Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Spokojnie

Dziękuję

Będę powoli kończył moją przygodę z pisaniem. Tutaj. W takiej formie. Cieszy prawie dziesięć tysięcy wejść na tę stronę, anonimową przecież, ponad pięciuset obserwujących, chociaż zawsze krążących dookoła 40, w tym samym czasie. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Jak wszędzie, zawsze. Mnie czytać nie jest łatwo, wiem. Dotarłem jednak do krajów na całym świecie, czego nie mogłem spodziewać się, rozpoczynając.  

Wykląłem się przez te blisko dwa lata. Naobrażałem. Ponarzekałem. Starając się jednak być jak najbliżej prawdy, stanu uczuć. Przeszedłem przez ten czas niejedno. Podpierali mnie niektórzy czytający, co miałem do opisania, na duchu. Jestem bardzo wdzięczny. Także za okazane mi zaufanie, wzajemną pomoc i podtrzymywanie kontaktów, które zgodnie z duchem tej strony, pozostawię tylko do naszej wiadomości. Poznałem niezwykłych, utalentowanych ludzi, z wielkimi sercami. Bez nich, przypuszczam, nie było by mnie już wcale. Motywowali, poprawiali, w jednym wyjątkowym przypadku, ktoś cudowny przyprowadził mnie, za rękę, do wiary, którą wzgardziłem i przed którą się broniłem, mocno się zapierając. Był to naturalny, spokojny proces, pełen ciepła. Dziękuję Aniele.

Wyleczyły się moje nieszczęścia. Może nie całkiem. Jest już blisko. Wyrosłem jakoś z nieszczęśliwych miłości i oczekiwań, z bezdomności, depresji, które stworzyłem sam. Nauczyłem się przepraszać, nie oczekując przebaczenia, braku pogardy, niechęci. Nauczyłem się dobrze życzyć i wybaczać. Także sobie. Trzymać kciuki, naprawdę. Cieszyć się szcześciem cudzym, które mogło być moim. Nauczyłem się nie kłamać, unikać ranienia i być rannym. Prawie nauczyłem się na nowo pisać i rozmawiać, nie prowadzić monologów, nawet przez telefon. Prawie poznałem kogoś, z kimś mogło by mi być dobrze. Prawie udało mi się kogoś nie odrzucić. Postaram się niczego nie zepsuć. Postaram się doskonalić.

Dziękuję

Toksyczny (już nie aż tak bardzo)

PS

Czasami napiszę. Coś do końca. Mam setki niedokończonych zdań, czekających na zakończenie.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Zostaw to. Fuck!

Jezu, pomyślałem sobie. Jaki ja jestem bezgranicznie głupi, jaka jesteś bezgranicznie głupia, głupi też. Jezu. Tak pomyślałem. Ile razy dotąd tak pomyślałem, o ilu? Martwię się, że za wiele i o za wielu. Ile razy pomyślał ktoś tak o mnie? Wolę się nie zamartwiać. Za wiele głów byłoby do liczenia. I nie tylko głów. Cóż? Mea culpa.

Siedząc w nieswoim domu, wykonując nie moją pracę, czytałem nieswojo ostrzeżenie, doręczone mi po raz, nie pierwszy. Art. 190a §1 kodeksu karnego. Jestem stalkerem? Nie czytałem sam. Pokazałem i przetłumaczyłem. Ona ma rację. Powinieneś się wstydzić. Robisz to złośliwie, sprawia ci to satysfakcję? Nie pytaj, przestań się kontaktować, tylko dlatego, że możesz. Ten angielski z francuskim akcentem. Uśmiechnąłem się. Belgijka ma rację. Wstyd mi. Ona się nie ukrywa jakoś, wręcz przeciwnie. Moja próba wyjaśnienia. Nie przed tobą. Jesteś tak głupi, że nie rozumiesz, że się narzucasz? Zepsułeś co miałeś do zepsucia. Daj ludziom żyć. Nic nie zyskasz, psujesz jeszcze bardziej. Ktoś cię postrzega tylko przez upór, nie kim jesteś. Chcesz naprawiać, a niszczysz resztę czyjegoś szacunku i dobrych wspomnień. Opary miłości, tylko waszej i niezręcznej. Dla niej szczególnie, po to cię starszy, chce się ciebie w końcu pozbyć, nie rozumiesz? Ja bym ci łeb urwała! Jej też. Niszczyciele. Nie jesteście wyjątkowi, tylko żenujący. Ona się stara zakochać, ty nie kochać nikogo. Oboje niespełnieni. I jeszcze się podglądacie. Nieszczerzy. Łatwo było powiedzieć nie i dalej szukać. Chciałem wyjaśnić… Przekroczyłeś granicę wyjaśnień. Zrobiłeś jej to świadomie. I sobie. A dziecku? Jesteś durniem. Przestań. Przecież tak naprawdę życzysz jej dobrze. Życz jej, ona i tak o tym wie. Nie jesteś aż takim gnojem, jak o sobie myślisz. Ona wie. To wystarczy. Zostaw to i wszystko inne. Dla jej dobra. Kropka! Chodź. Idziemy na piwo. Musisz się napić, bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie na Kazimierz. Fuck! Gdziekolwiek. Pójdziemy gdziekolwiek. Nie martw się, zapomnisz w końcu.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Przedmiot i podmiot

Dostałem. Chociaż miałem kupić. Odkupić. Wykupić. Rzecz. Przedmiot. Wcale nie bezwartościowy. Oddałem inny w zamian. Pamiątkowy. Mogę znajdować. Odszukuję. Nie wolno mi brać. To ja daję. Przekazuję i pomagam. Mnie się nie pomaga. A może? Już czas nauczyć się prosić? Mówić o pomocy, nie przetrwaniu. Nauczyć się słuchać, w ciszy. Bez przerw. Przerywania. Prosić bezgłośnie. Sobą. Nie potrzebą. Bezustannie wieloraką, spazmatycznie skurczem i rozkurczem niespełnioną. Zamiast niezbędności, zapewniającej trwanie, bezpiecznej. Szansy, możliwości czynienia więcej i na pewno, bez pewności zakończenia.  

Zachwycił mnie darczyńca. Odświeżył. Przypomniał. Rozumnie. Radząco. Aktorka innego dramatu, z innego, nie znanego teatru. Nie obcego. Równolegle tworzącego, sztukę, zamiast sztuczności. Hipnotyzująco. Zdolnością pasji, nie oczekiwań. Miałem świadczyć usłużnie, wyświadczono przysługę mnie. Wymianą podmiotową, przypieczętowaną przedmiotowo. Na pamięć. Zapamiętanie. Na drogę. Na moment spotkania, rozdzielającą się, kierunkiem każdego w swoją stronę. Dróg.

Patrzę na przedmiot. Użyteczny, ale niekonieczny w posiadaniu. Moim. Otrzymałem niekonieczność, wymieniłem na zbędność. Ze szczerymi wdzięcznościami. Gestami prawdy o posiadaniu, poza jego znaczenie. Proszę. Weź. Weź i ty. Symbolicznie. Teraz mam. I ty masz. Dziękuję.

Jest mi z tym dziękuję dobrze. Lekko dobrze. Bardzo.

Kategorie
Spokojnie Życie

Czekam na cykliczność

Kończy się zima. Długa, przeciągnęła się na pięć pór roku. Sezon chłodu. Ocieplam się. Sprzątam, wymiatam, myję, układam. Czekam na Zmartwychwstanie. Boga i moje. On powstanie cieleśnie, we mnie odrodzi się duch. Nigdy nie brałem tego na poważnie. Nigdy dotąd nie żyłem jak teraz. Czysto. Prosto. Odwiedzam kościoły, modlę się. Spowiadam, klękam do komunii. Odnawiam postanowienia i decyduję się na nowe. Przyglądam się tylko półkom z ulubioną, płynną obietnicą zapomnienia, co trzeci raz zapalam papierosa, nie sięgam po zakazane. Kupiłem zeszycik. Mały, w kratkę. Uczę się algorytmu oszczędności. Namówił mnie, zesłany Anioł, który zawsze wie lepiej. Nie jest idealnie. Jest trudno, początki nigdy nie są łatwe.

Wymroził mnie chłód wydłużonej zimy. Postarzył. Poszarzył. Poniżył. Wdzięczny jej jestem, mimo braku współczucia. Zdziesiątkowała wielokrotnie szeregi przyjaciół, wskazała nowych, na których mogę polegać. Przestrzegła przed udawanymi. Zaciągnęła mnie na drugi koniec kontynentu, poszerzając horyzont widzenia. Przeobraziła w jałmużnika, zmusiła do myślenia, przypomnienia, przewidywania. Odebrała egoizm, oddała indywidualność.

Wiosna idzie. Powoli. Niezdecydowana. Czekam na nią. Zieloną. Przywracającą życie. Zapowiadającą złociste Lato i wielobarwne pejzaże Jesieni. Z nimi przywitam się, całując je w ręce, wyzwolony z lodowatego objęcia, w które przygarnęła mnie Zima. Czekam na cykliczność. Naturalną.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Urodziny

Moje urodziny przypadają w środę popielcową? Zdziwiłem się trochę. To jakiś znak po ostatnim okresie naprawczo-powracająco-nawróceniowym? Od kilku dni staram się nie palić, palę mniej. Staram się nie pić. I tak mało piję. Nie będę się katował. To ma być wybór, nie przymus. Zaczyna się post. I tak nie jem mięsa. Niewiele jem. Mam 40 dni. Na poprawę, nie na świętość. Będę gotowy na wezwanie.

Wróciłem do mojego kraju, który kochając, równie mocno nie znoszę. Rok temu moje urodziny spędziłem na ulicy, po wydaniu ostatnich pieniędzy. Popielec poleciał. Nawet o nim nie pamiętałem. Dzień przed nimi, stałem się wygnańcem, gdy już nie moja matka, a już nie jej syn, zadzwoniła mówiąc, że nie mam już rodziny, nawet nie odpowiedziałem. Urodziny w samotności. Nie z wyboru, z przymusu. Ze wstydu.

Dzisiaj byłem w kościele. Wybrałem ten brzydki. Słuchałem w spokoju kazania, chociaż powinienem raczej krzyczeć. Próbujcie pogodzić się, godzić się, z bliskimi i tymi, z którymi się poróżniliście. Próbowałem. Chciałem. Wyciągnąłem rękę. Ręce, nogi, całe ciało wygiąłem w nich. Nic z tego. Mam dalej próbować? Już przebaczyłem, zrozumiałem. Mam się spalić na stosie? Udowodnić, że obracając się w proch, w ogniu, szybko, zamiast w ziemi, długimi latami, uznaję moją winę. Wszystkie winy. Jakiekolwiek winy, kogokolwiek. Mam być prochem, którym obsypią sobie głowy Ci, którzy nigdy za nic winy nie ponoszą? Do nich wszystkich mam wyciągać się cały? Ich to nie obchodzi. Przepraszam. Odejdź. Nie chcemy cię nigdy więcej widzieć. Nie chcemy nic o tobie wiedzieć. To nam komplikuje życie. Nie chcemy wiedzieć, co o nas wiesz. To nam odbiera spokój. Im nie jest to potrzebne. Ja to zrobiłem. Nie czuję jednak czystego sumienia. Spierdalajcie. Nic wam po mnie. Spaliłem już dla was lata. Za wiele lat. Pierdolcie się! Po katolicku. Czas na was!

Czytanie przyjąłem spokojnie. (Mt 6, 1-6. 16-18). Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Oddaję ile mogę, nie chwalę się tym, robię to anonimowo. Nie udaję pokuty, nie udaję religijności, nie głoduję na pokaz. Co mam otrzymać? Nic nie chcę. Lepiej niech dostaną to inni, którzy o siebie nie mogą już zadbać, nich to im Bóg pomoże. Niczego nie robię dla nagrody, nawet ukrytej.

Mam jednak postanowienie. Pozostawię je w tajemnicy. Niech będzie anonimowe. Zgodnie z oczekiwaniami Pisma. W moje urodziny.

Kategorie
Spokojnie

Aleia

Aleią zielonych traw, długą, opasującą, idę

potykając się o stopnie, wznoszące ponad horyzont,

daleką i niepoznaną, kwiecistą w wielu kolorach.

Nic.

Słucham wiatru w szumiących liściach, opadających

jesiennie, wiosną rosnących, zapachem lata,

ostatnich wiszących, pod iskrami zimnego lodu.

Nie.

Z wysoka patrząc, aleia się zawęża, zanika

początkiem, wyżej nikle otwiera się poświatą

migoczącą, srebrzyście szeroką w oddali.

Ma.

Aleia. Znaków. Znaczenia.

Kategorie
Psychika Spokojnie

Nie ranicie. Wkurwiacie

Nigdy nie dokończona wymiana myśli z przyjaciółmi. Rozmowy, listy, wiadomości. Z nowymi i tymi od zawsze.  Z takim samym wnioskiem. Tracę czas. Miała być wesoła impreza, zrobiło się smutno.

– Strata czasu. Nie rozumiem?

– Nie rozumiesz. Kierujesz się uczuciami. Nie myślisz o kolejnym dniu. Każdy grosz pali ci się w ręce. Rozdajesz. Utrzymujesz, nie oczekujesz niczego w zamian. Szkoła w Afryce? Przelew. Bezdomni? Biegniesz do bankomatu. Ktoś stracił pracę? Płacisz rachunki, kupujesz jedzenie, dajesz pieniądze. I zawsze po cichu, bezimiennie. Bez wdzięczności.

– Nie potrzebuję wdzięczności.

– Pewnie. Kto by pomyślał? Nie pozwalasz się poznać. Arogant, dumny i bezduszny. Dziwkarz, pijak, niestały, niepewny. Prowokator, gotowy na każde szaleństwo. Który nigdy nie słucha. Gniewny, obrażający, nie przyznający racji. Uciekający od odpowiedzialności. Psychologicznie zaburzony.

– I co z tego? Jestem widocznie taki.

– Jaki? Zmęczony udawaniem. Najbardziej normalny człowiek, którego znamy? Ile kosztuje cię pozbywanie się każdej osoby, którą możesz pokochać? Jak długo potem żałujesz?

– Dlatego staram się nie kochać. Teraz na pewno.

– Od kiedy? Od roku? Co takiego się zmieniło? Przeraziłeś, obrzydziłeś, zgniotłeś. Nikomu z nas nie powiedziałeś, że potrzebujesz pomocy. Bo ty jej nigdy nie potrzebujesz. Nikogo nie chcesz potrzebować. Przyznać, że tak nie jest.

– Mylicie się. Pozbyłem się oczekiwań, których nie mogłem spełnić. Najszybciej, gdy to zrozumiałem. Żałuję jak, żałuję, że musiałem. Za dużo ludzi, za dużo się działo. Szukałem pomocy, w złych miejscach. Przekonałem się. Nie stwarzam pozorów. Nie trudno mnie poznać. I ja za dużo oczekiwałem. Poznania, nie oczekiwania. Zaprzyjaźniam się. Jestem prawdziwy, jak z wami. Tego potrzebuję. To też uczucie. Nim się kieruję. Wy pomagacie tylko sobie i sobie nawzajem. Ja oddaję. Nie widzicie różnicy. Wy tylko zbieracie. Ja też się starałem. I zostałem z niczym. Tak miało być. Tego się spodziewałem. Zawsze mogę zebrać, więcej niż wy, razem. Ale nie sam. I wiecie o tym. Już to zebrałem i oddałem. Tak chciałem. Uczuciami się kieruję? Zawsze. Ale choć tak jest, nie jestem takim jak wam się wydaje. Wiem ile mogę. Ja oddam, wam mogą tylko zabrać. Ja zbiorę, was pozbawią. Ja zbiorę w wielu miejscach, wy znacie tylko jedno.

– I co teraz? Jesteśmy przyjaciółmi. Szczerzy. Ranisz nas.

– Tak. Jesteśmy. Jestem szczery. Nie czuję ran. Nie ranicie. Wkurwiacie.

Kategorie
Pamięć Spokojnie

Gdybym Cię nie kochał

Było by tak łatwo, gdybym Cię nie kochał. Nie było by zawodu, zabijania kochania na siłę, narzucania zawodu, którego nie było i być nie powinno. Poświęciłem kochanie, dla dobra niekochania. Poświęciłem przyjaźń, dla dobra jej braku. Pozostałem bez obu. Pozostałem bez Ciebie. Nawet nie wiesz jak mi z tym źle.

Nie obwiniam Cię, że Cię nie ma. Nie miało Cię przecież być. Byłaś. Stałaś się, nie wyczekiwana, nie znana, nie spodziewana, na krótko moja. Na długo wytęskniona. Czas pomaga zapomnieć. Pamięć nie pozwala pozbyć się gestów, głosu i słów. I niech tak pozostanie. Pamięć nikomu nie szkodzi, nikomu nic nie zabiera.

Myślę często o Tobie. Boję się często o Ciebie. Zawsze dobrze Ci życzę. Szkoda mi kochania, szkoda mi przyjaźni i wiedzy, że jesteś. Tak zadecydowałem. Za szybko, na zawsze. Mogę winić tylko siebie. Musiało tak się stać, gdyby nie musiało, pozostała byś, mimo moich zabiegów, aby tak było.

Gdybym tylko Cię lubił. Nie było by zawodu. Nie zabiłbym w Tobie uczuć, które powinny pozostać. Myślałem, że będziesz jedną z wielu. Okazałaś się jedną, o którą nie potrafiłem się starać. Uciekłem przed Tobą. Za dużo tego kochania, myślałem. Nikt mi tego nie podaruje.

Zawód zamienia się we wspomnienie. Coraz milsze i spokojniejsze. Zaczynam się cieszyć, że byłaś, zamiast żałować, że Cię nie ma. Kochanie zamienia się w serdeczność. Serce bije mi radośniej. Dla Ciebie, na myśl o Tobie. Pozostaniesz we mnie. Na zawsze. Dobrze.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Pory roku

Wiosna nie nadejdzie!

Pozostanę w chłodzie?

Otrząsnę się,

Odtworzę.

Będzie znowu lato?

Ciepłe i znośne za to,

Że zapominam?

Bo tylko je mam?

Zimowo.  Bez nazw,

Miejsc i obaw.

Tu i tam,

Wiedząc. Sam.

Zobaczę cię? Jesienną?

Niepewną?

Wiem. Nie zobaczę.

Nie patrz. Zapłaczę.

Pocałuj je.

Ode mnie.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Nie zawiodę

Co się dzieje? Czym zasłużyłem sobie na przyjaciela, który mnie rozumie? Czy wybaczono mi, gdzieś, gdzie nawet boję się spojrzeć, wysoko? W głębie mojego szaleństwa, które porządkuje się z chaosu w układ kolorów tęczy. Dlaczego nie spadam już w przepaść? Skąd ta ręka, której nie poznając dotyku, uchwyciła i trzyma mnie mocno. Dlaczego rozumiem, to co dotąd nie było zrozumiałe. Gdzie mój egoizm, gdzie poczucie, że wiem, chociaż nie wiedziałem niczego?

Nie oczekuj, mówię sobie. Ciesz się. Nie każdemu jest to dane. I tak jest. Tak się staje. Powolną wymianą, uleczającą rany, zadane sobie i przez kogoś. Mnie i przyjacielowi. Od przyjaźni zaczyna się wszystko, co może nam być dane. Nie zakłamane, w przyjaźni nie ma miejsca na kłamstwo. Przyjaźń nie ma miejsca, czasu, gdy się zacznie, zdaje się trwać wiecznie, od zawsze.

Mój przyjacielu. Wybacz, że mogę czasem Cię rozczarować. Że mogę być niezrozumiały. Że mogę być zachłanny. Że będzie mnie czasami za dużo. Będę się starał, aby tak się nie działo. Nie zawiodę.

Krótko. O przyjaźni nie trzeba pisać wiele.

Kategorie
nieznane Religia Spokojnie

Anioł. Raz jeszcze

Mój anioł jest krwisty, poszukujący. Z prochu jest jak ja, jednak odmiennego. Kobiecego, z domieszką pyłu najszczerszego słońca i lekkości śnieżnej bieli. Zna mnie już lepiej, niż ktokolwiek dotąd. Nie mam przed nim tajemnic. Na wylot mnie poznaje. Razem z Bogiem się mocują, o moją duszę, która w potępieniu trwa od pierwszego oddechu ciała, które zamieszkuję. Nie wiem co wskóra? Nawet jeżeli nic, Anioł dodaje mi sił, teraz, kiedy już ich brakuje. Czy Bóg się na mnie nie wypnie? A gdyby? Przestanę zawadzać. Tak też można się pocieszyć. Czy Anioł jeszcze pozostanie, czy odleci w niepojętość? Nie znam anielskich myśli. Znam tylko swoje.

Anioła nie łatwo jest spotkać. Zaskoczę. Spotkałem ich kilku. Szukającego nigdy dotąd. Tamte były wysłane, ten pojawił się sam. Znikąd, przypadkowo. Szukał spokoju, znalazł mnie. Trzewia podziemne, błoto, smolisty kolor tymczasowości, przypadłości przyziemne. Anioł ma coś ze mnie. Rozumie mnie dobrze. Nie pochwala. Jedynie czuje. Na tym kończy się podobieństwo.

Można żyć w dwóch światach równocześnie, dobrym i złym. Trzeci, neutralnie bursztynowy, moim nigdy się nie stanie, ale tylko tam mogę spotkać Anioła. Ja wyłaniam się z czerni, czekam w półcieniu, z jasności wyłania się ona. Stoimy o krok od siebie. Falujące skrzydła, nie rażą czystością, moje pożyczone w piekle, wygładzają się. Nie wiem jak je rozpostrzeć. Na szczęście. Tam rozmawiamy o sobie. Ona, że jednak można się wznieść. Ja, że można powstać, ale unieść się nie sposób. Ona przypomina mi o Księgach, ja jej o książkach. Wiem, że nie przekonam, nie chcę przekonywać. Anioł to wie i zawsze daje mi szansę. Zawrócenia. Bóg Anioła musi być z niego dumny. Anioł ma zdolność mówienia Jego głosem. Nie grzmi, treluje, oddaje siebie. Zachwyca. Gdyby nie ten głos, którego znam źródło, nie mógłbym się przebudzić, na pewno na długo.

Codziennie proszę, połamaną modlitwą, o to, by Anioł pozostał Aniołem, ale też pozostał ziemski. Gdy odleci, nie pomoże. Mnie wzrastać. Innym nawiedzanym? Unieść się ponad. Nie sztuka być Anielskim. Wyzwaniem jest oddać. Anielski czar. Który zanika. Jak dobro i jak zanika zło. Rozrasta się brąz. Liszaj trywialności.

Kategorie
Spokojnie Życie

Anioł

Co za dzień. Przedłużył mi się weekend. Zrobiły się mini wakacje. Wreszcie poszedłem na rolki. Półtora miesiąca przerwy. Wczoraj były konie, poobijałem dupę i musiałem się prostować, ale na dupę mam ochraniacze, na garba kupiłem korektor postawy. Wyciągnęła mnie Margo, którą nazywam już jej imieniem. Wyrwało mi się przy jej ojcu. Zrobił wielkie oczy. Zapytał czy jesteśmy wreszcie parą? Chyba go rozczarowałem. Zaprzyjaźniamy się, tylko tyle. Nie będziemy. Dziwnie się rozmawia o takich sprawach, z facetem w tym samym wieku co ja. Margo straciła matkę w dzieciństwie. Wychowywał ją i jej siostrę. Zawsze sam. Wiedzą o sobie wszystko. Zazdroszczę. Są inni, zupełnie inni niż ja. Wydawało mi się, że jestem nowoczesny. Okazuję się być staroświecki.

Kilka dni minęło odkąd się obudziłem. Stało się. Pomiędzy nocą i jawą śnię. Źle. Dobrze? Nie boję się, że znowu zasnę, ale intensywność jest przytłaczająca. Myśli przestały się lać, stały się wodospadem. Mam jednak Anioła, którego nie znam. Znam tylko imię anielskie. Uczy mnie o mnie i o sobie. Anioła się obawiam. Nie mam takiej wiary, nie mam takiej siły. Nie mam nic, co mogę dać w zamian. Anioł uczy mnie pokory. Wiem, że nie jest idealny, ale jest o tyle bliżej Boga, o ile ja jestem od Niego oddalony. Przypomina mi o Nim. Jest jak z wiersza Rilkego, zwiastuje. Anioł jest ziemski, z krwi i kości, fizyczny, dosłownie i dorozumianie, mimo to jest skrzydlaty. Wznosi się ponad skrzeczenie świata. Opowiada mi co słychać na Górze i o widoku, którego nigdy nie poznam. Uspokaja i życzy. Moja kontemplacja jest inna. Przy Aniele stoi Syn, który zawsze jest dla mnie tylko człowieczy. Przy mnie nie stoi nikt. Czasem pojawia się Ojciec, wyciągający rękę, i Duch, który oświetla mi drogę powrotną, gdy już potykam się na manowcach. Przebłysk Geniuszu i znika. Anioła Ktoś prowadzi, prostuje ścieżki, nie każe doświadczać, czego można było uniknąć. Znowu zazdroszczę.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Cały ty, kurwa

Żle się to czyta. Pokrojone i ocenzurowane.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to motłoch. Piliśmy, ja pierwszy raz od miesiąca, większość chyba wcale nie trzeźwiała. Graliśmy w bilard i pingla, w szpitalnej kiedyś kaplicy, gdzie na ścianie, za ołtarzem stoi oparty krzyż. Nielegalne party. Było nas co najmniej sto osób. Polacy, Czesi, Ukraińcy, Hiszpanie, Portugalczycy, Rumuni, Słowacy, nawet Włosi i Belgowie. Pijana pijaczka, z pokoju obok, przyniosła szachy, grała doskonale. Myślała. W tym stanie ogrywała, mniej więcej jak ja, wbijałem bile w dołki. Nie celując, wygrywałem. Zniszczona. Na pewno kiedyś inteligentna. Nawet na swój sposób ładna. Obściskiwała draba, z którym mieszka od paru dni. Kocham cię. Podsłuchałem. Już? Jutro przenosi się do niego, z Holandii. Muzyka? Moja żono, kocham cię! Disco Polo, czy weselna muzyka? Waliło z poklejonego czarną taśmą, wielkiego głośnika, należącego do kolesia z pustymi oczami, połączonego z telefonem, niewidzialnym bluetoothem. Nigdy tego nie słyszałem. Brzmiało źle. Wybrzmiewało skrzekliwie. Miałem tańczyć. Tańcz ze mną, mówiła mi jakaś dziewczyna, ładnym angielskim w chwili ciszy i obejmowała moje plecy. Czułem ciepło, dłonie na ramionach, wtuloną głowę, twarde piersi. Wygodnie się ułożyła, pomyślałem, przyjemnie. Szkoda, że to nie ktoś inny. Pocałunek w szyję, namiętnie długi. Wessała mi się w kolczyk na karku. Zamarłem. Przecież nie będę się wyrywał. Nie poruszyłem się. Nie umiem, odpowiedziałem, jestem żonaty, skłamałem przekrzykując, twoje oczy zielone. Mnie to nie przeszkadza, usłyszałem w prawym uchu, podobasz mi się. Też mam kolczyki, w łechtaczce i pępku. I mam zabawki. Przyjaciółka pojechała do domu, chodź ze mną na górę! Mnie przeszkadza, musiałem powtórzyć, krzycząc kilkakrotnie. Odkleiła się wreszcie. Bardzo powoli. Nie wiem która to, nie odwróciłem się. Odetchnąłem. Ulga.

Przyszedł, do mnie mój znajomy imiennik, który wie o mnie za dużo, kręcił głową. Widziałem, z daleka, był wściekły. Zwariowałeś, zapytał? Bo co? Wyciągnął mnie na korytarz, za łokieć. Zostaw mnie kurwa, to boli. Zaraz zaboli, jak ci złamię nos. Wiem że był bokserem, nie chciałem się przekonywać, czy mówi poważnie. Co ty odpierdalasz? Sapał i szarpał za koszulę. Był pijany. Ta Słowaczka chodziła za tobą, krok w krok. Ty nic. Stoisz jak posąg. Podobno już się odkochałeś? Belgijki nie chcesz, menadżerki z tej twojej knajpy nie chcesz, ostatnio spotkałeś tam zajebistą laskę, nie chcesz, zjebałeś to, w dodatku specjalnie. Bo ma na imię jak twoja matka? Po co brałeś od niej numer telefonu? Wiem, że cię to gryzie. Nawet słowa o niej nie powiedziałeś, cały miesiąc. Poleciałeś do niej, do Wrocławia i nawet jej nie spotkałeś. W ogóle już nie śpisz. Przecież ja to widzę. Architektce na ostatniej budowie powiedziałeś, że jesteś gejem. Dziewczynie ze sklepu tak samo. Siostrze mojego kumpla kazałeś zabrać rękę, bo ci ją położyła na udzie. Aż podskoczyła, czerwona jak rak. Trzeba było z nimi nie rozmawiać. Nie patrzeć, nie okazywać zainteresowania. Albo za młode, albo za stare. Nie chcesz Polek, nie chcesz nie Polek. Jak pijesz to ci przeszkadza, że ktoś nie pije. Nie pijesz, ktoś pije za dużo. Tylko powtarzasz, że nie chcesz nikomu robić krzywdy i chcesz być sam. Robisz krzywdę sobie. Dlaczego się nie przyznasz, że jesteś dobry? Myślisz, że nie wiem, że pomagasz bezdomnej murzynce? Widziałem jak zanosisz jej jedzenie i dajesz kasę. Pytam jeszcze raz. Odkochałeś się, czy nie? Nie wiem, odpowiedziałem. Nawet, czy byłem zakochany. Nie chcę być sam. Chcę? Chciałbym mieć wszystko wspólne jak ty, z twoją z żoną, nie mieć tajemnic, jakichś głupich tabu. Zamilkłem. Na dobre. Cały ty, kurwa. Wydarł się na mnie. Potrafisz napierdalać jak nie potrzeba, jak potrzeba cisza. Nie pójdziesz z tą Słowaczką? Nie. Wolisz walić konia? Nie odczuwam potrzeby. Sam sobie zwal. Poszedł. Ja też, na długi spacer. Bezmyślny, bezsłowaczny. Bez czegokolwiek i kogokolwiek. Tylko z normalną muzyką, w obu uszach. Wróciłem rano.

Kategorie
Bez kategorycznie Spokojnie

Mail

Dzięki za maila. Przeczytałem z uwagą. Trochę mnie wzruszył. Szczerością. Tym mocniej, że nie był to mail anonimowy. Odpowiem tak, jak dotąd piszę. Tutaj, bo odpowiedź jest uniwersalna. Po to właśnie jest ten blog. Ma poruszać to, co jest gdzieś głęboko ukryte. Prościej, słabości ukrywane wstydliwe. Rzecz w tym, że nie bardzo jest czego się wstydzić i co ukrywać. To nie są wcale słabości. Nam się wydają słabościami. Są cechami charakteru, jaki mamy i jest nam wspólny ze wszystkimi, których znamy i nie. Tylko proporcje są różne. Te proporcje czynią nas unikalnymi. Nie tylko genetyka. Z tych niezrozumianych cech, bywa że na zawsze, uznanych za słabości, wykuwamy zbroję, która ciąży i maskę, która ogranicza nam pole widzenia. Nie warto. Im szybciej je zrzucimy, tym łatwiej nam jest żyć, własnym życiem, nie tych, którzy narzucają nam wizję, nie nas samych, ale wyobrażeń o nas. Oni też noszą swoje maski. Wiem, że to spowoduje ból i ogromne zamieszanie. Lizanie ran jest częścią tego procesu, dochodzenia do siebie. Przynajmniej na początku. Potem jest coraz łatwiej. Nie czujemy, że szukamy aprobaty, uznania w czyichś oczach. Stajemy się niezależni. Stajemy się partnerami na równych prawach, na tych samych zasadach. Nie jesteśmy sztuczni i nieprawdziwi. Pojawia się szacunek do samych siebie. Nie musimy być przez wszystkich lubiani i podziwiani. Wystarczą ci, którzy naprawdę nas polubią i podziwiają za wysiłek włożony w osiągnięcie założonego celu, nie adorują, stawiają na piedestale. Jeżeli nie potrafimy szanować siebie, nie będziemy nigdy szanować innych. Jak z miłością. Jest takie, Nowe Przykazanie. A szacunek powinien przynależeć każdemu. Jeżeli ktoś nie będzie szanował nas? Możemy go olać. Mętnym sikiem szacunku, który im jest należny. Gorzej jest jednak, gdy z siły, którą w różnej formie posiada każdy, ukuli byśmy broń, którą będziemy ranić innych, dobijać. Znam takich ludzi, zaszytych w metal od stóp do głów, dzierżących miecz destrukcji. Jedno ostrze krzywdy, drugie poniżenia. Taką osobę musiałem pozostawić samej sobie. Nie jest pierwszą, której oddałem dużą część, nie wiecznego przecież życia. Takich ludzi trzeba rozpoznawać i unikać. Czasami musimy odrzucić. Odepchnąć. Nawet jeżeli wydaje się nam, wiemy, że pojawia się szansa, na szczęście i wzajemność, przyjaźń. Przykro to napisać, ale jest kilka miliardów ludzi na świecie i tych szans zdarza się każdemu całe mnóstwo. Tym więcej, gdy jest w nas coś, co sprawia, że jesteśmy z jakiegoś powodu atrakcyjni. A atrakcyjny jest każdy, tyko nie każdy jest tego świadomy. Szanse powinniśmy wykorzystać, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi. Nie gotowi, zmarnujemy szansę. Lepiej jej nie szukać w takiej sytuacji. Czasami musimy odepchnąć, bo wiemy, że nie odpychając, dajemy szansę, nie nam, która dla nas będzie męką, zmuszania się do bycia czyjąś. Czasami odpychamy zupełnie niepotrzebnie. Ze strachu. Nie powinno się jednak odpychać kłamliwie. Udając kogoś kim się nie jest, nie okazujemy tym samym szacunku. To nie jest odepchnięcie, to nie my odpychamy, ale ktoś, kogo nie ma. Skutek jest natychmiastowy. Ale czujemy się podle, nawet nie możemy przeprosić, bo ktoś nawet nie wie, kto przeprasza. Niełatwe, ale wówczas musimy wybaczyć sami sobie. I żyć z tym. Inaczej zje nas poczucie straty. Trzeba przeczekać. Aż pojawi się wspomnienie, kolejne ze wspomnień. I spokój. Życzyć powodzenia utraconym szansom.

No i hipotetycznie: dwie szanse muszą się spotkać we właściwym czasie, aby zaiskrzyło i zlały się w szansę wspólną. Wtedy cienie się rozjaśnią i wyjdziemy z pieczary. Uwolnimy się i jak w platońskiej wersji, przejrzymy na oczy. Jeżeli nie, trzeba czekać. I ryzykować, ze skutkiem oczekiwanym, albo nieprzyjemnym. Cieszyć się czasem, pomiędzy jedną wtopą, a następną. Nie wycofywać się. Trwać. Niepewnym, ale otwartym. Prędzej czy później się trafi, prawem rachunku prawdopodobieństwa.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Bez kategorii Spokojnie

Tą i Tę

Czekam na Ciebie, zawsze będę.

Nie muszę Cię już kochać,

Nie muszę tęsknić i pożądać,

Czekania jednak się nie pozbędę.

Nie wiem czy wiesz, że to dla Ciebie,

Jestem w miejscu mrocznym, smutnym,

Czekając na wschód, słońcem jasnym,

Gdy myśląc o tobie, będę zbierał siebie.

Odmieniło mi się serce, na dobre.

Masz w nim miejsce, ciepłe, zapamiętane,

Takie na zawsze, trudne, nie poukładane,

Zachowaj je, zanim zapomnę o Tobie.

Nie mam wyboru. Pomiędzy Tobą,

Którą zawsze będę nazywał Tą.

I inną, którą nazywam właściwą,

Tę, która kiedyś mnie pomieści obok.

Kategorie
Spokojnie

Pozostanę anonimowy

Przedziwne jest to, co czuję. Spierdoliłem kolejną szansę, na po połowie mojego i czyjegoś szczęścia. Jednak odczuwam ulgę. Bardzo dużą. Za dużo tych szans. Strach przed porażką zbyt głęboko wrył mi się w mózg. Może to gówno psychiczne, pomaga mi podjąć właściwą decyzję? Może nie decyzje. Instynkty. Uciekaj. Nie krzywdź już więcej. Nie spodziewaj się. Nie poradzisz sobie. Nigdy nie radziłeś. Niezupełnie, los zabrał mi skandynawski ruch taneczny, serce diamentowe, złotowłose, błękit oddania i dziecko. Potem nigdy nie było tak samo. Był klik, był zgrzyt, była świadomość, ze nie zawsze mam farta i zasmakowałem we włoskiej odmianie Kamasutry. Było łatwiej niż rozmawiać. O śmiertelności i ciele malutkim, twardym jak lód. Prosto z lodówki. Zamiast było słońce Lombardii. Niezobowiązujące kłamstwo, dokąd nie usłyszałem, ti amo. Wolałem, rakasta sinua. Tak jak teraz wolałbym, kocham cię. Odpychanie jest niezwykle skuteczne. Nagle czuję, zaraz, no niedokładnie, potrzebuję nieco czasu. Nie czuję. Tak sobie nakazuję. Wali mi się świat. Im szybciej tym lepiej. Zgnieść i zniechęcić. Spada. Świat się nie zmienił. Gdy spadam, zawsze niebo jest boskie. Na końcu się przyznaję. Jestem kurwą, która odda się za chwile spokoju.

Zadziwiającą dziewczynę spotkałem. Nie pierwszy raz. Nazwała to pisanie, pamiętniczkiem. Miała rację. Nie Pamięcią. Niczym. Pamięć o niczym. I może się z tym zgodziłbym, gdyby nie to, że pomimo naszych wymian zdań. Grzecznych. Słyszałem Wy. Zostałem zdegradowany. Nie ośmieliłem się zwrócić uwagi. Zapytać. Czy mogę powiedzieć, a wy co? Także jesteście podobne. Wiem z czego to wynikało. Ja czekałem na nią wypatrując, ona zawiedziona była, że nie do niej się odezwałem. Lecz do Tej. Dziewczyna zrobiła swoje. Ta nie była Tą. Ta była tylko Tą dla mnie. Dziewczyna pozostała by sobą. Tej chciałem bronić. Ta stała się tą i w moich oczach. Za późno. Miało być droczenie, stało się męką. Szybko się uczę. Wnioski często poniewczasie. Za dużo myślę. Uczę się też po czasie. I rozmawiam. Powiedziałem Skandynawce o dziewczynie. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Coś ty zrobił? Ten sam scenariusz. Nie mogłem dziewczynie powiedzieć. Odkąd moja przyjaciółka przestała być moją żoną, nie spotkałem nikogo podobnego do niej. Nie chcę abyś czuła, że jesteś drugą. Nie mogła byś. Dla mnie wszyscy są pierwsi. Jak i ja nie lubię być kolejny. Podobieństwo jest przypadkowe i też to co odczuwam. Kilka sekund. Wiem. Przez dwadzieścia lat wiedziałem, że nie, nie i nie. A tu wiedziałem, Tak. I się przeraziłem. Nie byłem przygotowany. Przygotowany tylko na to, Nie. W tym Nie zanurzyłem się jak pierwsi chrześcijanie. Tylko nie w tak, a przeciwności. Potem trochę piwa, nie trochę. Bardzo piwnie. Przypominam sobie koszmary, poczekam niedługo i jak protagonista, mogę wywołać stan. Toksyczny. I mam wiatr chamstwa w żagle. Niesie mnie. Po oceanach zwątpienia. Moja cudowna Finka zapytała. Przytulił byś ją tak samo? Chyba bardziej. Jest przecudna? Tak. Przecudowna. Takich ja Wy jest niewiele. To przytul. Nie mogę. Planowo się tego pozbawiłem.

Piszę to w pociągu. Warszawa-Wrocław. Przedtem samolot. Bruksela-Warszawa. Przejdę się przez Miasto. Kupiłem bilet do opery. Odchamię się. Mój krewny był tam śpiewakiem. Wystarczy nazwisko. I drugie. Jego córki. Podwójne jak moje. Klękające polskimi kompleksami. Nie żyje już nasza skrzypaczka. Chciałem, aby zagrała na moim ślubie. Tym katolickim, którego nie miałem. Pójdę coś zjeść w restauracji, którą wypatrzyłem. Zjem co mam zjeść, bez dziewczyny, sam, a wiem co lubi. W nocy pojadę do Warszawy. Znów samolot. Nie musiałem, nie że szkoda biletów. Żal głosu i słów. I wrócę. Już nie tylko do kabli. Otwiera się czas. Mój. Wreszcie. Gdybym spotkał nadzieję, nie mówiłbym kodem. Nie jak teraz i nie jak jej ojciec, który każdego ma za głupca. Nadzieję też. Nie mówcie nikomu nigdy, że są głupi, nawet jeżeli są. Głupota nie jest kwestią gustu. Jest głupotą tylko, lub stanem. Głupcami jesteśmy wszyscy. Kod nie jest kodem. Jest grą słów.

Pozostanę anonimowy. Blogerka Agnecha ma racę. Pozbawię się siebie samego. Bez zaglądania w mój własny kawałek ziemi, nie mój, ten pod nogami. I to było by nieuczciwe, jestem sprzed, jak z po.

Kategorie
nieznane Spokojnie

Dziewczyno

Patrzyłem i patrzyłem. Wychodziłem i czekałem. Przypatrzyłaś i patrzyłaś. Wychodziłaś i czekałaś. Nigdy w tym samym czasie.

Pochyliłem się nad Tobą. Wiem jak pachniesz. Gdy dawałaś mi numer telefonu. Potem zapytałaś czy powiem prawdę? Powiedziałem. Nie że Cię znam? Znam. Tylko z widzenia i nadziei, że będziesz to tylko ty.

Powiedziałaś. Nie jestem łatwa. Jestem prosta. Spotkamy się w połowie kroku. Jestem prosty, żyję nadzieją, to czyni mnie łatwym. Za bardzo.

Ten przeklęty Bunkier. Gdzie Tej, której tak nie lubisz, chciałem powiedzieć. Nie zrozumiałaś. Nie mogę cię czcić. Gdzie tobie. Podałbym tysiąckrotnie rękę. Oczy nigdy nie kłamią, krok potwierdza prawdę. Zapamiętuję spojrzenie, krok potrafię odtworzyć.

Mam zbyt delikatny głos? Potrafię nim zadźwięczeć jak drzwon. Ty masz silny. Bojący się mnie. Zagadywałem. Boję się Ciebie. Boimy się siebie nawzajem. Może się ośmielimy? Nie byliśmy aż tak pijani, aby obudzić się obok siebie. Nieznani. Ja bym tak nie chciał. Mam wrażenie, że nie chciałabyś i Ty?

Spalam się nieznana i znana dziewczyno. Z imieniem, które muszę przetrawić. Masz na imię jak osoba, która tak zdrobniale nazywana, jest moją niechęcią, nienawiścią. Karą, przekleństwem. Katem i strachem. Nie będzie łatwo. Nie przyzwyczaję się. Nie polubię matki.

Rwie mi się serce do niepoznanego. Do Tak. Tak, chcę znać. Bo wyobraźnia to nie życie.

Pięknaś. Duchem i ciałem. I podobna do mnie sprzed czasu, gdy zrobiłem czego nie planowałem. A jeśli nie? Nie umiem się mylić aż tak bardzo. Czas leczy rany. Czas kwieciem koloruje łąki. Umaję Cię.

Publikuję. Muszę. Dziewczyno.