuje! Niech pakuje? Słucham panią? No pakuj, świrze, pod nosem dopowiedziane! Coś ty powiedziała? Córka przybliżyła się do mnie, wyczuwając zagrożenie. Powtórz jeszcze raz. Cisza. Co ty sobie wyobrażasz? Jesteśmy na ty? Zamiast pani, mam ci powiedzieć gruba krowo, bo masz nadwagę? Cisza. Mam skomentować poobgryzane paznokcie? Odrosty? Cisza. Nie podoba ci się praca? Zmień na inną. Chyba że nie dasz rady? Cisza. Brak ruchu. Zakupy już nie suną z prędkością rozpędzającego się samolotu. Czekają. Coś ci we mnie przeszkadza? Byłem niegrzeczny? Czujesz się lepsza ode mnie? Cisza. Wzrok wbity w ekran kasy. Dobra, chciałbym zapłacić i zapomnieć. Pani też powinna. Przepraszam powiedziałem, nie usłyszałem.

Ta pani to był debil? Kretyn, zapytało dziecko? Myślę, że jedno i drugie, tylko nie naprawdę. Ta pani nie szczególnie lubi samą siebie. Nie powinna. To była taka lekcja, dla niej i dla mnie. Musimy ciągle uczyć się żyć wspólnie, nawet gdy bardzo się różnimy. Zresztą, niczym się różnimy. Szanujmy się. Tak, ale zawsze… Córka dopowiedziała sobie resztę. Nie przerwałem jej. Potem przytuliliśmy się mocno. Tuliłem ją tak długo, aż wyschły mi zły. Przykrości, nie żalu.

Kategorie
Psychika Spokojnie

Nie ranicie. Wkurwiacie

Nigdy nie dokończona wymiana myśli z przyjaciółmi. Rozmowy, listy, wiadomości. Z nowymi i tymi od zawsze.  Z takim samym wnioskiem. Tracę czas. Miała być wesoła impreza, zrobiło się smutno.

– Strata czasu. Nie rozumiem?

– Nie rozumiesz. Kierujesz się uczuciami. Nie myślisz o kolejnym dniu. Każdy grosz pali ci się w ręce. Rozdajesz. Utrzymujesz, nie oczekujesz niczego w zamian. Szkoła w Afryce? Przelew. Bezdomni? Biegniesz do bankomatu. Ktoś stracił pracę? Płacisz rachunki, kupujesz jedzenie, dajesz pieniądze. I zawsze po cichu, bezimiennie. Bez wdzięczności.

– Nie potrzebuję wdzięczności.

– Pewnie. Kto by pomyślał? Nie pozwalasz się poznać. Arogant, dumny i bezduszny. Dziwkarz, pijak, niestały, niepewny. Prowokator, gotowy na każde szaleństwo. Który nigdy nie słucha. Gniewny, obrażający, nie przyznający racji. Uciekający od odpowiedzialności. Psychologicznie zaburzony.

– I co z tego? Jestem widocznie taki.

– Jaki? Zmęczony udawaniem. Najbardziej normalny człowiek, którego znamy? Ile kosztuje cię pozbywanie się każdej osoby, którą możesz pokochać? Jak długo potem żałujesz?

– Dlatego staram się nie kochać. Teraz na pewno.

– Od kiedy? Od roku? Co takiego się zmieniło? Przeraziłeś, obrzydziłeś, zgniotłeś. Nikomu z nas nie powiedziałeś, że potrzebujesz pomocy. Bo ty jej nigdy nie potrzebujesz. Nikogo nie chcesz potrzebować. Przyznać, że tak nie jest.

– Mylicie się. Pozbyłem się oczekiwań, których nie mogłem spełnić. Najszybciej, gdy to zrozumiałem. Żałuję jak, żałuję, że musiałem. Za dużo ludzi, za dużo się działo. Szukałem pomocy, w złych miejscach. Przekonałem się. Nie stwarzam pozorów. Nie trudno mnie poznać. I ja za dużo oczekiwałem. Poznania, nie oczekiwania. Zaprzyjaźniam się. Jestem prawdziwy, jak z wami. Tego potrzebuję. To też uczucie. Nim się kieruję. Wy pomagacie tylko sobie i sobie nawzajem. Ja oddaję. Nie widzicie różnicy. Wy tylko zbieracie. Ja też się starałem. I zostałem z niczym. Tak miało być. Tego się spodziewałem. Zawsze mogę zebrać, więcej niż wy, razem. Ale nie sam. I wiecie o tym. Już to zebrałem i oddałem. Tak chciałem. Uczuciami się kieruję? Zawsze. Ale choć tak jest, nie jestem takim jak wam się wydaje. Wiem ile mogę. Ja oddam, wam mogą tylko zabrać. Ja zbiorę, was pozbawią. Ja zbiorę w wielu miejscach, wy znacie tylko jedno.

– I co teraz? Jesteśmy przyjaciółmi. Szczerzy. Ranisz nas.

– Tak. Jesteśmy. Jestem szczery. Nie czuję ran. Nie ranicie. Wkurwiacie.

Kategorie
Przyjemność Psychika Religia

Trucizną i lekiem

Zapomniałem jaką przyjemnością jest przejście się ulicami swojego miasta. Nie wybranego, do którego wrócę w odwiedziny. Tego w którym się urodziłem. Z którego uciekłem, uciekałem. Nie chodzić ulicami miast, które wyczerpały moją cierpliwość, które przyjęły mnie dobrze, z uśmiechem, grzecznym, jednak chłodnym.

Stanąć w centrum znanego wszechświata, okazać się takim samym, całkowicie odmienionym. Zmęczonym przekonywaniem się, że jestem złem wcielonym, winnym i obcym. Uspokojony wiedzą, że winy się rozkładają i bliżej mi do dobra. Nie tłumaczyć się już, nie złościć, nie obiecywać, nie odpowiadać na oczekiwania.

Spotkać się z przyjaciółmi i tymi których lepiej rozumiem, którym wybaczyłem, jak siebie, jak sobie. Stanąć oko w oko z przeszłością, której bardziej się bałem, niż powinienem. Z nadzieją i pewnością, że pokonywanie przeszkód doprowadzi mnie do właściwego celu, który dopiero poznam. Trzeźwo spojrzeć na siebie, jakim się stałem. Trucizną i lekiem.

Uklęknąć przy dziecku i wyznać, że wierzę w jeden powszechny katolicki kościół, od którego oddaliłem się, prawie do zwątpienia. Mieć pomoc anielską, która podtrzyma mnie na duchu. Nie mieszać się w spory, nierozwiązywalne. Uznać, szanować, skoro już do tego dotrwałem. Z głębi serca, nie obowiązku. Pozwolić sobie tęsknić. Pozwolić kochać. Tęsknić, kochać. Być.

Kategorie
Pamięć Psychika Religia

Niewiele nam potrzeba

Uciekłem z ucieczki. Wróciłem. Odbyłem rozmowę o toksycznościach. Odkryłem, że nie są do siebie podobne. Ofiarą jest niewinne dziecko, które niczego nie rozumie. Jest rozdarte pomiędzy miłością i oczekiwaniem. Znam to. Pamiętam. Mojego ojca stojącego w progu mojego domu. Widzę oczami mojego dziecka, jak patrzy na swojego. Syf. Nie do przyjęcia. Mój ojciec wybrał i ja wybrałem będąc ojcem. Moglibyśmy sobie uścisnąć ręce. Udało nam się wszystko zepsuć, chcąc naprawiać. Zrobimy to zza grobów, równie zaniedbanych, oddalonych.

Nie masz nic, jak to możliwe, usłyszałem? Nie jesteś bezradny. Możesz więcej niż inni. Rozdałem, wydałem. Wróciłem, bo nie potrafię wykorzystywać, mając poczucie winy. Jestem bezradny z wiarą i nadzieją, niesłabnącą. I rozdam i wydam. Gdybym spotkał kogoś, kto pozwoli mi to zrobić, dbając o siebie i innych zostałbym filantropem, a tak jestem nikim, którego pamiętają ci, którym oddałem ostanie grosze, nie zapamiętają niczego, nie potrzebujący. Nie spotkałem. Fatum nie postawiło mnie w miejscu gdzie Gloria szydzi z Filozofii. Bóg mi znany nie chciał tego uczynić, obawiając się o moją duszę, ratując ją przebaczeniem, uśmiechem.

Ludzie jak ja, żyją jak przestępcy. Chowający się w miejscach niedostępnych nikomu. W świetle lamp, pod smrodem łachmanów, otulających w zimową noc samotność. Patrzący od zawsze w przestrzeń, gdzie nie ma nic, tylko czekanie. Upodabniający się do innych, nie podnoszący głosu, bo i tacy są, wyglądający na gorliwych, radosnych i zakładających maski, dostoswane do oczekiwań. Winni win tych, o których dawno zapomniano i się pamięta. Zatrzymani, w drodze, spadający w nieskończoną się przepaść. Niewiele nam potrzeba. Okruszyn z chleba wybawienia nie naszych oczekiwań. Dajcie nam to, wtedy wrócimy. Wszyscy.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Fałszywi prorocy

Przestańcie mi wreszcie kurwa wieszczyć, co się ze mną stanie. Dziać się będzie, co będzie się działo, co wybiorę, na co nie mam wpływu, na co jakiś jednak mam. Staram się nie przez wzgląd na was, podglądacze i życzący niby dobrze, dla których zawsze nie jest jednak tak, jak powinno. Nie staram się, bo mi przepowiadacie, frazesy, banały i wasze niepowodzenia. Fałszywi przyjaciele, fałszywi prorocy, w bezpiecznych miejscach, w wygodzie, albo ambicji, zjadającej was, jak zazdrość, że to nie wy wybieracie, ale mnie zdarzyło się to robić. Przyglądacie się z miną mędrca, który nie ma pojęcia w czym rzecz, czym się rzecz kieruje, czy waszą rzeczą jest mieć pojęcie i prawo w ingerencję rzeczy. Moich, nie waszych.

Przestańcie wieszczyć innym, inni przyjaciele, innych, których chcecie uczynić podobnymi do siebie. Pozostawcie nam nasze życie, niekompletne, jak wasze. Pozwólcie nam być sobą, nie wami. Stańcie się oparciem, którego potrzebujemy, nie krytyką i osądem. Potrafimy ocenić się sami. Moglibyśmy ocenić was. Nie robimy tego, nie chcemy was zmieniać. Pomóżcie nam raczej wytrwać w trudnych postanowieniach, wyborach niełatwych, z poczuciem winy, że chcąc żyć inaczej, możemy krzywdzić tych, których kochamy, niechcący. Nie wszyscy muszą być jednakowi, nie wszyscy są, nie wszyscy mogą. Nie czujemy się lepsi, nie grozimy waszym odczuciom. Nie zmuszajcie nas do czucia się gorszymi, bo tylko tak pozwalacie nam na znalezienie miejsca w świecie, który nie tylko należy do was, ale jest i nasz, wspólny. Nie zamykacie nas w więzieniu odmienności. Dożywotnio. Śmiertelnie.

Niewiele chcemy. Jeszcze mniej nie chcemy. Nie jesteśmy w inności tacy sami. Możemy widzieć inaczej, kochać inaczej, czuć inaczej, gubić się inaczej, poszukiwać inaczej, wierzyć inaczej, być szczęśliwymi inaczej. Jeżeli tego nie rozumiecie, zapomnijcie o nas, wyrzućcie z pamięci. Nie przeszkadzajcie, będzie nam lżej i wam. Innym.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Zło można pokonać tylko dobrem

Nowy rok już nie za rogiem. Rozpoczęty i zaczyna się toczyć kolejnymi dniami. Plan z poprzedniego wykonałem ze specjalnymi dodatkami, którego nie dzieliłem ze światem, zajętym pandemicznymi problemami. Miałem inne, osobiście dotykające i trudne do przewidzenia. Spotkałem egoizm, brak zrozumienia, niespełnione oczekiwania, nawiedziły mnie duchy przeszłości, wykluczenie, odepchnięcie. Nie tylko. Znalazłem przyjaźń, pomoc udzieloną i którą się dzielę, siły w sobie, o których nie wiedziałem, albo zapomniałem, altruizm, wytrwałość, w końcu nadzieję, spokój, modlitwę, podaliśmy sobie ręce z Bogiem, który wysłał mi anioła. Jestem wciąż równie niedoskonały, niepochamowany, zachłanny, pełen złości i żalu. Ale mniej tego we mnie. Równoważę się. Nie mogę stać się doskonalszy, muszę zachować twardość, niezależność ocen.

Nie byłem w tym sam. Przyglądanie się nieszczęściu innych, zmieniło mnie na zawsze, na dobre. Nie chciałem tego. Przyglądania się, zmian. Przyglądania się, jak nieszczęście zmienia, aż nic nie zostaje ze wspomnień o szczęściu, poza przetrwaniem, które się nimi żywi. Nieszczęście jest jak choroba, pogłębiająca się, im dłużej trwa. Niszczy duszę, zamienia ciało w łachman, nałogami dającymi coraz mniej wytchnienia, zabójczymi, po dzień nadania skrótu nowemu imieniu. NN. Nieznany mężczyzna. Nieznana kobieta. Im już nie pomogę, mogę jeszcze innym.

Współczuję. Ale nie nieszczęsnym, są ofiarami błędów i stwardniałych serc, tych, którzy zamiast je okazać, uznali się za sędziów, wyrokujących i skazujących na karę wygnania i powolnej śmierci, w bezimiennej kloace, poza nawiasem, na dnie. Nieszczęśni odbyli wyroki, niektórzy dożywotnie. Wybaczyli sędziom, którzy nie poniosą kary. Lepszym, czującym się sprawiedliwymi. O to chodziło? Pozbyć się, udowodnić że za zło odpłaca się tylko złem, nie widząc go w sobie samym. Zło za zło. Wybaczcie sędziowie, jeszcze nie czuję dla was litości. Wybaczcie sami sobie, gdy zrozumiecie, że zło można pokonać tylko dobrem.

Kategorie
Psychika Toksyczny Toksycznym

W jedną całość

Rozmowy nikt nie podejmuje, nie podejmie. Słów napisanych nikt nie czyta, nie przeczyta. Nikt, nie Nikt. Tak powinno być. Nie tak. Nie, nie pozostawia mi szansy wyboru. Tak, chciało by było inaczej. Nie i Tak zrównuje się niczemu, znosząc nawzajem, wynosząc nic. To co czuję. Nic.

Dziwię się sobie. Staram się czuć. Gdy już czuję, czekam na koniec uczucia. Staram się ufać. Gdy już ufam, czekam na jego przeciwność. Zawsze się doczekuję. Nie powinienem. Starać się i oczekiwać. Zaczynać i kończyć. Powinienem pozostawać przy niczym. Od początku do końca.

To nie gra słów. Mamy dwie osobowości. Zależne od siebie. Zlane w jedną całość, zamieszkujące jedną duszę. Nie mają imion, są przydomkowe. Zło i dobro, strach i odwaga, nadzieja i apatia, skromność i pycha. Przeciwważne wedle uznania. Takie są. Spotykając się, umykają. Poznaniu.

Jestem taki sam. Jestem różny. Bezcelowo celowy. Cel osiągnąłem. Pozostawię po sobie bezcelową celowość. Życie, którego stałem się przyczyną, które o tym samym kiedyś się przekona. Pętla bycia się zaciśnie w czasie, którego nie wybiorę, nie wybierze jej życie. Stanie się Czas.

Czy jesteśmy więcej czymś, niż jesteśmy? Nie i Tak i przydomki tylko odpowiedzą na to pytanie. I odpowie Czas. Nie prosiliśmy o pytanie, samo się zadaje. Od pierwszej myśli, w bezmyślność braku odpowiedzi. Do niczego, tylko byciu.

Kategorie
Polityka Psychika Życie

Covid to prowokacja

Zostałem sprowokowany przez znajomą, nieznajomą Niewidkę, która lubi komentować moje wpisy. Niech się stanie, moje światło. Napiszę, co sądzę o pandemii. Innym językiem niż zazwyczaj, zdarza mi się wciąż napisać coś, co jest czytane, nie tylko tutaj. Zmieńmy nieco więc styl. Ale zanim zacznę, zaklnę: kurwa, robią z nas idiotów. Warto sprawdzić, kim jest idiota. Poniższe przemyślenia nie zostały wcześniej opublikowane, nie są w żaden sposób miarodajne i stanowią jedynie moją własną opinię.

Nie ma pandemii, jest wirus. Nie pierwszy, który doświadczył ludzkość i z całą pewnością nie ostatni. Za słowem pandemia, groźnie brzmiącym, nie kryje się nic, co powinno wywoływać panikę, jest określeniem epidemii o większych rozmiarach. Słowo jest pochodzenia starogreckiego. Lubimy się poocierać o starożytność. Im szlachcic głupszy, tym więcej łaciny używa. Nadaje to wyższą rangę zdarzeniom, nawet zupełnie prozaicznym. Postraszyć się nią i podelektować świadomością brania udziału w czymś wyjątkowym, doprowadza do ekstazy umysły miliardów ludzi na całym świecie. Im większa wyobraźnia, tym bardziej nieprawdopodobne są jej wytwory. Pandemia to spiski, ciemne siły nacisku, manipulacje, polityka, kara za grzechy. Tylko wybierać i jest temat na niekończące się rozmowy. Ale nie przy piwie w knajpie, kawie w kawiarni, kotlecie w restauracji, nawet sojowym. W domu, pracy, w drodze do nich, na ulicy, w Internecie. W środowisku kontrolowanym. Liczbą biorących w niej udział i treścią wymienianych opinii, które nie umykają uwadze algorytmom Googla,  Facebooka i całej reszty podglądaczy.  

Nie będę zanudzał statystykami. Wystarczy poszukać. To nie jest blog edukacyjny. Dostęp do informacji jest wciąż nieomal nieograniczony (można wejść w Dark Web, jeżeli ktoś się nie boi). Wszechobecna przeżywana, tak zwana pandemia, nie ma nic wspólnego ze słowem które oznacza. Odsetek przypadków śmiertelnych w stosunku do zachorowań jest niski. Skandalicznie niski, chciało by się powiedzieć. Covid to nie grypa Hiszpanka, która zabiła więcej ludzi w latach 1919/20, niż ich poległo na wszystkich frontach pierwszej wojny światowej. A krew się na niej lała strumieniami. To nie dżuma, cholera, czy ospa. Dwie pierwsze choroby pozbawiły niektóre kraje, gdzie się pojawiły, nawet połowy mieszkańców. I to kilkakrotnie. Ostatnia wybiła dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, umożliwiając jej podbice w tempie ekspresowym. Efekty pandemii były także różne. Potomkowie przeżyłych w nich Brytyjczyków, dziedzicząc po zmarłych, stworzyli społeczeństwo demokratyczne i utworzyli imperium nad którym nie zachodziło słońce, podczas gdy potomkowie konkwistadorów stali się żebrakami, zapominając, że wysoka podaż złota, doprowadzi do obniżenia jego wartości i trzeba siać zboże, nie tylko je kupować. Mogli się tego spodziewać, mieli Hiszpańskich Scholastyków, ekonomistów na miarę, nawet dni dzisiejszych. A ospa, odra, gruźlica? Co z chorobami wenerycznymi? Z nimi, zamiast maseczek, pojawiły się skuteczne prezerwatywy, początkowo robione nawet z jelit. Co z rakiem, którego uleczalność w niektórych przypadkach równa jest zeru?

Jest pandemia? Raczej nie. Gdyby miała nią być, umarło by co najmniej miliard ludzi w ekstazie, nie półtora miliona. W najgorszym przypadku mielibyśmy już do czynienia z wymieraniem ludzkości i zaburzeniem struktur społecznych. Tak się nie dzieje, a przecież człowiek nigdy mnie był tak mobilny, jak obecnie, przenoszenie powinno nas wybić już do nogi.

O co chodzi z tą pandemią? O pieniądze i władzę? Nie zawsze o nie chodzi. Żyjemy w niecodziennych czasach. Przynajmniej my, w państwach bogatszych, o rozwiniętych gospodarkach. Jesteśmy pierwszymi pokoleniami ludzi rzeczywiście wolnych i sytych. Mamy prawa o których, naszym niedalekim przodkom, nawet się nie mogło śnić. Stajemy się zakładnikami wolności. Własnej i czyjejś. Nie w rozumieniu od, do, ale uniwersalnej. Wolności do wyboru, prawa do życia w sposób wybrany. Taki stan doprowadza do anarchii. Podważania autorytetów przez nowe pokolenia, które są bardziej wykształcone i świadome niż antyczni filozofowie, na których opiera się nie tylko kultura europejska, ale także Islamu, który prezentowany jest, jako jej wrogi. Wraz z reinterpretacją ich myśli, i ich następców, pojawia się zagrożenie walki wszystkich ze wszystkimi, nie ewolucji i pokojowej współpracy. Wprost niczego innego, niż życia w świętym spokoju. Ceną są ograniczenia, systemy prawne, podatkowe, moralne, etyczne, które z jednej strony pozwalają nam żyć dłużej, zdrowiej i bezpieczniej, dzięki opiece medycznej, policji i wojsku, edukować się, w zorganizowanym szkolnictwie, z drugiej groźba, że nie tylko jednostki, ale ich grupy wypowiedzą temu posłuszeństwo.

Pandemia jest idealnym pretekstem aby ograniczyć wolność i wypróbować jak daleko można się posunąć, aby nie doszło do otwartego buntu. Mamy być współodpowiedzialni za życie i śmierć nie tylko bliskich, ale własnego narodu i zbioru narodów, na przykład w sztucznym tworze politycznym jakim jest Unia Europejska. Z pomocą przychodzi propaganda i psychologia społeczna. Każdy, kto jest przeciwny nazwaniu stosunkowo niegroźnej choroby pandemią, staje się wrogiem wspólnoty ludzi odpowiedzialnych. Kto nie podda się, nie konstytucyjnym wytycznym, bo aby mogły się one stać ustawowymi aktami prawnymi, musiał by zostać wprowadzony stan wyjątkowy, jest karany mandatami i sądem, który zamienia się w proces pokazowy. Kto czytał Franza Kafkę, wie co mam na myśli. Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma także i inny wymiar. Przenosi odpowiedzialność za upadek i zadłużenie przedsiębiorstw na ich właścicieli. Państwa zamiast odszkodowań zaoferują pożyczki, dodatkowo obciążając podatników, wywiązujących się ze swoich zobowiązań, wciągając w uzależnienie finansowe, którego nie będzie można łatwo się pozbyć. W naukach społecznych jest określenie działań, które doskonale wpisuje się w obowiązujące zasady życia w warunkach pandemicznych. Jest to samo spełniająca się przepowiednia. Perfekcyjnie wykorzystali je naziści, którzy ostrzegali Żydów, że ich postępowanie spowoduje reperkusje, z którymi muszą się liczyć. Powtarzając to ostrzeżenie, wywołali taki skutek, że pogromy i Holokaust nie były potępiane, ale rozumiane jako zasadna kara. Zapytajmy od jak dawna pojawiają się ostrzeżenia o potencjalnej pandemii i jej skutkach, a konkluzja nasunie się sama. Zapytajmy o koniec nazizmu i czekajmy na koniec pandemii. Byle by nie ofiar.

Pojawia się jednak światełko w tunelu. Przekornie. Rządy i gigantyczne korporacje nie radzą sobie z wprowadzoną paniką. Przerosła ich. Niedostateczne przygotowanie służb medycznych, traktowanie chorób współistniejących jako przyczyny zgonów na koronawirusa, bankructwa firm świadczących usługi niewirtualne, rozrost ponad miarę firm działających w sieci i ich dostęp do informacji o klientach, rozpowszechnianie fałszywych danych, straty ekonomiczne, wymuszą zmiany, których skutków nie sposób przewidzieć. Jedna jest jednak pewna. Pojawią się pytania, których odpowiedzialni za próbę wprowadzenia pandemicznego świata, nie będą mogli ignorować. Zamiast ograniczenia wolności, wolność ta się powiększy. Pytania będą tak liczne, że nawet monopolistyczny Facebook runie jak tysiąc letnia Rzesza, nie zamknie wszystkich kont, kneblując usta ich użytkownikom. Covid to prowokacja. Covid to dyktatura.

Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Przyjemność Psychika

Na to czekam

Trzeźwieje mi umysł. Nie od procentów, od szaleństw, które i tak wiem, że popełnię ponownie. Te same i nie takie same. Bo przecież nie mogę przestać szukać nieznajdywanego. Które miałem i będę miał tuż, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyły cztery dni, z wiatrem w uszach, pędzenie przed siebie, na granicy równowagi, z czasem na ruchomą kontemplację, po ciążącym mi skurwysyństwie, w obie strony, dociera, rodzi i przeciera się świadomość. Wielokrotnie i według tego samego scenariusza, przejebałem. Nic na to nie poradzę. Za dużo, zawsze chcę i zbyt niecierpliwie.

Z niechęcią przyznaję się, że uczuciowo zbliżam się do letniości. Zimny raczej nigdy się nie stanę. Kilka razy sparzony, wiele razy podkładający ogień, nie dla ogrzania, dla fanaberii, nawet takiej okrutnej, staję się ostrożny. Nie lubię odpowiedzialności za moje i kogoś urażenie. Muszę być taki, nie raniąc, a tymczasem wolałbym się palić, nie tlić, jak popiół na wrześniowym ściernisku.

Jesień to wpływa na mnie? Ależ ja ją lubię najbardziej z pór roku. W zimie mi za zimo, latem za letnio, wiosną chlapa. Gdyby nie szarpiące wrzody, z których nie sposób się wyleczyć, jesień mogłaby dla mnie trwać wiecznie. Kolorami, grzybem, swetrem, owocami, seksem bez ślizgania się w lepkim pocie, gdy obejmują się komórki ocierającej się skóry o skórę.

Dojechał do nas nowy. Niegłupi, miły, grzeczny, ułożony. Zazdroszczę mu. Potrafi szukać namiętności w sieci. Nie tej oglądanej, która przypomina film o pracy tłoków silnika, ale umawianej na Badoo. Zazdroszczę, bo jak tak nie umiem. Brak człowieka odbiera mi radość poznawania. Pierwszych oddechów usta, wprost ust, gdy wiem. Wpatrywał się w ekran, jak ja z przymusu, on chętnie. Już mieli równoczesny orgazm. Gdy ja się męczę, stygnący. Wciąż się z tego cieszę, że nie odpuszczam, przedtem łzawo, potem, proszę, nie, tylko z przyzwyczajenia.

Oczekuję wybawienia, jak najszybszego. Tego sobie Najwyższy życzę. Już odbyłem karę, odpuść, mi poczucie winy i uczucie, które już dawno powinno umrzeć. Czekam na to.

Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Praca Psychika Religia Życie

Gambia

Stoję nad rzeką Gambią. Stałem nad Driną, Miliacką, nad Wjosą. Czy ja zawsze muszę pomagać muzułmanom? Ja, katolicki fundamentalista. Grzeszący i spowiadający się i robiący zawsze, to samo. Nie umiem nawracać. MAM TO W DUPIE. Tylko grzecznie tłumaczę. Nie ogniem i mieczem. Śmiechem. Łzami współczucia. To zawsze są jaja. Oni swoje, ja kompletnie nic.

Co z tymi rzekami? Wpatruję się w nie od zawsze. Mojego zawsze. Do kresu tak się będę wpatrywał. Mojego kresu. Pantha rhei. Πάντα ῥε. Nie mogłem zapamiętać cyrylicy, a greckiego alfabetu nauczyłem się kiedyś w jeden dzień. Byłem achajskim niewolnikiem w Rzymie, w którym nigdy się nie gubię? Wcześni chrześcijanie dopuszczali reikarnację. A potrafię w Krakowie. Moim, już nie moim, mieście. Jak w Londynie. Moim mieście. Na zawsze, pochowałem tam pierwszą córkę. Olgę. Islington and Saint Pantcras. W Kwaterze Niewiniątek. Czeka na mnie. Doczeka się. Kupiłem obok grób. Będziemy tam odpoczywać. Wygnany i wiecznie niedopieszczona. Mogę godzinami patrzeć na płynącą wodę. Nawet z kranu, pod strumień wkładając stopy. Bo Wodnik? Prawie Ryba. Ona znała tylko płodową. Nie poznała oddechu. Jej nie było dane. Choć modlitwą wtedy wydymałem Matkę Boską. W każdą dziurkę. Prawie się zesrałem z tego błagania o życie.

Ta Gambia to jest niezwykła. Grzeczna i trochę przypomina mi Polskę. Tamtą. Nie tą, za którą ciężko mi oddać nawet naskórek. Za ludzi nie oddam nic. Polskę, gdy byłem Polakiem. Nie kimś, kim nawet nigdy nie byłem. Białym. To nagrałem na telefonie. Reszta to bełkot. Lekki wstyd.

Charlie dał mi kawałek tutejszego chleba. Podpłomyk, najbliżej do smaku, który znam. Nie będzie Safari. Powiedziałem nie. Śpię w samochodzie. Oddam za hotel na jego szkołę. Jest kurwa naprawdę gorącą. Samochód max klimatyzacja. Ja się pocę, jak kurwiszcze w konfesjonale. Bandżul. Parę godzin i powrót. Musiałem przejechać kawał drogi. Zobaczyć katedrę, gdzie JP II zechciał się pojawić. Nie katedra, ledwie kościół. Polak? Aż im się pokazały idealne zęby. Jezu. To nie chyba tak miło być? Pamiętam Singapur i wilgoć. Tutaj jest upał suchy, od kilku, podobno, dni, wali z serca Afryki. Miało znad oceanu. To mały, naprawdę mały kraj. Ale zioło mają dobre. Na pewno nie zabraniał tego ich Allach. Nie zabrania mój Bóg. Palimy. Pytają czy przekłuwanie twarzy boli? Mnie boli serce. Z miłości. Miałem tu nie być sam. Boli. Tylko na czas kłucia. Potem zanika. Mam internet w telefonie. Słuchamy, co tylko chcemy. Przyszły kobiety. Nie. Wasz kolor? Znam. Posmakowałem. Chcesz? Ile masz lat? 15. Oj. Jestem duchowo zamężny.

Gdzie mnie znowu wyniosło? Tylko powiedziałem, że znam kogoś, kto tutaj mieszkał. Nieprawda, bo znam z opowieści, znam tylko kogoś, kto tu był. I może jeszcze będzie. I Belgia wysłała mnie na przeszpiegi. Też nieprawda, to był wybieg. Przyleciałem zobaczyć, czy interes kwitnie. Dla szkół, które będą jak oxfordy afrykańskich pustyń. Nie belgijskie firmy, przyjaźniejsze niż chińskie. Niemniej jednak, tylko dla profitu. Nie to czego ja chcę i chcą radni starszych. I mają rację. Tylko nie zdają sobie sprawy biedacy, że wszystko się zmieni. To już nie będą ich następne pokolenia. Chcą wiedzy. Madrości i przyszłości. Ja się martwię. To nie jest rozwinięta kultura. Japonia i inny shit. Rozjebią ich i rozrolują. Potem będą szukać tożsamości. W Islamie tego nie znajdą. Na emigracji nawet się nie poznają.

Ja w tym? Odpokutuję nawet drobne przewinienia. Katolicko i muzłumańsko. Z różańcami ich i moim. Nade wszystko, wali mnie jak. Kogo to kurwa naprawdę obchodzi? Jak ważne. Ważniejsze dla kogo. Dla tych dzieci tutaj? O tak!

Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Kategorie
Praca Psychika Życie

Wdowa

Znowu nie śpię. Śnię w na wpół czuwaniu. O trzeciej w nocy dotarło do mnie, że przestaję kochać człowieka, zaczynam pamięć. Najdroższa mi wdowa, wyznała mi, gdy zapytałem o jej męża i najbliższego mojemu sercu trupa, czy wciąż go kocha. Odpowiedziała, że tak. Już tylko pamięta, uczucie, nie jego jako powód i obiekt. To daje jej siłę. Znosić długowieczność. Ale pamięta też inne miłości. Które wyblakły i którym nawet zapalała świeczki na grobach.

Dziecko. Ja też byłam młoda. Nie chciałam i nie byłam niewinna. Miała ten uśmiech. Nie niewinny. Nie ośmieliłem się dopytywać, ile ich było. Rozmowa toczyła się dalej. A ty? W liczbach, czy uczuciach? W uczuciach marnie, w liczbach plennie. Pamiętasz przynajmniej imiona? Niektóre. Bardziej głosy, ciała, zapach, zdania. I najdziwniejsza rzecz. Nie były przedmiotowe. Były kobietami. Świętymi kobietami. Czasami świętymi kurwami, za które płaciłem walutą nocy i dni, nie złotych, funtów czy dolarów. Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nigdy go nie zdradziłaś. Nie klnij. Nigdy? A skąd to wiesz? Zapytała mnie starożytna wdowa. No tak, macie więcej partnerów niż się przyznajecie. Kiwnęła głową. Ale ty radzisz sobie zupełnie dobrze. Tylko uważaj, nie przegap którejś, którą będzie trudno statystycznie zapomnieć. Moja wdowa była księgową. Babka. Nie dowiem się pewnie nigdy, czy krzyczała: mocniej, nie przestawaj… Wiedziała co mówi. I tak toczyły się nasze rozmowy, gdy po złamaniu biodra, gotowałem dla niej rozgotowanie, bezzębne makarony. Gdy gra w karty bywała mniej męcząca niż seriale, od rana do wieczora. Młody Papież. Kilkakrotnie. Tylko z przerwą na drzemkę i obiad. Wracając. Idąc za ręce. Ja tyłem, wdowa patrząc w moje oczy. Ledwie, że ledwie. Już tak nie chodzi. Odkąd mnie nie ma, prawie wcale nie wstaje.

Powyższe pisałem wczoraj. Dzisiaj jest znowu. Wpół czuwanie. Piszę więcej. Nie tego bloga. Ten jest jedynie chwilką. Którą naprawdę bardzo lubię. Nie mogę zupełnie nie spać. Nie jestem Bonaparte. I chyba dobrze. Tak, tak, tak. Dobrze. Dobranoc, czeka mnie praca i mam nadzieję, wielu też. O wdowich wspomnieniach dowiecie się sami, chyba, że je już znacie.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Z wariatem

Jestem wariatem. Od zawsze. Lądując w szpitalu, dla obłąkanych, na jedną noc, bo miałem już dość, chcąc spokojnie podciąć sobie żyły, w ostatniej kąpieli, nie oprzytomniałem. Stałem się zawzięty. Ozdrowiałem. Z naiwności lat. Potem to już była zgroza? Sielanka! Ja to wszystko wiedzialem. Inni też. Tylko się nie przyznają. Na każdego przyjdzie taki dzień. Prawdy. Bójcie się!

Nie muszę być nikim, kogo ktoś sobie wybrał. Kimś, kim za nic stać się nie chciałem. Jednak w poddaniu sekund, tak i nie, mogłem się stać i dla wielu się stałem. Przecinki. Interpunkcja. Rytm i sylaby. Tak mnie to już do dna wpierdaląco, źle wkurwia, ten brak praktyki w doborze słów. Moich też. Nie muszę się sobą dzielić. I nikt nic z siebie nie musi mi dać! Nawet przebaczę brak elementu wiedzy. Braku zdania nie. No nie! Intonacja ojczystych liter. Nie tylko chamowaty, na ostatni takt, synkopy przycinanie.

I co? Mam na gębie pełno srebra. Patrzą na mnie. Wystaje mi kilka szpilek. Zawsze je miałem. Nie od niedawna. Teraz jestem. Całym sobą i będę coraz bardziej, po każdym dniu. Nie podoba się? Nie patrzcie. Ja na was tak. Na mnie z wczoraj. Jestem ciekawy. Obserwujący i rzadko pozwalam sobie na krytykę. Kogokolwiek. Na tą prawdziwą. Która odbiera szacunek i chęć na kolejną noc, z której nie chce się obudzić. Wariat. Udający normalnego. Jedyny, który za każdą przewinę pluje sobie, w siebie odbicie.

Toksyczność to nie jest przenoszona choroba, jakimkolwiek zmysłem, ciałem, kałem, spermą, krwią, katarem. To jest niedostosowanie. Niezgoda. Nie i ciągłe nie. Aż do Pa.

Nienawidzę szmat. Tych bezdusznych, kompleksami ogarniających cały znany mi świat. Niszczących siebie, co akurat mam w dupie, ale innych. Zabierających nadzieję, ważniejszą niż tlen. Tego robactwa, które tak obrosło w chitynę, że nie pomoże na nich żelazny but. Wieczna trwałość niczegości. Tak jad, jak trucizna. A dla nich to my jesteśmy bez znaczenia. Im nie do pary z wariatem.

Czy to tylko mnie się wydaje, że to już czas, podpalić to wszystko i na popiele wysiać, co pozostanie, ostatnie ziarno i pył i nawet zupełnie, całkowicie, nic?

Kategorie
Psychika

Na całe płuca

I co Ci napiszę? No jestem znów w moim nowym, nie moim domu. Zachwyca mnie Belgia, bardziej niż bym chciał. Miałem spacer poranny, mimo picia nocnego. Wybijał mi kościół godziny, jak mariacki, by mi grał. Moza, jak Tamiza i Wisła. Nabrałem oddechu, całe płuca. Aż po brzuch. Uciekinier.

Dobrze mi. Daleko od miasta, które jest moim i w którym, nie muszę poszukiwać i nie muszę się ukrywać. Nie mieszkać, w wynajętym na kilka dni, hotelowym pokoju. Po to by tam jechać i pobyć sam. By się upić z garsteczką przyjaciół i pisać i czekać. Na nic. Na Tą, która mniej niż kilometr mieszkała i którą mógłbym zobaczyć, gdybym poczekał. Nie mógłbym. Przyrzekłem. I tak już musiało być.

Mam tych ludzi tutaj, których lubię. Dobrych. Ja zmieniam ich, oni zmieniają mnie. Dobrych jak wypieczony chleb. Z masłem. Tak dobrych, że aż mi się robi za niedobrze. Słodcy są, miodem polskim. Tak mi zwyczajnym, swojsko moim, przetrwalnym, pełnym nadziei i złocistym. A nawet nie lubię miodu.

Zasiedli rano do książek. Po śniadaniu. Siedzą i czytają. Bokiem swym, w boki, obok jeden, drugiego. Widok to najurokliwszy. Polski robotnik, w kraju obcym, czytający jak mnich. Inteligent. Cisza zupełna. Ja piszę. Nie przeszkadzamy sobie wcale. Czy ja do raju trafiłem? Nie wydaje mi się to? Czad!

Mamy nieustawialną antenę NC+. Chcemy zobaczyć mecz. Niech ustawiają, ja wymyję garnki. Gotuje się rosół. Powoli. Pachnie. Wonnie. Dzwoniła Margo. Mam dla niej prezent, jak dla Tej. Dla Margo bursztyny, dla Tej były róże, zaklęte w ołowiu. Obawiam się, że oba zostaną u mnie. Po Kresowy kres. Dam ciotce. Pochawli gust. Tej nie mogłem dać, a by jednak chciała. Margo nie mogę. Jeszce więcej by się spodziewała, za dużo. Jakoś się muszę z tego wywinąć. I jeszcze myślę o tej pani. Z Bunkra, przepiękna. Uśmiech, grzeczność i prawdopodobny, gorący fuck. Może bym o tych zapomniał? Ta, nie Ta, z Bunkra pani ma ramiona jak Wenus i myślę, że może jest lepsza niż te? Niż wszystkie? Nie wiem. Staram się nie być nieobojętny. Nie zimny, jak lód? Jak nic? Wzywa mnie wieża na mszę. Protestancko. Wyzywająco. Nie pójdę.

Dalej zakochany. Jak pierwszego? Nie. Drugiego dnia. Im więcej czasu bez siebie spędzamy, tym będzie więcej do opowiadania. Bo pewnie kiedyś tak będzie. I zamknę to, tutaj pisanie. I będę cię, Ty wiesz… I nigdy Ci o nim nie powiem, że pisałem o Tobie. Moja. Miennes. Ma.

Kategorie
Psychika Życie

Nawet

Oddał bym za Ciebie wszystko. Nieprawda. Nie oddałbym. Chciałbym więcej. By się dzielić. To tylko wbity nam w głowę zwrot. Tak pomyślałem, rozparty nad Wisłą poranną, gdy nie szedł obok, prawie nikt. Ktoś wskazał mi dom, w którym mieszkasz i okna. Omijam, jak przyrzekłem. Będę omijał każdy, kolejny. Przyrzekłem.

Zmęczyłem się tym kochaniem. Zamęczam innych. Oni znów zamęczają mnie, swoimi kochaniami. Chyba musi tak być. Dziwni jesteśmy. Mamy ciała, które ktoś nam dał. Mamy duszę, w której postać, coraz mniej wierzymy. Duszę, nie myśl. Tylko ja wciąż wierzę? Tylko ja się modlę? Jedynie ja, mówię zamiatającej zakonnicy, przed Kapucynami, na Loretańskiej: niech będzie pochwalony. I na wieki wieków, Amen? Ja? Grzesznik? Najgorszy. Który będzie nadal grzeszył? I modlił?

Palę w hotelu, gdzie palić nie wolno. Bo piszę. W hotelu, mojego miasta, gdzie na mnie nie czekał nikt. Prawie. Bo w dniu, gdy zabrałem Cię sobie, zabrałem sobie także Ich. Nie ma Was. Na siebie czekam. Kochana.

Nie jestem już erotyczny. Przepraszam. Nie chce mi się, już. Z przyzwyczajenia patrzę na Pornhuba i EMPFlixa. Nie bierze mnie. Coś tam odczuwam. Chyba żal. On nie jest seksualny. Niczym mnie nie zaskoczą. Robiłem to. Cycki, chuje, przyduszają się. Nie wiem po co? Nigdy nie wiedziałem. Jestem nadal uroczy. Mieszam chamstwo z grzecznością. Jak moją krew. Błękit i czerwień. Patrzyłem w oczy kobiecie, która mnie chce, którą znasz. Mogła by być idealna. Nie będzie. Nie dla Ciebie, Goryczo się poświęcam. Nie chcę, wolałbym Ciebie. Nie dla urody, której troszkę Ci brak, a jednak ją masz. Dla siłowania, którego nigdy Ci nie zabraknie.

Komplementują mnie. Tym, o czym wiem. Że jestem inny. Żałują, chcieli by więcej ze mnie. O tym także wiem. Nie każdy inny i nie każdy talent jest cokołem, moja Ty. To nie marnotrawstwo. Jestem nikim. Nie jest mi z tym dobrze. Zrobiłem co mogłem. Nie cofnę się. Nawet dla Ciebie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Się pożegnać

Przyjdzie nam się pożegnać. Może na dzień. Kto wie, na zawsze. Pisanie się takie, kończy. Ni to poezja, nie proza, z pewnością to nie był list. Do Ciebie. Powoli już zamykam karty tej bajki. Nie, że chcę. Zmusiłaś mnie, nic nie rozumiejąc. Ostrzegłem Cię. Mój stres. Nierozwiązywalnie pourazowy. Dopadł mnie. W najbardziej nieodpowiednim czasie. W tamtą ciemność przyszedłem. Po złym filmie. Powiedziałem, zapłakałem. Wypiłem. Chciałem. Musiałem. Niewybaczalnie. Prawdziwie.

Pisałem o Ciotce. Jest bardziej toksyczna, niż kiedykolwiek będę. Rozerwała by Cię na strępy, twoich i moich usiłowań, bycia jak ona i to na pokaz, aj. Tylko ja z nią się spotykam. Jak mnie rodzina ją wyklęła, bo naszych słów nie chce nikt. Tylko, że ona jest Panią Ruską, a ja nikt. Przeżyła Syberię i Wołyń. Czeka na męża, a wie, że zaginął pod Monte Cassino. Dzielą nas pokolenia, a jakby nawet nie pół. Kiedyś powiedziała mojej, kiedyś najbliższej, że woli zjeść ze stołu kurz, niż usiąść z nią do niego, a trzymała ją do chrztu. Tylko ona tak mówi, jak ja. Dobrze, choć źle. Nie zjem i ja, nie pogodzę się. Nie. Ciotkowy wózek drewniany i jej laska, z głową żyda, jako gałka. Skandale, sensowny rasizm i wyższość, romanse i dystans. W każdym geście Dama. Ale uwolniona, rozsypujący się, cudowny potwór.

Powrócę. Nie powrócę. Nie jesteś piękna, ale za młoda. To nigdy nie był powód. Masz czar i ja go mam. Jesteś zwyczajna. Jak ja i każdy, po drodze spotkany liść. Nie zrobiłem ja tobie nic, nawet słowami, gdyś się prosiła, koło ciał, ciało i natrętność. Nie moja byłaś. Swoja. Tak i ja. I tak ma być.

Od poniedziałku mam gimnastyczną prawie pracę, ciągnąłem kabel grubszy niż moje przedramię. Przez kilka pięter. Okazało się, że żadni z nas robotnicy. Politolog, geodeta, ekonomista, prawnik, zoolog i były mnich, wyświęcony, uciekinier jak ja, ale z klasztoru. Tylko ja chcę taki pozostać. Tylko mnie to nie przeszkadza. Im tak. Wiem, że zaczynam ponownie. I zrobię, to co chcę.

Śniło mi się, że zginąłem. Przygniótł mnie wielki ciężar. Chciałem uciekać. Była jakaś światłość. Usłyszałem. To tak jest i zerwałem się na równe nogi. Nie powolnie, wyrywając się, mozolnie, z koszmaru. Lekko, jakbym przeżył, błyszczący.

Za tydzień urlop. Nie spotkam córki. Wakacje. Nie spotkam Onej. Będę unikał ulic i miejsc. Będzie dentysta, fryzjer, zbadam żołądek, kilku pozostałych spotkam, czas na nic, poprawię ten blog. Te literówki i niezgrabność mnie osłabia. Stanę pod domem rodzinnym, wzruszę się i ramionami, spacerem powolnym dojdę do siebie. Tam otworzę garaż, z do siebie został on. Zabiorę kilka książek. Wejdę na kopiec. Porozglądam się, jak daleko mogę, zobaczę Tatry. Pożyczę samochód, zbiorę grzybów kosze, za Kasiną. Krzyknę: wypierdalaj mi z serca i nie chcę Cię znać. Kochałem. Raz. Ciebie. I lubię, nienawidzę i cieszę się. Odkocham się? Jezu, w Miłosierdziu! Daj mi to!

Kategorie
Psychika Życie

Mojemu rodzeństwu

Powinienem mieć dwoje rodzeństwa. Urodzonych przede mną. Nie mam ich, matka zadecydowała inaczej, kiedyś były to łatwe decyzje, ale czuję jak krążą w moim ciele, macierzyście. Odkąd pamiętam, mam dziwne sny. Śni mi się mały chłopiec i dziewczynka. Czasami są już dorośli, nawet podstarzali. Jest więc jest nas troje, jednacy i oddzieleni. Gdyby nie moja babcia, nie było by i mnie. Może było by dobrze. To nie ode mnie zależało, nie od nas. Gdyby nie ja, nie pozostał by po nich ślad. Będąc dzieckiem widywałem ich na jawie. Bawili się ze mną. Nigdy nie byłem jedynakiem. Ukrywałem ich obecność.

Przychodzą do mnie, kiedy ich potrzebuję. Rozmawiam z nimi. Rozmawia z nimi, mój wewnętrzny ja. Nie zawsze są pobłażliwi. Raczej rozsądni i poukładani. Przestrzegają mnie. Nawet proszą i błagają. Chcieli, bym inaczej ułożył moje życie. Nigdy nie nadałem im imion. To Ona i On.

Są dni kiedy pozwalam im na wiele. Ona, nie ja, chodzi po sklepach z ciuchami. Zażenowany biorę z wieszaków damskie ubrania, jest wyższa ode mnie jak On, rozmiary są na mnie za duże. Tak jednak chce. Czerwony jak rak, zakładam je w przymierzalni. Ma dobry gust, chociaż muszę naciągać sukienki i bluzki, by wpasowały się w mój kształt. Nie mam biustu. To Ona doradzała moim dziewczynom i żonom. Dla niej chciałem zostać krawcem i nauczyłem się szyć.

On jest architektem. Dla niego godzinami chodzę po miastach, patrząc wysoko, aż po dachy i sklepienia, schodzę do piwnic, oglądam fundamenty i mierzę grubość murów. Zachwycił się Rzymem, pojechałem tam raz, specjalnie dla niego. Pozwalam prowadzić mu samochód. Jest dobrym kierowcą, lepszym niż ja. Jest bardzo podobny do naszego ojca. Ma błękitne oczy, owalną twarz. Piękny mężczyzna. Ojciec byłby dumny. Z niej też. Przypomina naszą matkę, z najlepszych czasów. Kochają moje dzieciaki, równie mocno jak ja. Patrzą na nie, przez moje oczy. Dotykają je moimi dłońmi.

Nie mówię o nich prawie nigdy. Wiem, że trudno zrozumieć taki przypadek. Nie mam rozdzielonej jaźni, nie przejmują nade mną kontroli. Nie zastępują mnie. Łóżku, spowiedzi, rozmowie. Nie podglądają, nie śledzą. Nie są natrętni i nie pojawiają się na zawołanie. Nie mogą żyć moim życiem, ja nie mogę być nimi. Nie są wymysłem. Są częścią. Dobrze, że są.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Margo

Miło było i niezręcznie. Amazonka Margo, Małgorzata, drugiego imienia, jak ją nazywam, nawet się o to nie złości, ale ujmuje, bo to pieszczące podobno zdrobnienie, zaprosiła mnie do deSingel. Tam gra i scenografuje. Przyjechała po mnie do pracy. Nie miałem ubrania na zmianę, wymyłem tylko twarz i ręce, przeczesałem dłońmi włosy. Wyszedłem prosto z budowy. Popatrzyła na mnie zwątpiona. Cóż, umówiliśmy się dopiero na jutro. To nie moja niespodzianka. Który to twój samochód? Ten. Pożyczony. Wywróciła oczami. Moim nie pojedziesz. Chyba coś zaklęła pod nosem, przeszła na drugą stronę ulicy, kupiła kilka gazet. Rozłożyła na siedzeniu, wsiadła i czeka. Wsiadłem i ja. Grzmotnąłem drzwiami, inaczej się nie zamykają i siedzę. Dokąd? Podała mi adres. To może na Krupniczą? Jaką? To w Krakowie, nie znam Antwerpii. Dobra poprowadzę. Wysiedliśmy. Przełożyła gazety, też walnęła drzwiami. Czemu nie działa stacyjka? Jest popsuta. Pokręć kilka razy. Rusza. Uważaj, nie ma piątego biegu. Zatrzymała się. Nie, ty prowadź, pokażę ci drogę. Powtórzyliśmy rytuał. Gazety, jebnięcie, kluczyk, zgrzyt.

W drodze milczymy. Tylko w lewo, prawo, na wprost. Pod teatrem Margo pyta, czy zrobiłem to specjalnie? Co? To jak wyglądam. Nie. Nie szata zdobi człowieka. Trudno to przetłumaczyć. Nie wysilam się. Odwieźć cię? Pojebana myślę, odwiozę. Wolę wypocząć. Od rana napierdalają mnie wrzody. Belgijskie leki nie działają, czekam na prawdziwe z Polski. Łaskę mi robisz? Zaraz odjadę. Ale spokój. Nie rób gówna. Nie bądź gnojem.

Teatr świetny. Zamknięty tymczasowo. Wirus. Mogę go zwiedzić, uważając, aby o nic się nie otrzeć. Ma talent. Scenografia ugina kolana. Będziesz grać? Tak. Wchodzi na scenę. Bajka. Nie znam francuskiego, ale czuję uśmiech na twarzy. Śpiewa. Jest dobra. Jest wspaniała. Wygugluję ją.

Zostaniesz u mnie? Mam trochę ubrań brata. Brata? Nie, byłego. Będą pasowały. Mogłam skłamać. Skłamałaś, miały być brata. Czuję jak mi knebel ze stóp, sztormem leci do gardła. Duszę się. Skręcam papierosa. Zaciągam się głęboko. Nie bądź świrem. Przeszło. Jestem spokojny. Odwracam się. Podchodzi do mnie. Jezu. Chce pocałować. Odsuwam się gwałtownie. Nie chce cię pierdolić, mówię po polsku. Odejdź, ja kogoś kocham. Jest jej przykro, łamie się jej uśmiech i ramiona.

Wracamy. Znowu milcząco. Nienawidzę ciszy. Cisza to rak. To miało być na jedną noc? Nie. Lubię Cię. Tym gorzej. Często tak robisz? Nigdy. Jeszcze gorzej. Nie znasz mnie. Po co ci to? Bo jesteś inny. Chcę cię. Wiem. Nie jesteś pierwsza, która to mówi. To żadna atrakcja. To tylko niewiadoma. Wydaje ci się. Wysiada. Spotkamy się jeszcze? Nie wiem. Na rolkach? Kupiłam K2. Tak K2. Pa. To pa. Nie sądzę. Nie spotkamy się tak już.

Kategorie
Psychika Życie

Żarcie

Nie marnuję żarcia. Odkąd, na przełomie marca i kwietnia, nie jadłem przez długie tygodnie, nigdy nie wyrzucę jedzenia. Nawet zjem mięso. Przed chwilą, mój imiennik pozbył się gara zupy fasolowej. Wielkiego brązowego, stalowego gara. Pomidory, przecier, kilogram kiełbasy, drugi wieprzowiny, paczka fasoli, przyprawy i warzywa. Byłem z nim w sklepie, widziałem co kupował. Byłem w kuchni, widziałem co gotuje. Poszło do kibla, nawet nie zaczęło śmierdzieć, znudził się. Zapytałem, czy nie chciał by tego zawekować. Nie, a po co? Za to codziennie, bez wahania, pozwala sobie na kanapki z drogiego sklepu, za kilka ładnych euro i napoje, które dziennie sięgają kwoty dwudziestu. Za dużo nam płacą? Do tego zgrzewki piwa i wódka, ewentualnie burbon, dwie butelki w weekend. Wczoraj pożyczyłem od niego samochód. Pojechałem kupić tytoń w okazyjnej cenie. Samson, dwa za jednego. Szukałem reklamówki, poprosił o olej, przy okazji. Znalazłem, wśród stosów puszek po Coli i Red Bulu. W środku gniły niezjedzone banany i jabłka. Nie żałuję mu. Niech zawsze będzie syty.

Nie mieć gdzie spać, to jedno. Człowiek czuje się jak szmata. Nie mieć co jeść, to drugie. Traci się godność. Być odrzuconym, to trzecie. Nie wiadomo gdzie się przynależy. Widzieć dno, to czwarte. Przetrwam lub upadnę, za wszelką cenę. Cztery kręgi upodlenia. Poznałem je. Nie zapominam.

Jest lipiec, była połowa czerwca. Jadę na zakupy. Był kwiecień. Odwiedzałem znajomych, gotowali obiad. Byłem głodny, ale odmówiłem posiłku. Odczuwany wstyd był wewnętrznie na poziomie wyboru, być sobą, czy być głodującym. Pożegnałem się grzecznie. Położyłem się w klatce obok. Bolały mnie flaki i dusza. Zerwałem się o piątej. Zanim ktoś mnie zobaczy. Poszedłem pod dom rodzinny, do którego zabroniono mi wchodzić. Minąłem dom, gdzie mieszkała moja miłość, na który nawet nie spojrzałem, wiedziałem że tam był, nie mogłem nawet zapukać. Kraków nie jest taki mały. Trzy złote na bilet? Mogło by być i pięćdziesiąt. Patrzyłem w okna. Bez żalu. Kiwałem się w przód i tył. Jak opuszczone dziecko. Dopóty nie zaszło słońce. Tę noc spędziłem w parku, tym w którym uczyłem się chodzić. Opowiedziałem o tym. Coś ty nawywijał? Nic. Powiedziałem co o nich myślę.

Przełamałem się, poszedłem prosić o pożyczki. Udało się. Uberowałem. Spałem zaparty nagami w obcej, zaparowanej Fabii. Woziłem jedzenie dla bezdomnych i biednych. Znowu zarabiałem. Mogłem córce kupić lody. Potem przyszedł wirus. Znowu się zjebało. Zjebało na dobre. Stres zrobił swoje. Ważyłem niewiele ponad 50 kilo, wzrost średni. Wyszczurzyła mi się twarz. Obwisła mi dupa. Podobno moje ciało stawało się miękkie. Teraz jest twarde jak żylasty stek. Dupa mi się wypełnia. Jedyna część mojego ciała, którą lubię. Moja mała dupka.

Zostałem na nowo przedsiębiorcą. Nie mogłem być nieubezpieczony. O wsparcie poprosiłem Państwo, ostatniego dnia. Nie wiem, czy powinienem. Czekam, Wciąż zalegam, ale spłacam.

Nauczyłem się jeść. Tylko tyle ile potrzebuję. Nauczyłem się dzielić. Tylko tym co mam. Nie kupię już naręczy róż, za ostatnie pieniądze, bo zachciało mi się kochać. Oddam je na pomoc. Nauczyłem się brać. Tylko tyle ile mi się należy. Nie marnuję nic. Niczego nie wymagam. Niczego się nie spodziewam. Niech tak pozostanie.

Kategorie
Psychika Życie

Nie ma przypadków

Zawsze pod prąd. Jak samospełniające się proroctwo. Nie ma przypadków. Miał mnie rozpieszczać świat. Nie zawsze, ale bardziej niż innych. W każdym razie mógł. Wczoraj był cudowny dzień. Nie poszedłem znowu do pracy. Nie mogłem. Pani z ZUSu załatwiła mi mityczny glejt. Leży na PUEce. Przesłałem dalej. Nie zgadzają się daty. Niech to. O tysiąc euro w tył. Trudno. W poniedziałek zacznę odrabiać tę stratę i nie tylko to.

Dostałem maila że Guardian wydrukuje mój artykuł. Poprawiałem go wiele razy. Będzie o PTSD. Rano budząc się czułem, że może wreszcie się odkochuję, byłoby dobrze, wyjazd robi swoje. Oddycham łatwiej. Nie zastygam. Jem. Zmieniłem zdjęcie na telefonie. Nie mogę na nią tak patrzeć. Teraz pojawia się coś, co malował Toulouse-Lautrec.

Poszedłem do sklepu, właściwie pojechałem. Rolkowałem ostrożnie, po rowerowej ścieżce. Bez muzyki. Wciąż boli mnie złamany nadgarstek i plecy. Zachciało mi się skoków, spadłem nad Wisłą z wysoka, na wznak. Wystraszyłem nocnego marka. Nie dojechałem. Po drodze stanąłem obok łąki. Tam źrebię i klacz. Podziwiam. Zapatrzyłem się. Podeszła dziewczyna. Zgrabna i prosta jak kij, z cyckami jak lubię, rozpychającymi lekko koszulę, w bryczesach i butach za milion złotych. Uśmiecha się, jak wszyscy tutaj. Uroczo. Ma ciemne oczy, okrągłą twarz. O kurwa ładna, myślę sobie. Coś mówi. Flamandzki. Nic nie rozumiem. Niemiecki, Francuski? Nic. Łamiemy angielski.

Jeździsz konno?

– Kiedyś tak, teraz nie.

– Widziałam cię kilka razy na rolkach. Nad rzeką. Jeżdżę tam na rowerze. Nie słyszysz dzwonka. To trudne?

– Nie. Po kilku dniach dasz sobie radzę.

– Jesteś z Polski?

– Tak. Skąd wiesz? Wmurowało mnie.

– To małe miasto. Nie byłam pewna, tylko ty się kłaniasz na ulicy, twoi koledzy nie. Zostawiłeś komputer w pubie. Nie wiesz jak płacić komórką i poszedłeś po pieniądze. Nie powinieneś niczego zostawiać na stole.

– To rzeczywiście małe miasto…

– Moja siostra tam obsługuje. Podobno jesteś uprzejmy. Byłam w Polsce na zawodach. Chcesz spróbować? Na oklep? To moje konie. Właściwie ojca.

– Bez siodła? Nie mam butów.

Nie mam za dużo czasu, ale poczekaj.

Przyniosła mi czyjeś adidasy. Założyłem je i podeszliśmy do koni. Poklepałem klacz, pozwoliłem się obwąchać. Źrebak też grzecznie pozwala się dotykać. Nie dam rady wsiąść. Za wysoko. Zrobiła z dłoni podpórkę, odbiłem się i hop. Siedzę. Rany boskie siedzę. Trzymam w ręce wodze. Lekko przyciskam łydkami i jadę. Powolutku. Ona idzie obok.

– Wyprostuj się!

– Ok. Staram się.

– No wyprostuj się. Biodra do tyłu. Nie bój się.

– Nie boję się. Ale prostuję garba.

– Lepiej. Dużo lepiej. Skręć w prawo. Nie ciągnij konia. Z wyczuciem. Dobrze. Teraz w lewo. Dobrze. Stój. Nie ciągnij. Delikatnie. Ruszaj. Nie ściskaj. Nie spadniesz. Dobrze…

Po pół godziny czuję jak kolana, tyłek, uda, szyja, cały staję się zmęczony. A ona dalej: wyprostuj się, nie zwisaj koniu nad głową, nie przechylaj się do tyłu. Nie przyspieszaj. Stopy na zewnątrz.

– Jak się nazywasz? Pytam i się przedstawiam w końcu.

– (…). Odpowiada.

Serce mi zamiera. Wykonuję dziwny ruch. Koń staje. Znowu? Jak ta? Ona? Zsiadam, raczej się zwalam. Oddaję wodze.

Co się stało? Dobrze sobie radzisz.

– To przez twoje imię. O nic nie pytaj.

– Na drugie mam Margaret. Zmarszczyła czoło.

– Wolę Margo.

– Jak chcesz. Muszę lecieć. Jeżeli chcesz, przyjdź w przyszłym tygodniu. Posprzątasz ze mną w stajni i możesz jeździć za darmo. Mamy jeszcze sześć innych koni. Kupię rolki. Ty mnie też czegoś nauczysz.

– Oczywiście, ale wieczorem. Po pracy.

– Świetnie. Jak się umyjesz. Byłeś ostatnio na stacji. W roboczym ubraniu.

– Dużo o mnie wiesz. Zaśmiałem się.

– Już ci mówiłam. Tu się wszyscy znają. Zapisz sobie mój numer. Powinieneś się ostrzyc. Do zobaczenia. Pogłaskała mnie. Zaskoczony, nie zdążyłem się odsunąć.

– Czym się zajmujesz? Zapytałem na odchodnym. Na pewno się czerwieniąc.

– Jestem scenografem, a właściewie aktorką. Chyba zasłabłem na moment. Znowu ona.

Wróciłem do domu. Inny. Oczyszczony. Na pewno zadzwonię. Ale będę ostrożny. Bardzo ostrożny.

Kategorie
Psychika Uczucia

Nienawiść

Nie ma silniejszego uczucia niż nienawiść. Jest łatwa w pielęgnacji, jak chwast. Wystarczy jej byle jaka pożywka. Trochę zawodu, odrobina zawiści, kilka kropel zazdrości, strachu i obrzydzenia, szczypta nietolerancji i rośnie dziko w siłę. Potrafi być niepowstrzymana, wrasta w serce, kieruje życiem. Szuka przyjaciółek, które w innych duszach uczyniły sobie ogrody. Ma różne oblicza. Nie zawsze jest najbrzydszym z uczuć. Może być piękna, szlachetna i pociągająca. Wystarczy, że wzrosła z idei religii, kultury, sztuki, które potrafi narzucić. Nie zawsze jest też naiwna i głupia. Może być wykształcona, logiczna i twórcza. Wie, że każdy nosi w sobie jej zarodek. Wytrwale czeka. Buduje imperia, wywołuje wojny, podpala śpiące domy.

Jesteśmy dziwnym gatunkiem. Z małego, wielkości psa gada, po dwustu milionach lat ewolucji, staliśmy się istotami myślącymi, świadomymi własnego istnienia. Zmieniliśmy się nie do poznania. Stoimy dumnie na dwóch nogach, podbiliśmy świat, który z zamiłowaniem niszczymy, szykujemy się na podbój wszechświata, wierząc (bo wymyśliliśmy sobie wiarę, połączenie zdolności nauki na błędach i niezdolności przewidywania przeszłości), że natura, nawet my sami jej rękami, dokona kolejnej zmiany i uczyni nas doskonałymi, nie pozwalając nam na dalszą destrukcję, także własną. To jest nasz gatunkowy optymizm. Na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli tego dokonać. Nadal mamy w sobie padlinożerne i drapieżne zwierze, który robi wszystko byleby przetrwać i płodzić, niewiele różniące się od niego potomstwo. Nienawiść, połączona z gniewem i wściekłością pomagają to osiągnąć. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu, skoncentrowani, nasze mózgi pracują ze zwiększoną wydajnością, intelektualnie i fizycznie jesteśmy sprawniejsi. Wygrywają najsilniejsi, którzy zawsze gotowi są do ataku i na atak przygotowani. Są ambitni, nie cofają się przed niczym.

To co napisałem może się nie spodobać. Wiem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Tak na ludowo, z przytupem. Pewnie prawda, kto jednak nie zgodzi się z tym, że z ruin powstaje, czasem opornie, nowa, wyższa jakość. Po koszmarze ostatniej wojny żyjemy inaczej. Postęp który po niej nastąpił, przeniósł nas do nieznanej wcześniej, liberalnej, technologicznie zaawansowanej rzeczywistości, z opieką społeczną, powszechnym szkolnictwem i służbą zdrowia. Korzystają z tego wszyscy, także pacyfiści i każdy zawzięcie medytujący jogin. Czy to mogło by powstać bez nienawiści? Wątpię. Czuli ją równie mocno nazistowscy Niemcy, jak i ich przeciwnicy, których przed mordowaniem milionów ludzi, nie w obozach koncentracyjnych lecz w wyniku nalotów, nie powstrzymywała chrześcijańska miłość bliźniego. Decyzja zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta, z drewnianą zabudową, gdzie nikt nie miał szans znalezienia schronienia, nie zapadła z wyższych pobudek, ale była aktem nienawiści w czystej formie. Ktoś mi zarzuci, że jest to sytuacja wyjątkowa, ludzkość się opamiętała, a przecież codziennie ktoś ginie w kolejnych wojnach, codziennie dokonywane są morderstwa, gwałty, okaleczani są ludzie. Nie zaprzeczę. Jednak nie słyszałem o państwie, które zrezygnowałoby z posiadania armii, produkcji broni na użytek własny i na sprzedaż. Nie słyszałem o zakazie kręcenia filmów, pisania książek, malowania obrazów, czy tworzenia gier, które zawierają akty przemocy. Pozwalamy na nienawiść, sycimy się nią i żyjemy z nią wszyscy, mimo że krytykujemy i nie wiemy jak na nią reagować.

Nie wierzę, że możemy pozbyć się nienawiści. Musimy ją zaakceptować i nauczyć się ją kontrolować. Szukać uczuć, które pozwolą nam na życie w równowadze. Choćby altruizmu, bezinteresownej pomocy, miłosierdzia. Niekontrolowana rzeczywiście nas zniszczy, albo ci, którzy mają jej więcej.

Kategorie
Psychika Życie

Narkotyki

Lubię je, bardzo zawsze lubiłem. Jestem eksperymentatorem. Będąc jeszcze w liceum, znalazłem dilera który sprzedawał rzeczy, które zawsze chciałem spróbować. Zarabiał tak na studia, polubiliśmy się. To nie były syfy, dopalacze, które zabijają dzisiejsze dzieciaki, ale prawdziwy staff. Nigdy nie próbował mi sprzedać amfetaminy czy heroiny, nie wąchałem jakichś klejów. Dostarczał mi towar dyskretnie, abym nie miał kłopotów. Nie znałem środowiska narkomanów, nie chciałem go poznać. Wystarczyła mi starsza ode mnie dziewczyna, która zabójczo mi się podobała. Wstrzyknęła sobie niezidentyfikowaną substancję, przypuszczam, jakiś podrasowany chemią kompot, którą zaniosłem do szpitala, gdy jej towarzystwo nagle zniknęło, po tym jak dostała konwulsji. Powiedziałem, że znalazłem ją na ulicy, nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. Widywałem ją potem czasami. Przeżyła, wyglądała coraz gorzej. Przestała mi się podobać. Ja paliłem i brałem coś dla przyjemności. Miałem kilku znajomych, którzy robili podobnie. Nie uzależniłem się, chociaż wlałem w siebie morze wódki i jestem namiętnym palaczem tytoniu.

Mając dwadzieścia parę lat wyjechałem do Londynu. Tam dopiero dowiedziałem się co to są narkotyki. Ponieważ mieszkałem zawsze na północy, do Camden Town miałem o rzut beretem. Mogłem kupić co dusza zapragnie, w przystępnych cenach. Pamiętam pierwsze LSD, Ketaminę, dzikie party w Brixton Academy. Grzybki na wakacjach to było przedszkole. Trafiałem w miejsca, gdzie mogłem bawić się od piątku do poniedziałku, rozmawiać, chociaż trudno tak to nazwać, z Maxwelem Fraserem, Dido, nawet Amy Wainehouse i niezliczonymi znanymi i nie, ludźmi. Mogłem słuchać najlepszych na świecie DJów, przekonać się do muzyki industrialnej, przy wejściu otrzymywałem garść prezerwatyw. Przy Oxford Circus odkryłem dom, zdaje się, już wyburzony i wiodące do niego zielone drzwi, za którymi kupowałem najlepszy na świecie haszysz. Pomagał mi na nerki, co jakiś czas pojawiają się w nich kamienie, nie trułem się szkodliwymi lekami. Spotykałem się z dzisiaj dobrze znaną profesor anestezjologii, wtedy studentką, która pod łóżkiem miała walizeczkę pełną cudów. Nie podzielałem tylko jej słabości do palenia hery. Smakowała jak rozgryziony antybiotyk i mnie usypiała, na to też miała inny specyfik, budziłem się jak Feniks. Pojechaliśmy do Amsterdamu. Nie pamiętam nic z tego wyjazdu, poza niechęcią do marihuany. Dopiero następnym razem zwiedziliśmy miasto. Dzisiaj jest matką trójki dzieci, odnoszących same sukcesy. Nie zabiło to jej, nie zabiło mnie, ani nie zepsuło.

Byłem managerem pubów. Jedna z firm, dla której pracowałem postanowiła zrobić ze mnie bramkarza, wiadomo oszczędności. Kurs kilkudniowy. Po zakończeniu otrzymałem plastikową kartę ze zdjęciem. Pierwszego dnia kursu położono przede mną i innymi, zestaw narkotyków. Jeżeli rozpoznamy połowę i opiszemy ich działanie, możemy iść do domu i zgłosić się po certyfikat. Pewnie był to żart. Znałem prawie wszystkie, wiedziałem jak działają. Oficer policji, który prowadził szkolenie, bacznie mi się przyglądał. Podczas przerwy na papierosa zaproponował mi pracę. Odmówiłem. Zapytał dlaczego? Konflikt interesów. Problemem nie są narkotyki, ale jak je używać i edukacja. Inaczej to jak walka z wiatrakami. Nie jestem Don Kichotem. Poza tym nie byłem wtedy obywatelem Unii. Ale odbyłem cały kurs, był naprawdę wciągający.

Wróciłem do Polski. Czasami zadaję sobie pytanie, po co? Nie dziwię się, że Polacy nadużywają wszystkiego co się da. Nie jesteśmy zadowolonym z siebie narodem, rozdziera nas konflikt pomiędzy starym i nowym. To nowe też nie jest pierwszej świeżości. Udajemy europejczyków, zamiast być sobą. Cieszą nas zakupy na kredyt, nie wolność, którą mamy w każdej dziedzinie. Mamy utrwalone kompleksy i wyraźne poczucie niższości. Nie znajdujemy wsparcia w związkach, gdzie kobiety są coraz bardziej męskie, a mężczyźni jacyś bezradni, a kultura też przedstawia wiele do życzenia. Teraz rzadko nawet coś zapalę, nie mam z kim. To ma być relaks, nie łapanie doła, bo ktoś ma na stałe obniżony nastrój. Obawiam się także. Kiedyś zaciągnąłem się kilka razy jakimś świństwem, które zaproponowały mi dwie Dunki. Po chwili jak one, nie mogłem nawet utrzymać się na czworaka, będąc całkowicie świadomy, co dzieje się wokół. Ledwie dotarłem do domu taksówką, wychodziłem z niej kwadrans. Nie namawiam nikogo do spróbowania narkotyków, nie przestrzegam. Uprzedzam jednak, nie są dla wszystkich. Nie wiem, czy pozwoliłbym moim dzieciom na takie eksperymenty? Raczej nie. Poza tym, żyjemy już w innych czasach. Wiedzą więcej niż ja.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Bezdomność

Ilu ludzi zna bezdomność? Nie tą widywaną, ale tą z którą się żyło? Zbyt wielu. Powinna pozostać nieznana. Do mnie przyszła zaproszona. Sam ją zawołałem i była moją towarzyszką przez jakiś czas. Odeszła do innego, bardzo niechętnie, mam nadzieję, że odrzucona umrze w zapomnieniu. Żałowała, że nie poznaliśmy się za dobrze. Ostrzegła, że zawsze pamięta o swoich wybrankach, każdego z nich darzy uczuciem, nie pozwoli o sobie zapomnieć i chciałaby wrócić. Dziwka

Poza chorobą i wojną, nie ma niczego gorszego od bezdomności. To samotność dzielona z innymi samotnymi. Nigdy nie spotkałem ludzi równie nieszczęśliwych, którzy potrafią się do tego dostosować. Kilka miesięcy na ulicy, czasami na zmianę w hostelach i noclegowniach, żebranina, szukanie jedzenia w sklepowych śmietnikach, dorywcza praca za kilka groszy, zmienia ludzi w cienie samych siebie. Niepewność kolejnego dnia. Nawet tych, których natura nie obdarzyła bystrością. Inteligentnych potrafi zmienić jeszcze szybciej. Dzień, gdy staną w kolejce po darmową zupę lub poproszą o wsparcie, jest oficjalnym przyznaniem się do porażki. Upokorzenie w końcu znika, pozostaje przetrwanie. Jakby coś kliknęło w maszynie mózgu, albo jakby z poczwarki ludzkiej wyłaniał się ktoś nowy, bezdomny.

Historie życia, które wysłuchałem były najsmutniejszymi z którymi się spotkałem. Chciało mi się ryczeć nad ludźmi, których dotąd uważałem za nieudaczników. Oni też mieli rodziny, często równie duże jak moja, dzieci które na nich czekały. Na niektórych nie czekał nikt, od zawsze byli niechciani. Niektórzy mieli poszukiwane zawody, inni wykształcenie i doświadczenie, którego można by pozazdrościć. Niektórzy byli sobie może winni, inni nawet nie rozumieli dlaczego są w takiej sytuacji, mieli życiowego pecha. Wcale nie wszyscy byli alkoholikami, niewielu wybrało takie życie. Było między nimi jedno podobieństwo, zanik twórczego myślenia, kierowała nimi inna logika. Jakby pomiędzy nimi i mną stał przeźroczysty mur, mogliśmy się zobaczyć, ale już nie usłyszeć. Byłem przerażony. Byłem wkurwiony. To nie był film, nie byli Nędznicy, książka Wiktora Hugo. To działo się naprawdę i ja w tym brałem udział. Musiałem się z tego wydostać.

Moja bezdomność była krótka. Wprawdzie nie brałem jej pod uwagę, ale z chwilą gdy podjąłem decyzję o zmianie dotychczasowego życia, okazała się rzeczywistością. Rzuciłem pracę, zerwałem związek którego nie potrafiłem kontynuować, innego nie umiałem nawiązać, w rodzinie powiedzieliśmy wzajemnie co o sobie myślimy, spaliłem za sobą mosty. Miałem wyjechać za granicę, do mojej Anglii, bałem się, że już nie wrócę. Zostałem ze względu na córkę i tą nadzieję. Potem pojawiły przeszkody, których nie mogłem przewidzieć i stało się. Zostałem sam, bez domu, choć powinienem go mieć, bez pieniędzy, choć mogłem je zarabiać. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Na przyjaciół, już byłych, nie mogłem liczyć. Na najbliższych także, co do dzisiaj jednak mnie boli. Są jak banki, oferują tylko wtedy, gdy tego nie potrzebujemy. Pomogli mi ludzie, którzy sami mają problemy, albo których kiedyś obraziłem, ale nigdy na mnie nie postawili kreski. Ci którym pomogłem, mieli tylko jedno do powiedzenia. Trzymamy kciuki. Możecie sobie je teraz powkładać, wiecie gdzie?

Nie jest idealnie. Trochę potrwa zanim wyjdę na prostą. Ale nie odciąłem się od bezdomnych. Pomagam im. Jestem wolontariuszem. Dzielę się czym mogę, wpłacam co mogę, gotuję dla nich, wożę im potrzebne środki w miejsca, gdzie śpią i koczują. A są to miejsca nieludzkie. Doprowadzają mnie czasem do szewskiej pasji, ale ich rozumiem. Poznałem ich i wiem, że poza jedzeniem i ubraniem potrzebują pomocy duchowej. Może uda się stworzyć kiedyć taką. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest. Każdy powinien mieć dach nad głową, a jego utrata nie może być karą. Chętnie wysłałbym na taki turnus, jak mój, każdego kto pozostaje obojętny. Bezdomność miała rację, nie pozwala o sobie zapomnieć.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Alkoholik

Mój ojciec był alkoholikiem. Wysokofunkcjonującym, jak dobrze naoliwiony zegarek. Czas na pracę, czas na wódę. Napić się, wytrzeźwieć, prowadzić samochód, napić się, zjeść, napić się, wziąć prysznic, zasnąć, obudzić się, napić. Wszyscy wiedzieli, że pije, ale ile i jak, prawie nikt, nawet ja przez wiele lat. Piłby tak pewnie do dzisiaj, ale pewnego dnia, w samotności zdarzył mu się wylew. Był twardy, przeleżał pięć dni przy drzwiach do mieszkania, których nie zdążył otworzyć. Kiedy je wyważono wciąż żył, cały w gównie. Myłem mu z tego ręce. Gdyby nie błędy lekarzy, mało brakowało, mógłby żyć nadal.

I ja zapowiadałem się na alkoholika. Byłem przekonany, że nim się stałem. Wypijałem dziennie nawet litr kolorowej wódki, grejpfrutowej. Nie śmierdziałem nią, żułem miętową gumę. W precyzyjnie odliczonym czasie otwierałem kolejną setkę i łyk, łyk, na dwa razy. Jeżeli wypiłem mniej, mogłem sobie pozwolić na kilka piw po pracy. Bo piłem dużo tylko w pracy. W dni wolne nie piłem prawie wcale, nie piłem opiekując się dzieckiem, nie piłem dla relaksu.

Zdarzało mi się jednak przesadzić. Pewnego dnia postanowiłem popełnić samobójstwo. Prawie tego nie pamiętam. Wiem, że sam zadzwoniłem na pogotowie, pozwoliłem się zamknąć w szpitalnej izbie wytrzeźwień. Rano zostałem dokładnie zbadany, przyszedł psycholog i lekarz, przesłuchali mnie i pozwolili wyjść. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, kupiłem alkohol i miętówki. Pojechałem do psychiatry. Rozwiązałem testy, opowiedziałem o dramatycznym przeżyciu i czekałem na wyrok, którego się spodziewałem. Psychiatra, o wyglądzie świra, nie orzekł jednak alkoholizmu ani choroby psychicznej. Prawie wyrzucił mnie z gabinetu mówiąc, że Kraków pełny jest pijących, nie każdy jest alkoholikiem, bo tak jest wygodnie i to dotyczy także mnie. Mogę się zapić, bo traktuję picie jak lekarstwo. Mogę się zabić, ale tylko w stanie zamroczenia. Mam się nauczyć pić, albo nie pić wcale. Padła kurwa, idź już pan stąd, weź się pan w garść, poszukaj księdza albo psychologa i im zawracaj pan głowę. To poszedłem, znowu do sklepu, znowu po wódeczkę, po gumę i znalazłem się w ośrodku interwencji kryzysowej. Zasiadłem z psycholożką, znowu opowiedziałem o poprzedniej nocy, nawet się popłakałem. Umówiliśmy się na terapię. Z księdzem się nie spotkałem. Usiadłem na ławce, zadzwoniłem do AA i dowiedziałem się, że oni nie pomagają w kontrolowaniu picia, pomagają przestać. Jeżeli tego chcę, to mnie zapraszają. Nie, dziękuję. Potem przeszedłem wszerz i wzdłuż całe miasto, wypijając jeszcze więcej. Nigdy w życiu tyle nie wypiłem. Pozwoliłem sobie na pijacką szczerość, wysyłając wiadomości, tracąc w ten sposób szczerego przyjaciela, do domu już nie wszedłem. Był to ostatni dzień mojego alkoholizmu.

Spotkałem się kilka razy z panią psycholog. Dobrze, że nie uzależniłem się od niej. Bardziej niż na kacu, trzęsły mi się ręce, kiedy jej płaciłem za sesję. Picie jest zdecydowanie bardziej ekonomiczne. Odwiedziłem neurologa, znajomą buddystkę, która tym razem, na poważnie, poinstruowała mnie jak medytować, zbadałem wątrobę i wszystkie narządy, które mogłem uszkodzić. Mam żelazne zdrowie. Mam szczęście. Wysłuchałem kolegi, który jako alkocholik chciał mnie przekonać, że i ja nim jestem. Był nie do poznania, z wesołego imprezowicza stał się kaznodzieją. Nie lubię takich ludzi, nie ufam im. Nie przekonał mnie. Przeczytałem górę książek na wiadomy temat, poszerzając go o filozofię i logikę. Przygotowałem się do innego picia, kiedy chcę, nie kiedy muszę, bo dopada mnie stres. I działa. Teraz zająłem się paleniem. Też działa, ale oporniej. Nie zmuszam się. W głowie siedzi mi jednak jedno krótkie zdanie, które usłyszałem od kogoś bardzo dla mnie ważnego, gdy przyznałem się, że za dużo piję: to nie pij. To nie piję.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Stres pourazowy

Nie napisałbym o tym, gdyby nie seria artykułów, które ostatnio przeczytałem. Dowiedziałem się, że kwarantanna, przymus spędzania czasu z bliskimi, nawet samotnie, w domu, z dostępem do telewizji, internetu, żywności, w wygodzie, na pewno doprowadzi do stresu pourazowego u bardzo dużego procenta ludzi. Czytając początek pierwszego artykułu myślałem, że będzie chodziło o przypadki, gdy w rodzinie, za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy, załamań, umiera ktoś albo gwałtownie rozwija się u niego uzależnienie, choroba psychiczna, dotykające innych jej członków. Nie. Powodem ma być izolacja. Poszukałem następnych. To samo.

Czy piszący to dziennikarze zdają sobie sprawę, czym jest zespół stresu pourazowego? Nie wiedzą! Ja wiem, bo od ponad dwudziestu lat muszę z tym żyć. Ciekawych odsyłam do definicji, nie będę także wywodził przyczyny u mnie, zachowam ją dla siebie.

Stres pourazowy to bardzo nieprzyjemne kurewstwo. Niby nie dzieje się nic (przynajmniej w moim przypadku, a bywa różnie), nawet przez długi czas, do momentu, gdy wpada się w otchłań i to dosłownie. Przeżywa się tragiczne wydarzenia na nowo, prawie jakby stały się chwilę wcześniej. Emocje które temu towarzyszą są trudne do zniesienia. Wspomnienia nie pozwalają normalnie żyć, spać, uspokoić się, zrelaksować. Nie ważne, czy o nich mówimy, czy trzymamy je w sobie. Pojawia się rodzaj pustki, braku uczuć, poza złością i niewiarygodne wręcz zmęczenie stresem, poza który niewiele dociera. Ja radziłem sobie do jakiegoś momentu za pomocą popijania. Leki które mi kiedyś przepisano, zmieniały mnie w intelektualną roślinę. Nie tylko nie mogłem się skupić, ale oddalałem się od otaczającego świata, całkowicie się zamykając. Alkohol działał lepiej, ale decyzje, które podejmowałem były nieracjonalne i doprowadzały do dramatycznych efektów. Nie chciałem się tak czuć, przerwałem leczenie i jakoś przeszło. Byłem twardy. Zakładałem, że sobie poradziłem.

Drugi epizod zaczął się niby znienacka. Tak przynajmniej myślałem. Powinienem zauważyć, że zacząłem opowiadać o moim problemie, mimo że długo o tym nie wspominałem. Zupełnie spokojnie i obiektywnie. Czułem tylko jakiś niepokój, robiłem rzeczy których unikam, byle poprawić sobie nastrój. Zaczęło się od snów. Po pierwszym zacząłem już pić, na wszelki wypadek. Pogarszało się z każdym dniem. Wytrzymałem prawie trzy miesiące, dokąd miałem choć kilka godzin spokoju. Starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, nie wpływać negatywnie na innych. Ale różnie z tym było. Potem przyszło załamanie, dosłownie w kilka minut. Siedziałem w knajpie, ale równocześnie znalazłem się w czarnej dziurze, jakby okopie, wypełnionym czymś lepkim, z którego nie mogłem się wydostać. Tym razem nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie dość, że byłem pijany, to patrzyłem na kogoś z kim rozmawiałem, nie wiedząc dokładnie kim jest ta osoba, czy to na pewno ona i co tam robię? Wybiegłem na ulicę, ale nie byłem pewny gdzie jestem. Zalała mnie fala wspomnień, całkowicie pomieszanych. Pamiętam łzy, nie mogłem się poruszyć, próbowałem przez telefon prosić o ratunek, ale mówiłem coś nieskładnie. Wróciłem do domu, nie wiem jak? Następne dni były koszmarem. Przypuszczam, że nikt z mojego otoczenia do dzisiaj nie rozumie co się stało wtedy, ani co działo się ze mną przez poprzednie miesiące. Straciłem przy tym ludzi na których mi zależało.

Powiedziałem o wszystkim przyjaciółce sprzed lat, która również ma PTSD. Zorganizowała mi psychologa i psychiatrę, którzy zabrali się za mnie nieomal natychmiast, którym jestem za to dozgonnie wdzięczny, dokonali cudu. Nie zrobili tego wprawdzie bezinteresownie, ale wiedziałem o tym od początku, zostałem człowiekiem doświadczalnym. Przeszedłem ekspresową terapię, długo godzinną i wyczerpującą. Nauczyłem się panować nad sobą. Przestałem się wstydzić, że potrzebowałem pomocy. A tych dziennikarzy, to bym…

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Infantylność dojrzałości

Nie znoszę dojrzałości. Odkąd musiałem dojrzeć, bo przystawało to z wiekiem, buntuje się we mnie dziecko, którym jestem do dzisiaj. Nagle, z dnia na dzień prawie, zabroniono mi naiwnej ciekawości, prawa do popełniania błędów, radosnych podskoków, gdy udało mi się nieosiągalne, niczym nie skrępowanego śmiechu z byle powodu, rzucania się głową w nieznane, pozostawiania niedokończonych planów, o których zapominałem, zawodu, bo ktoś mnie zranił. Zastąpiono to odpowiedzialnością, złotem milczenia, dostosowaniem i rolami, których nie wybrałem, siłą charakteru, umiejętnością liczenia zysków i strat, wybaczaniem i wyrozumiałością, trzymaniem reszty mocno pomiędzy pośladkami. Na wszelki wypadek, bo licho nie śpi, bo nie wolno dać sobie w kaszę dmuchać. Zabrano mi zabawki, dano kieliszek Wyborowej. Na początku było dobrze. Mogłem robić prawie wszystko na co miałem ochotę, albo pozwalała mi zawartość kieszeni, ewentualnie nie wkurwiłem doroślejszych ode mnie. Potem było boleśnie i to dosłownie, bo wdawałem się nieustanie w potyczki słowne, kończące się bójkami. To nie były uszczypnięcia, ale rozkwaszony nos, wybite zęby, połamane kości. Byłem drobny, ale zadziorny. Powody mogły być każde. Kto by przypuszczał, że z równą determinacją będę bronił zaczepioną dziewczynę kolegi, jak i książkę Marka Hłaski, której i tak nie przeczytał, dwa razy większy ode mnie zawodowy żołnierz. Zanim dostałem pierwszego sierpowego zaśpiewałem mu: czy to w zimie, czy to w lecie, poznasz chama po berecie. Na głowie miał czerwony. To go nie rozśmieszyło. Wylądowałem na pogotowiu, ale on w areszcie, bo wrócił do jednostki zakrwawiony i bez guzików przy mundurze. Chciałem mu odgryźć ucho. Zostaliśmy kumplami na jakiś czas. Ja wchodziłem cichaczem na wojskową siłownię, i wynosiłem mu wędliny na sprzedaż, on czytał wszystko co mu poleciłem.

Po dojrzałości przyszedł czas na dorosłość. Tej nie lubię równie mocno. Zmieniła mi się twarz. Przestałem być chłopięcy, chociaż pozostałem nadal szczupło chudy. Z ty, zmieniłem się na pan. Długo się ociągałem. Mając ponad trzydzieści lat nadal byłem proszony o dowód przy barze. W końcu alkohol, papierosy, praca i imprezowanie, nawet ponad siły, zrobiły swoje. Posiwiałem. Widzę już zmarszczki, przygarbienie zmienia się w garbatość. Może tylko pozostaje satysfakcja, gdy widzę zainteresowanie mną kobiet, czasami w niebezpiecznie młodym wieku i zazdrość dorastających mężczyzn, gdy pomykam na nartach albo rolkach, albo dam komuś w mordę. Z pewnością nie wiedzą, że jestem bardziej infantylny niż oni.

Nie wiem kiedy, ale przyjdzie czas na starość, jeżeli jej dożyję. Już czuję do niej niekłamaną niechęć. Nie chcę myśleć jak to będzie. Mam jeszcze sporo do zrobienia, muszę nadrobić czas dojrzewania i dorosłości. Mam wciąż dzieci, które chcę wychować i te którym chciałbym pomóc. Może pojawią się jeszcze nowe? Oby, nawet chyba wiem z kim. Nabrałem dystansu, ale dziwię się, że w lustrze nie widzę już małego chłopca, który ma ochotę znowu coś porządnie nabroić, dla zasady.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.