Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Za

Zmieniam tabletki,

Jak skarpetki.

Miałem zielone,

Białe, mam czerwone.

Na dzień, na sen.

Na witam i żegnam.

Od A, do Za.

Kategorie
Pamięć Toksyczny

I nie ma

Dwie godziny. I nie ma moich kolczyków. Prawie. Zostawiłem te niewidoczne. Z widocznych zostały jedynie wypełniające miejsca przestrzeni. Poddałem się więc. Założę je znowu, gdy pozwoli mi na to olanie drobnomieszczańskich opinii kraju, w którym postanowiłem żyć po raz kolejny, urodzenia. Czuję się jak zdrajca. Kłamię znowu. Będę musiał, że nie jestem kim jestem. Będę taki jak inni. Uśrednię się. Zasadniczo. Pełnią. Oczekiwaniami. Nie usłyszę, nie pasuje, myślę że zwariowałeś. Skończy się na jakiś czas moje milczenie. Zawstydzające. Ja nie oceniam kim jest ktoś. Jaki, jakim byłby, jakim jest w momencie bycia. Gdy już spoczywa, kilka stóp pod zabetonowanym pomnikiem egoistycznych potrzeb bliskich, w miejscu zapomnianym, bezimiennie zarosłym. Nie brakuje mi umiejętności odpowiedzi. Tych kłująco niechętnie słuchanych. Nie skorzystam z nich. Pozwalam sobie na słuchanie. To wystarczy. Musi wystarczyć oceniającym mnie nisko. Wyceniających się wysoko.

Po dwóch godzinach popatrzyłem na siebie. Na twarz. I na szyję z różańcowymi cząstkami kryształu. Tego nie zdejmę, chociaż naprawiałem już tyle razy, rozdarcia w wielu miejscach. Założyłem nowy krzyżyk, w zamian zagubionego w niemytym kiblu, na belgijskiej budowie. Może kiedyś odnajdzie go, jakiś badacz zwyczajów, udomowionych niewolników, robotniczej rzeszy, sprzedających się za bezpieczeństwo, zrzucone z pańskich stołów?

Teraz czas ruszyć za przeznaczeniem. O was wszystko, o mnie tyle, bym nie upadł najniżej. W NM, w nieznanym, płytko wykopanym grobie. W sam raz dla takich jak ja.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Zostaw to. Fuck!

Jezu, pomyślałem sobie. Jaki ja jestem bezgranicznie głupi, jaka jesteś bezgranicznie głupia, głupi też. Jezu. Tak pomyślałem. Ile razy dotąd tak pomyślałem, o ilu? Martwię się, że za wiele i o za wielu. Ile razy pomyślał ktoś tak o mnie? Wolę się nie zamartwiać. Za wiele głów byłoby do liczenia. I nie tylko głów. Cóż? Mea culpa.

Siedząc w nieswoim domu, wykonując nie moją pracę, czytałem nieswojo ostrzeżenie, doręczone mi po raz, nie pierwszy. Art. 190a §1 kodeksu karnego. Jestem stalkerem? Nie czytałem sam. Pokazałem i przetłumaczyłem. Ona ma rację. Powinieneś się wstydzić. Robisz to złośliwie, sprawia ci to satysfakcję? Nie pytaj, przestań się kontaktować, tylko dlatego, że możesz. Ten angielski z francuskim akcentem. Uśmiechnąłem się. Belgijka ma rację. Wstyd mi. Ona się nie ukrywa jakoś, wręcz przeciwnie. Moja próba wyjaśnienia. Nie przed tobą. Jesteś tak głupi, że nie rozumiesz, że się narzucasz? Zepsułeś co miałeś do zepsucia. Daj ludziom żyć. Nic nie zyskasz, psujesz jeszcze bardziej. Ktoś cię postrzega tylko przez upór, nie kim jesteś. Chcesz naprawiać, a niszczysz resztę czyjegoś szacunku i dobrych wspomnień. Opary miłości, tylko waszej i niezręcznej. Dla niej szczególnie, po to cię starszy, chce się ciebie w końcu pozbyć, nie rozumiesz? Ja bym ci łeb urwała! Jej też. Niszczyciele. Nie jesteście wyjątkowi, tylko żenujący. Ona się stara zakochać, ty nie kochać nikogo. Oboje niespełnieni. I jeszcze się podglądacie. Nieszczerzy. Łatwo było powiedzieć nie i dalej szukać. Chciałem wyjaśnić… Przekroczyłeś granicę wyjaśnień. Zrobiłeś jej to świadomie. I sobie. A dziecku? Jesteś durniem. Przestań. Przecież tak naprawdę życzysz jej dobrze. Życz jej, ona i tak o tym wie. Nie jesteś aż takim gnojem, jak o sobie myślisz. Ona wie. To wystarczy. Zostaw to i wszystko inne. Dla jej dobra. Kropka! Chodź. Idziemy na piwo. Musisz się napić, bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie na Kazimierz. Fuck! Gdziekolwiek. Pójdziemy gdziekolwiek. Nie martw się, zapomnisz w końcu.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Toksyczny Życie

Przepraszam siebie

Upadek i upadki. W pogoni, jak zwierzęta w rui. Nic nowego. Moje. Znowu wydałem i rozdałem co miałem. Nie zamieszkałem na ulicy, nie wynająłem śmierdzącego hostelowym potem piętrowego materaca. Zasypiam i budzę się w samochodzie, który zdążyłem kupić, zanim zamieniłem go na kilka tysięcy grejpfrutowych małpek, stówki wkładane w kieszenie potrzebujących, paczki dla tych, którzy nie mają nad sobą nawet dachu jaki mam ja. Nie wytrwałem, nie zorganizowałem się na czas. Miałem wyjechać. Po raz kolejny chciałem zakończyć ten przewidywalny ześlizg końca, końcem ostatecznym. Nie zakończyłem. Powiedziałem. Zostałem ukarany. Nie widuję już dziecka, dla którego pozostałem. Mam się ogarnąć. Ogarniam się. Nie piję. Ciężko pracuję. Sprzątam czyjeś domy. Przyglądam się roztropnym, którzy mają rodziny i domy. Mogą wstać i się umyć. Wstać i się wysrać, spuścić wodę. Nie parkować, niedaleko otwartego wychodka. Nie wiedzą jakie to nienormalnie normalne. Nie kąpać się na dworcu, udając podróżnego, albo zastosować technikę nawilżonych chusteczek. Ogolić się, nie używając kubka z gazowaną wodą i wstecznego lusterka. Uczesać czyste, nie odświeżone włosy. Zagotować wodę na herbatę. Rozprostować wygodnie nogi, zamiast podkurczać je, oparte o drzwi samochodu, z zawieszonymi marynarkami i kurtkami, tak aby nikt nie zauważył, że ktoś w nim, na tylnym siedzeniu, stara się odpocząć. Zastanawia się jak naładować komputer, aby nim naładować telefon? Ile dni można nosić skarpetki? Czy jeszcze kocham, czy już zapomniałem?

Oszczędzam, prawie każdy grosz. Muszę coś wynająć. Stać się znowu, zwyczajnie stać się. Udaję, że jest ze mną wszystko w porządku. A nie jest. Wrzody rozsadzają mi żołądek. Jestem na diecie. Mięsnej. Wegetarianin. Pszenny chleb i najtańszy pasztet. Przynajmniej to łatwo trawię. Marzy mi się ciepła zupa.

Modlę się. Nie dlatego, że trwoga do Boga prowadzi. Modlę się tak samo jak chwilę temu, gdy było zwyczajnie. Spowiadam się. Przyjmuję komunię. Proszę. Staram się i czekam. Mam małe potrzeby. Uczę się. Nie myśleć już o wielkości. O kolejnym niewielkim postępie. Bóg mi pomaga. Zawsze pomaga. Zaczynam to rozumieć.

Jestem w dobrym nastroju. Wiem, że to dopiero początek. Poprawy. Nie czuję złości. Nie gniewam się. Nie mam pretensji. Nie rozczulam się. Nad sobą. Staję się sobą. Uczciwie. Ufnie. Poddałem się, aby się nie poddać. Nie przepraszam innych. Przepraszam siebie.

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć sie kolwiek dzieje:

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,

Jako prze zimne czasy

Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,

A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie,

Ten śnieg z nienagła zéjdzie

A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,

W rozliczne barwy znowu sie odzieje.

Nic wiecznego na świecie:

Radość sie z troską plecie,

A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,

W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje,

Gdy mu sie dobrze dzieje;

Więc też, kiedy go Fortuna omyli,

Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie

Serce ma być jednakie;

Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi,

To da, to weźmie, jako sie jej widzi.

Ty nie miej za stracone,

Co może być wrócone:

Siła Bóg może wywrócić w godzinie;

A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.

Jan Kochanowski, Pieśni, Księgi wtóre. Pieśń IX

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Trędowaty

Trzymać się z daleka. Zapomnieć. Przestać podglądać. Obco i bez przyjemności. Wymuszając emocje. Zapomniane. Na siłę, przekornie, szkodząco. O co chodziło? Co było? Czego nie ma?

Podłe uczucie. Samopoczucie. Pielęgnuję chorobę. Samookaleczam. Dręczę. Nie pozwalam na spokój. Ratuję się, upijam. O czym zapomniałem? Kim byłem? Kim się nie stałem. Kim jestem, pozostałem?

Podlewam uschnięte drzewo w zimowe wieczory. Właśnie dlatego, że go nie wskrzeszę. Mój Łazarz pozostanie martwy. Taka jest kolej przemian. Będę go wspominał. Naturalnym biegiem historii.

Przekonuję się, że warto. Tak postępuję, trzymając się zasad. Wysypując z dłoni popiół czasu przeszłego. Zebrany ze stosu niepowracalnych dni. Wiernie. Wiedząc, że nie miałem racji, że się pomyliłem.

Trędowaty. Przenośnia brudu, którego należy unikać. Zarażający. Nieuleczalny. Epitafium. Ostrzeżenie. Taki się staję. Takim mam się czuć. Tego po mnie oczekiwano. Takim zobaczono.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Strach

Zabraliście mi poezję. Skurwysyny. Zabieraliście ją, wyrywając rytm, rym, zgłoski, pieśń wypowiadaną. W rodzinie, która zapomniała kim jest, była i będzie. W szkołach, gdzie zamiast uczyć się i uczyć wspólnie, obijałem każdą część ciała, o ciała, udowadniając, że będzie bolało mniej mnie, niż złości, których ojcowe rozbijali butelki na ich głowach, gwałcili i bili bardziej, nie aż tak precyzyjnie, aż niż, jak moja atletyczna, boska rodzicielka. Atena? Śmiertelnym synem jestem, ale i ja mogę być Zeusem. Ja też mogę wypatrzeć, ze skały Olimpu. Siedząc wśród ruin Sparty. Zgnieść ateńskim uchwytem. Złotą podkową.

Myślicie skurwysyny, teraz starcy, bez wyobraźni, bez honoru i bez wstydu, że nie wiedziałem? Widziałem jak zabieracie nam poezję. Z czerwoną gwiazdą na czołach, błyskawicami, skradzionymi symbolami skrzyżowanych belek? Te twarze. Puste. A wy nowi? Wiara w wolność, której smak odbieracie każdemu, kto myśli o wolności? Bo albo jak wy, albo niczego już nie może być więcej? Rasizm, kolor skóry, mniejszości? Wizy, paszporty, decyzje? Naród, którego dotąd nikt nie zdefiniował? Ja was nie wybrałem do reprezentowania. Nas. Mamy was zgnieść? Rozszarpać na części nierozpoznawalne. Krassusami możecie być zawsze, wlejemy wam w gardła tani wrzątek. Wodę, która ma wartość złocistą. Macie nie tylko nasze, zaciskające się, kleszczące metalem, nie spadające ostrza. Mocne liny, zaciskające się, nie po, zanim. Nie możecie spać? Nie dziwię się. Stoimy nad wami skurwysyny. Zawsze. Czekamy. Wiecie na co.

Rozkładam ręce. Rozkładam. W kąty odebranej poezji, kieruję wzrok. Rozkładamy ręce. Rozkładamy siebie. Baczyńskimi, powstańcami, zapomnianymi w nieznanym miejscu, za nasze, nie wasze. Nadzieje. W każdym kraju i czasie. W każdym kącie. Gdzie zabieracie poezję. Chcecie ją zabić. Jak nas. Wytrwale czekających. Nikomu nie znanych. Wam tak. Nie jest tak? Boicie się? Nie? Dodamy wam strach. Strach i poezję. Nie zdepczemy waszych kości. Będą zapomniane. A zanim? Zatańczymy nad nimi Nie poeci. Ci! Nie zapomniani.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Urodziny

Moje urodziny przypadają w środę popielcową? Zdziwiłem się trochę. To jakiś znak po ostatnim okresie naprawczo-powracająco-nawróceniowym? Od kilku dni staram się nie palić, palę mniej. Staram się nie pić. I tak mało piję. Nie będę się katował. To ma być wybór, nie przymus. Zaczyna się post. I tak nie jem mięsa. Niewiele jem. Mam 40 dni. Na poprawę, nie na świętość. Będę gotowy na wezwanie.

Wróciłem do mojego kraju, który kochając, równie mocno nie znoszę. Rok temu moje urodziny spędziłem na ulicy, po wydaniu ostatnich pieniędzy. Popielec poleciał. Nawet o nim nie pamiętałem. Dzień przed nimi, stałem się wygnańcem, gdy już nie moja matka, a już nie jej syn, zadzwoniła mówiąc, że nie mam już rodziny, nawet nie odpowiedziałem. Urodziny w samotności. Nie z wyboru, z przymusu. Ze wstydu.

Dzisiaj byłem w kościele. Wybrałem ten brzydki. Słuchałem w spokoju kazania, chociaż powinienem raczej krzyczeć. Próbujcie pogodzić się, godzić się, z bliskimi i tymi, z którymi się poróżniliście. Próbowałem. Chciałem. Wyciągnąłem rękę. Ręce, nogi, całe ciało wygiąłem w nich. Nic z tego. Mam dalej próbować? Już przebaczyłem, zrozumiałem. Mam się spalić na stosie? Udowodnić, że obracając się w proch, w ogniu, szybko, zamiast w ziemi, długimi latami, uznaję moją winę. Wszystkie winy. Jakiekolwiek winy, kogokolwiek. Mam być prochem, którym obsypią sobie głowy Ci, którzy nigdy za nic winy nie ponoszą? Do nich wszystkich mam wyciągać się cały? Ich to nie obchodzi. Przepraszam. Odejdź. Nie chcemy cię nigdy więcej widzieć. Nie chcemy nic o tobie wiedzieć. To nam komplikuje życie. Nie chcemy wiedzieć, co o nas wiesz. To nam odbiera spokój. Im nie jest to potrzebne. Ja to zrobiłem. Nie czuję jednak czystego sumienia. Spierdalajcie. Nic wam po mnie. Spaliłem już dla was lata. Za wiele lat. Pierdolcie się! Po katolicku. Czas na was!

Czytanie przyjąłem spokojnie. (Mt 6, 1-6. 16-18). Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Oddaję ile mogę, nie chwalę się tym, robię to anonimowo. Nie udaję pokuty, nie udaję religijności, nie głoduję na pokaz. Co mam otrzymać? Nic nie chcę. Lepiej niech dostaną to inni, którzy o siebie nie mogą już zadbać, nich to im Bóg pomoże. Niczego nie robię dla nagrody, nawet ukrytej.

Mam jednak postanowienie. Pozostawię je w tajemnicy. Niech będzie anonimowe. Zgodnie z oczekiwaniami Pisma. W moje urodziny.

Kategorie
Toksyczny Życie

Jebnij innych losie

Miało być o włosach. Obcinanych, zapuszczonych, kolorowanych, siwych, spalonych utleniaczami, świętych. Pisanie jak co dzień, o 4.14 rano. Jak od, nie wiem nawet od kiedy. Rozpoczynane kilkoma linijkami przed zaśnięciem. Nic z tego. Innym razem. Dopadła mnie bezsenność. Brakuje mi kościołów w zasięgu słuchu i wzroku. Bolały mnie uszy, zrastające się na coraz mniejszych tunelach, które często muszę przemywać. Zapach nie przypomina perfum. Wyszedłem, przejść się. Daleko nie zaszedłem. Zaspy w środku miasta. Zobaczyłem na śniegu ślady krwi, jeszcze ciepłe, nie zamarznięte. W ciemności ulicy, na chodniku leżał on. Pozostawiony na śmierć, patrzący na mnie z lękiem. Bezdomny, duży, chudy, brudny i poraniony. Ranny pies, pozostawiony bez pomocy. Warczał na mnie, gdy się zbliżyłem. W telefonie znalazłem numer najbliższego weterynarza. Zadzwoniłem, mieszkał niedaleko, przyjechał w kilka minut. Zbadał zwierzę. Zawieźliśmy go do całonocnej przychodni. Chcieli go uśpić. Nie pozwoliłem. Leczenie będzie kosztować, to nie pański pies. Zabierze pan go do domu? Nie chciałem się tłumaczyć, że nie mam domu, zatrzymałem się chwilowo u przyjaciela. Zapłaciłem za RTG i zastrzyki, rano zawieźli go do schroniska, zrobiłem przelew. Pies przeżyje.

Cały dzisiejszy dzień zastanawiam się, czy mam go odwiedzić? Powinienem? Czy nie pojawi się poczucie odpowiedzialności i będę chciał go zaadoptować? Czy to dlatego, że kiedyś, kilka razy kopnąłem swojego psa, bo zjadał jakieś ścierwa na spacerach i srał po psiemu w posłanie? I mam wyrzuty sumienia, których nie umiem się pozbyć? Czy dlatego, że nie poszukałem kota, który mi uciekł w zimową noc i nigdy go już nie znalazłem, bo zamiast szukać zasnąłem, pijamy jak bela, wściekły, że znowu nasikał na fotel? I nie umiem sobie tego wybaczyć? Czy to dlatego, że nie mam nikogo, kto bezinteresownie by mi pomógł, bo nie jestem idealny? Czy to dlatego, że nie chcę do się nikogo przywiązywać i obdarzać uczuciem, bo boję się straty i że znowu coś zepsuję? I już przyjaźń wydaje mi się niebezpieczna.

Dlaczego tak często zdarzają mi się takie sytuacje? Dlaczego nie zdarzają się ludziom z czystym, czystszym sumieniem? Akurat ja musiałem znaleźć tego psa? Gdybym go nie znalazł, zamarzł by na śmierć, czy może znalazł go by ktoś inny? Czego los się po mnie spodziewa? Tak się staram być egoistyczny, epatować tym, zniechęcać, aby pozostawiono mnie na chwilę w spokoju. Gdy już go prawie czuję, jeb, znowu mi nie wolno. Litości. Jebnij innych losie, od czasu do czasu.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dwanaście krótkich miesięcy

Koniec. Minął rok odkąd pozbawiono mnie życia jakie znałem, którego pozbawiłem się dokonując wyboru, godząc się, że odtąd nie będę miał rodziny, jaką znam, związki krwi okażą się słabsze niż przyjaźń, nie będzie pomocy innej niż wzajemna. Rok poświęcony zawodom, których byłem powodem, miłości, których nie potrafiłem rozpoznać i uszanować, tak jak na to zasłużyły. Rok przebaczania, sobie i innym. Własnej i innych złości. Chęci zemsty i jej porzucenia. Wycofania się i powrotu. Ucieczki i pozostania. Nienormalny, nieprzewidywalny, rok tylko ze sobą i zmianami, które stały się same. Miały być obok, są we mnie. Miały być w innych, stały się mną. Rok, gdy upomnienia okazały się tylko obciążeniem, upominanie się o siebie i innych, do mnie podobnych, niczym więcej niż nieporozumieniem, którego zrozumienia się nie spodziewam. Chuj. Chujowo. Najwyraźniej tak miało być. Nie trafiam na tych, którzy zechcą zrozumieć, mają odrobinę wyobraźni, wykraczającej poza oczekiwania, że bycie odmiennym, nie oznacza, że jest się podobnym, bo także są odmienni. A jeżeli trafiam, nie chcę niczego zmieniać i muszę się oddalać, bo moja obecność toksyczna, pozbawia radości poznawania bycia odmiennym. Zamknięta i nierozwiązywalna pętla nieskończonych możliwości. We mnie rozrywana, w bycie zawsze silniejsza, niż wyjście trafu poza siebie.

Walka o siebie, która nie była odebraniem nikomu niczego. Tylko sobie. Nie ja albo, albo oni. Nie albo ktoś, albo mnie cokolwiek miało dotyczyć. Rozczarowałem się tym rokiem. Ucieszyłem się tym rokiem. Nie, mam to w dupie. Tak, mamy cię w dupie. Osobno i zbiorowo. Rok temu, we własnej desperacji, miałem sobie skrócić życie. Nieważny. Jestem miliardem, w miliardach takich samych nieważnych. W cieple wody, cieplejszej niż krew, która zabarwiła by ją ledwie na różowo. Nie stało się i dobrze. Nie było by warto. Przekonanie, że jesteśmy warci tyle, ile rozczarowanie, jest złudne. Jesteśmy szalą, na której ważą się losy tych, którzy nie chcą niczego więcej niż bycia jak my, którzy przypominają, że bycie sobą jest prawem, nie przypodobywaniem się nikomu, opatrywaniem czyichś ran, rozumienia, rozdrapywania naszych ran, czynienia krzywdy. Bo my zrozumiemy. Przebaczymy. Będziemy w końcu tacy sami. No nie będziemy. Nigdy nie jesteśmy. Nasza wrażliwość, nasza naszość, chęci i porażki. Kroki w przód, w tył, w każdą stronę są warte tylko ile to, że jesteśmy, a nie powinno nas być. Bo tylko przeszkadzamy. Jesteśmy wyrzutem sumienia. Nie naszego, czyjegoś. Nikt ich nie chce, a przecież one są nami, w każdym z nas.

Minął rok. Dwanaście krótkich miesięcy, najdłuższych składających się na nie dni.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Klucz

Nic od Ciebie nie chcę. Klucz. Otwierający potrzeby, których nie ma, bo nie może ich być. Słowa, których nie powinno się wypowiadać. Nic nie chcę. Od Ciebie. Są jak sieć zarzucona na wodę, w której niczego nie uda się złowić.

Tacy jesteśmy, niczego nie potrzebujący, bo potrzeba okaże się wyzwaniem, któremu nie koniecznie uda nam się sprostać. Ucieczka jest prosta. Obrót i jak najdalej. Do zmęczenia i zapomnienia. Snów, nie realności, nad którą nie udaje się zapanować.

Znasz to? Ja aż za bardzo. Nie odważę się. To musi samo przyjść. Gdy już przyjdzie, nawet tego nie rozpoznam i ty nie. Zwiniemy się w kłębki pewności, że to nie mnie i tobie się zdarzyło. Innemu, innej. Dalej, jak najdalej. Nie pytaj czemu. Tak musi być. Prościej. Rozsądniej. Bo ktoś tak chce?

Kategorie
Psychika Toksyczny Toksycznym

W jedną całość

Rozmowy nikt nie podejmuje, nie podejmie. Słów napisanych nikt nie czyta, nie przeczyta. Nikt, nie Nikt. Tak powinno być. Nie tak. Nie, nie pozostawia mi szansy wyboru. Tak, chciało by było inaczej. Nie i Tak zrównuje się niczemu, znosząc nawzajem, wynosząc nic. To co czuję. Nic.

Dziwię się sobie. Staram się czuć. Gdy już czuję, czekam na koniec uczucia. Staram się ufać. Gdy już ufam, czekam na jego przeciwność. Zawsze się doczekuję. Nie powinienem. Starać się i oczekiwać. Zaczynać i kończyć. Powinienem pozostawać przy niczym. Od początku do końca.

To nie gra słów. Mamy dwie osobowości. Zależne od siebie. Zlane w jedną całość, zamieszkujące jedną duszę. Nie mają imion, są przydomkowe. Zło i dobro, strach i odwaga, nadzieja i apatia, skromność i pycha. Przeciwważne wedle uznania. Takie są. Spotykając się, umykają. Poznaniu.

Jestem taki sam. Jestem różny. Bezcelowo celowy. Cel osiągnąłem. Pozostawię po sobie bezcelową celowość. Życie, którego stałem się przyczyną, które o tym samym kiedyś się przekona. Pętla bycia się zaciśnie w czasie, którego nie wybiorę, nie wybierze jej życie. Stanie się Czas.

Czy jesteśmy więcej czymś, niż jesteśmy? Nie i Tak i przydomki tylko odpowiedzą na to pytanie. I odpowie Czas. Nie prosiliśmy o pytanie, samo się zadaje. Od pierwszej myśli, w bezmyślność braku odpowiedzi. Do niczego, tylko byciu.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.

Kategorie
Brak Toksyczny Toksycznym

Spadaj

Przeszło mi. Przepraszam kochana. Nie mogę dłużej Cię kochać. Pozostaniesz Tą. Są inne, Te. Nie bardziej Takie. Innością podobne, innością Inne.

Nie mogę, bo nie jesteś ani moją, ni swoją. Zmieniasz się w kogoś, kogo nie znam i nie chcę poznać. I nie poznał bym, nawet przypadkowo. Poznałem, gdy byłaś na chwilę, tylko dla mnie. Tamta. Nie mam już twoich zdjęć w telefonie. Nie mam innych w zamian. Jest mi z tym dobrze. Przyjdzie czas na inne, Zdjęcia. Już nie Twoje. Odrobinę jest mi za Ciebie wstyd. To Twój wybór. Nie mogę oceniać. I ja nie jestem bez Wstydu.

Wiem, że nie powinienem, mogłem. Powiedzieć, co powiedziałem, napisać co napisałem, wysłać. Stało się. Ledwie się zbieram. Kotku malutki. Po miłości. Tej. Ta. Ty. Po popsuciu. Po lawinie. Niepotrzebnych liter. Walących się, od a, do zet. Jak dom z kart.

Bez ciebie nie było by mnie. Z teraz. Tamten przepadł. Szukam go. Niby jest, a nie ma. Wcale mi siebie nie brakuje, sprzed. Raczej czekam na w przód. Kiedyś doczekam się Ciebie, z przedtem, gdy obróci się koło czasu. Wtedy Cię przytulę. Bezsilnie. Nie mogę Cię kochać. Bo Ty nie kochasz siebie. Tylko udajesz. Że jesteś i będziesz. Spadaj. Spadaj malutka. W swoją otchłań i daleki kres.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dla Niewidki. Blogerki, która mnie czyta. Jak ja ją. Też i Was

Musisz sobie pozwalać. Na wszystko. Jestem Anonimem, bo zna mnie zbyt wiele osób. Niekoniecznie polskich, pierdolonych celebrytów. Znam ludzi, którzy tworzą i tworzyli kulturę, czyli znałem, w Europie i może nawet, w całej tej kurwiarni, zwanej Ziemią. Nie kawiarni. Pod Globusem. Albo Gruszką. Wiem gdzie rodziła się giełda. Wiem, skąd bierze się blichtr i pieniądz. Załamywali nade mną ręce. Marnuje się talent! No i co? Poza talentem trzeba mieć, do Sztuki sprzedawalnej, wysiedzianej, wygranej, wypisanej, wymalowanej, wymyślonej, jeszcze jakieś coś. To coś sprawia, że albo jesteś tu, z problemami, albo tam, z innymi. Tu nie masz co do garnka włożyć, tam nie wiesz czym zaskoczyć. Ja znam i tu i tam. Wiem i byłem. A ja mam coś innego. Człowieczeństwo. Ułomne i twarde. Nadzieje niespełnione i czasami wymarzone, stające się. Nawet wymodlone.

I wymądrzaj się, ile chcesz i myśl. Nie ma nic ważniejszego niż myśl. Poza słowami. One są myśli krokiem w ludzi i własnego, do siebie gadania. Wolałbym, aby były od czasu do czasu, nie tylko słowami, ale duchowo i ludzko prawdziwymi. I nieco bardzie elokwentne. Mamy miliony słów. Ludzie tutaj nie mają pojęcią kim jestem, wcześniejszym. Teraz jestem z nimi. I jakoś to wiedzą. Nie muszę się starać. I oni też. Nie.

Nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy prawie tacy sami. Ból, nadzieja, słony smak w ustach, gdy dopada nas strach? Krwi, pogryzionych warg? Nie wiem o której osobie pisałaś? Margo, czy Tej? Obie mają się dobrze. Bo to to ja jestem chujem, nie one, w tym samym, chuja pozbawionymi stanie? Jedną odepchnąłem, szukając wytłumaczenia, drugiej tego nie zrobię. A wierz mi, tych jednych było za wiele. O grubo. Te drugie wiedziały. To o czym piszesz. Poruszam nerwy. A Tą kochać zapewnę będę na zawsze.

Nienawidzę nudy. To prawda. Bywam teatralny. To zawsze był mój pot. Potrafię skinieniem głowy zachwycić dziesiątki chłopa na budowie. Szacunkiem i jednym miłym, jak się masz. Intonowanym. Ale prawdziwym. Spokój? A kto jest spokojny? Poza tymi, których rozkłada słodka otchłań?

Mój mały, nie wielki Boże. Nie ten z katedr i obrazów o wymiarach wyjebistych. Tylko ty, malutki mój. Jak moja wiara. Tak się modlę. Taka spotyka mnie, Niewidko, odpowiedź na moje wahania. Rodzina wielka, dobra. Mogłem z niej zrobić pośmiewisko. Wdając się w talent. I wiedzę i czas tamtych. Nie tutejszych. Nie moich. Tu nie ma strzępów. Nie ma interpretacji. Jest życie. Raz w górę, innym w dół. W dole o Boże, w górze boże mój.

I buntuję się. I słaby i silny. Ten motyl jest taki jak Twój. Niewidko.

Kategorie
Toksyczny Życie

Niepokojące wieści

Otrzymałem dzisiaj niepokojące wieści. Mój scenariusz jest za dobry, nie dość toksyczny. Jest o Bośni i moim w niej udziale. Otrzymałem trzy indeksy. Polska, Niemcy, Francja. Reżyseria, o której marzyłem. Ale to było kiedyś. Zrobiłem to z przekory. Złośliwie. Wysłałem. Każdej z szanownych komisji powiedziałem, mając to w niedotartej dupie, że w styczniu na ulicy spałem. Taki wierszyk. Ponury. Widzieliśmy się w warunkach TV. Teatralna reżyseria. Nie ekran. Z Niemcami rozmawiałem w kiblu, tym drugim, o którym pisałem. Z Polakami nad rzeką, dzielącą mój tymczasowy kraj i narkotyczną krainę Niderlandów. Francuzi chuja rozumieli ponad to, że jako katolik nie zgadzam się na Inkwizycję w sztuce. Cokolwiek to w ogóle znaczy. Byłem upalony z lekka. Tyle mniej więcej pamiętam. Twarzy francuskich było najwięcej. Tych etapów było po kilka? Ja nawety nie etapowo. To jak to tak? Dali mi za nic?

Nie no. Krytyka, krytyką. Dobry jest ten scenariusz. Porywa. Mnie samego też. Jest dobry. I pisałem go nocami, po pracy, nie intelektualnej. Też fakt.

I co teraz? Piszę z domu Margo, Gośki. Ekscytacja pełna. Zaraz dostanie sratystycznego orgazmu. Ona kocha Paryż. Zaraz dostanę torsji. Już wiem skąd jej ten akcent erotyczny. Wolałbym Berlin. A skurwysynów nie mogę znieść. Czyta te maile w kółko. Kiwa głową z zadowoleniem. Nie pomyliła się. Jednak mam więcej w sobie niż nic. Patrzy na mnie zza policzka. Kurwa mać. Ledwie na nogi stanąłem. Tak, i nie. Może nigdy się nie ugięły pode mną? Ugięły. Tak się cieszy za mnie, tak szczerzy tymi bielutkimi zębami, tymi cyckami jędrnymi mi skacze. A ja? Nie wiem. Wiem. Nie teraz. Teraz nie mogę. Przepraszam. Odsuń się. Wychodzę. Wytłumaczyłem. Idę do pracy. Kablanej, nieważnej, sranej. Muszę się pozastanawiać.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kable. Na, Nie

Kolejny dzień poświęcony Elektrze-tyce minął bez wypadku. Pomaga mi jak bratu. Orestes miałby wielkie oczy, dowiadując się, że jego siostra ma innego, wciąż żyjącego, nie tylko jego. Nawet wielu więcej, Elektryków. Nasza. Patronka. Ale na Rany, nie byłego Prezydenta, którego od zawsze nie mogę znieść. Tego komunisty, z Matką w klapie marynarki, z drugiej ręki i bełkotem, nie śmiesznym i pajacującym. Z nim nigdy nie napiłbym się niczego, nawet Kryniczanki. Pomścimy. Wszyscy. Jej i mojej stratę. Tylko mi się ręka wkręciła, rękawicznie w wiertarki wiertło. Ał. Ał. Ał.

Pracuje ze mną chorąży. Starszy. Sztabowy. Zapamiętałem jak ma na imię, bo na drugie, mam takie właśnie samo. Tak wołano mojego ojca. Wbrew temu jak miał. Imion nowopoznanych, nigdy nie pamiętam. To ten kolega, który staro wygląda. Fajny jest. Piątka dzieci, ogarnięty chłop. Tylko robota w rękach mu się nie pali. Ma jakieś zmęczenie w ruchu i chęci. A ja nie mam na tyle energii, by się nią, z chorążym podzielić. Starszym sztabowym. Sztabowym. Z gwiazdkami. A jak. Gwiazdkowym.

Mój imienny Gieroj zawiózł mnie do studia tatuażu. Tym razem znowu piercing. Mostek i tunele. Boli jak jasny chuj. Bridge nie, uszy tak. Pompują. To dobrze. Mogłem to mieć, od wielu lat. Wstrzymując się, niczego nie zyskałem. Tylko głupi strach. Zapytałem Gieroja. Jak? Wiedziałem co odpowie. Ile zapłaciłeś? Było warto? O tak. Jak gdybym na to czekał. Możesz wyjąć. Nie o to chodzi. Ale mu się to podoba. Że ja taki i nie taki sam. W tym studiu ludzie przemili, muzyka jaką słucham i staranie się, o moje różnej wielkości uszy. Jesteśmy artystami. Patrząc na nich, wiem. Tunel w górę, tunel w dół. Moja twarz stałe się bardziej proporcjonalna. Widzę to.

Mamy bilety do Polski. Z Charleroi do Warszawy i powrót. Nigdy nie byłem na tych lotniskach. Mały bagaż i kilka dni. Trzy tygodnie. Tym razem spotkam się z córką i nie ominę żadnej ulicy. Kraków jest mój. Londyn jest mój. Czas na Brukselę. Politolog, nie pijany, słuchający i czytający. Rzadko rozmawiający. O polityce. Katolik i nie kaznodzieja. I piszący. Bzdurki i poważną treść.

Nie muszę mówić. Gdybym jeszcze raz. Mógł przeżyć moje życie. To zrobiłbym to inaczej? Nie. Zrobiłbym to intensywniej. Do ściany. Do rozbicia. I od o niej i odbicia. Od poziomu, grawitacji, do gwiazd. Nie gwiazdek. Starszego. Chorążego. Dziada. I tak żyję. Niech on żyje jak chce. Jutro kable. I może ktoś mi wreszcie powie, że Tej się udało. Do czego ma Serce i Talent. Bo nie chcę się znowu wpierdalać. Na, Nie!

Kategorie
Religia Toksyczny Uczucia

Nie Abraham

Znowu sam, na placu boju. Z imiennikiem. Mężczyźni jak lalki. Cudowni. Nie czułem tego od lat. Dobrzy. Nic z niedzieli. Panie Kochanku. Walenie wódy od rana. Tęsknią. Ja z nimi. Oni cieplutko, ja mroźnie. Upiekę im chleby, zakwas się już robi. Za dwa tygodnie. Pojedzą. Potrafię piec.

Powiedziałem im o Tobie. Popłakali się. Najczulej. Wiał gorący wiatr. Czułem od okna. Ja w sobie, wiejący. Tym zimnym żarem. Tylko męskie towarzystwo, dobrze mi robi. Zupełny brak krytyki. Rób co chcesz, rób jak chcesz. Tylko ty jesteś odpowiedzialny. Stojąc o dziewiątej rano, w kręgu nad stołem, z kieliszkiem w ręku, chciałem im wpaść w ramiona, dziękować. Za szczerość. Czemuś to wszystko zrobił? Zapytał kolega, o piastowskim imieniu. Bo się przestraszyłem. Bo mnie dotknęła, jak nigdy nikt. I była, jakiej bałem się spotkać. Prosta. Nie krzywa. Nie idealna, ale w twarz. Za krótko to było, abym mógł ją poznać. Poznaję zza wykopanego szańca. Którego miejsce sam wskazałem. I wykonałem go jej poczuciem, tak jak chciałem. Siłą bezradności.

Mój niezaprzeczalny Bóg. Pokłóciłem się o Niego. Że Bóg to nie jest człowiek, nie jest ojcem, tylko Ojcem jest. Jebie mnie studiowanie filozofii. Mrowiska wizji i urojeń, ustawionych na banalnych rozstajach, rozwleczonych w czas i treść. Tych powtórzeń, wędzideł i steku poszukiwawczych, pretensjonalnych, często bzdur. Logicznie Boga nie ma. Logika to nie jedyne wyzwanie. Pokażcie mi człowieka, który nie modlił się choć raz. To nie ja mam się z Boga śmiać, tylko ci, którym z Bogiem niezręcznie. Bóg to idea, nie jej treść. Można to łatwo zrozumieć. Ja kaznodzieją nie jestem. Wierzysz to wierz i nie przeszkadzaj nikomu. I dobrze mi z tym. To nie są żarty. Goreję, jak krzak. Kurwa. Ja zakochany. Pierdolę. Niezmiennie. Ze mnie nic, dla Tej wszystko. Anim to sobie ja wymyślił. Nie On nawet. Nad Nim też jest inny On lub Ona. Nie Abraham i jego nóż. Dzieci nie oddam. Nie są tylko moje. O naszych Luba, też napisał bym to samo. Nie oddam. A oddałem. Dla Ciebie. Idei. I egoistycznej wiary. W Nas. W Ciebie. I siebie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Nuta

O rany boskie, święte. Moja matka w szpitalu. Nie ta rodzicielka, ta prawdziwa, babcia. Miała mieć wylew. Tylko odwodniona. Moje życie, żyjesz. Nie mogłem spać, tej nocy. Nie przyszłaś do mnie. Nie nawiedziłaś, najdroższa z najdroższych. Gdybyś miała odejść, przyszłabyś w pełni swojej, moja najbardziej z najbardziej kobieto. Powiedziałaś by niewiasto. Jak Cię widziałem, mając osiemnaście lat. Gdyś tak skoczyła i leciała ku mnie, jakbym to nie ja osiągał dorosłość, tylko Ty. Piękność moja. Tatarko z zielono-brązowymi oczami. Nie siwa, lecz rudo-blond. Silna i mocna, nie słaba, leżąca, bo nie ma nad Tobą kto zakląć. Wstawaj i idź. Ugotowałbym Ci obiad. Ty byś wstała, ja podał bym Ci, co chciałaś, jak byś nie w domu była, ale tysiąć gwiazdkowo. Rozgotowane, ale ładne.

Żyjesz. Świat w błękicie nie zabrał mi Ciebie, choć za życia już Cię nie zobaczę. Moja, moja najulubieńsza, moja źrenico, moje oko, moja szyjo, moja, moja Pani. Nie tych córek, któreś rodziła, ale syna, którym się stałem, Ciebie niegodnym. Wiosno moja.

Byłem tam, na Wrocławskiej. Kłóciłem się. Nie pozwolili mi wejść. Chciałem im dać pieniądze, co miałem, nie wzięli. Nie zrozumieli, że to jedyny raz, gdy mógłbym Cię pocałować, w czoło chłodne. Jak Cię zamkną w domu, nie oddam Ci hołdu. W tamtym reżimie, mnie nie wolno tam być. Córka Twoja powiedziała, zostaw moją rodzinę. Ciebie, zazdrosna.

Chciałem Ci powiedzieć, że pięknie się modlę. Za Ciebie, wszystkich i czasem za siebie. Abym wytrwał mocny. Bo lękam się mamo, że nawet nie wiem, czy kocham upornie, czy kocham na złość. A zawsze chciałaś dla mnie, po prostu dobrze. Bo kochać naprawdę, to praca, ciężka i jak byś widziała moje starania, to byś wiedziała, że ja, to nie zawsze ja. Kocham Tą, jak Ciebie. Chociaż wybrałbym, wiesz kogo, gdybyś nie była już moja.

Nie powiem Twojej córce, że przebaczam, matko. Wiem jak bardzo tego chcesz. Tak się bałem, że córka już się szykuje na sprzedaż, cokolwiek po sobie pozostawisz, a ja napluję jej, pogrzebowo w twarz. I jej mężowi, temu, którego nie lubisz, tak samo jak wszyscy. Bo buc to zawsze będzie. No buc. Tylko powiedziałem prawdę.

Pakuję się. W tym hotelu. Trochę daleko od Ciebie, ale wiem, że znowu będziesz Ptakiem z popiołów i jego pazurem. Łatwiej mi, bo wiem, że jesteś i proszę bądź. Matko, babciu, kobieto, bogini, nuto moich słów. Nuto.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Wkurwiłem się

Ja dla waszej przyjemności nie piszę. Wybijcie to sobie z głowy, przypadkowi czytacze. A liczba dotąd Was była, 63, sierpnia, trzeciego dnia. Piszę dla nich, upadłych, zranionych. Toksycznych, jak ja. Złamanych Aniołów. Diabłów wcielonych. Z walizkami pełnymi złych dni, trupów własnych siebie, cieni. Żyjących i odeszłych. Nie na kółkach, ale tych starych, ciągnionych, do Auschwitz-Birkenau. Gdzie zabili ukochaną siostrę dziadka, przyrodnią. W pierwszym transporcie. Z Truskawca, w gaz i piach. Bo miała depresję i była Polską, Übermensch? Bił jej duch lagami, po domu gównianym, bo dwór zapadły, zabrał Car. A matka jej była córką rabina. Mezalians to mało, za dużo na Młodą Polskę. Biała jak len. O czym nie wiedział nikt. Jakubowska. Trzy małżeństwa. Pięcioro rodziców, dzieci trzynastka. Łatwo było się zgubić.

Tak wam się wydaje, że każde słowo może być naszym ostatnim? Nie Legionami myśmy, zwyczajny, zaściankowy, podły, świński ród. Ruscy. Polaki, Litwini, Niemiaszki, Żydzi. LGBT. A niech żesz Was. Szlag i mosiądz. Jeden dziadkowy kuzyn Sturmbannführer. Zginął pod Mińskiem, Austriak, przepraszający. Drugi Enkawudzista z lampasami, pułkownik, nakazujący, a był szwoleżerem rokitańskim. Wiecie co to? Googlujcie. Nikt nie wie jak skończył?

Te komentarze? Co ja mam wam odpisać? Po to jest Dupa i mam to. Kurwami lekko rzucam. Kurew niemało. Taki jest ten, jebany świat. Nic o nas, bez nas. Nic o was bez was. Ani teraz, nie wówczas. Nie Kurwa Mać dla nas. Nas już nie ma. Rozpływamy się jak lód, w letnie miesiące. W tych małżeństwach, ze złotem, nie ich. Waszym, nam zabranym. Oszołamiające? Nie z soli. Tak? Nie. A może? Z różańcem na szyi i alejkum salam, bo mam Tatarów, w genach i powiekach?

Bo nam nie wolno pisać? Nie wolno nam wołać? Bo może chory? Ma gorączkę, bo stylizuje? Nie muszę. Wielu tak mówi, każdego dnia. Nie wywodami, z pierwszego pokolenia inteligenckiego cynizmu. Wyższości, nie grzeczności. A tego, Wam akurat brak.

Bo mi w mordę wolno? Ale nie Wam? Nie Poniński ja jestem, nie inny śmieć. Bo powolnym zniknij, zamilcz, nie będzie i mnie. Jak Was, Moi drodzy.

Po co ja się wysilam? Bo na ulicach bezdomnych, chcenia, nas nie dostrzeżesz. I tyle. I już. Kropka.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Doceńcie

Gdybyście. Zostawili mi miejsce, dla mnie, nigdy nie odczuł bym gniewu. Stałbym, lub siedział, leżał, latał, na Boga, byłbym niewidoczny. Macie te kłótnie, bardzo Polskie, bo kiedyś Szlachcic, to nie Wół. W dzisiejszym świecie, tyracie gorzej, w pokorze. Nie jecie z Panem kaszy, jedną łyżką, z jednej miski. Jecie chętnie ziemniaki, z obcego talerza. Nie wołem jesteście, zbieraniną Kóz i Móz.

Ja w tej Belgii dorobię się grosza. Nawet trafię na szczyt, jeśli dopomóż mi Bóg. Bóg daje dużo. Ten najwięcej. A daje każdy, bóg. Wystarczy poprosić. Nie wywyższać. Bo mnie się należy. Niestety nie. Nie ma synów marnotrawnych. Są synowie i grzech. A to, nic więcej niż błąd. Przyznaj się, nie zgrzeszyłeś? Tak, to było. I wybacz, to wybawienie, prostych słów. Nie wbrew, ale na wprost. Ścieżek równanych, od wschodu, do każdego dnia końca. I córek, dokładnie tak samo.

Widzicie. To najbardziej mnie męczy, że sprzedajność i niewolnictwo, to ten sam dzisiaj chuj. A to nieprawda. Sprzedajność to praca, niewolnik to rzecz. Szacunek, tak. Pokora tak. Poniżenie, nie. Co to jest za czas, gdy Dziwka jest bardziej szlachetna, bo może chce, niż Właściciel, muszego móc i chcieć? Wybaczcie. Bawię się językiem. Nie mogę tylko o kochaniu. To przepadło. Już nie muszę krzyczeć. Gołębie gardłują tak samo. Będę z nimi, w ciszy trwać.

Przestępstwem nie jest jego uznanie. To wybór. Nie przyłapanie i kara. To całkowicie, robię, nie. Prawem nie jest kierunek, jest nim wola. Za dobrem, a jak nie, to za złem. W szarości jest łatwo. W bieli trudniej. W czerni, wszystko jest wybaczone, aż czerń powie dość. Taka to czarna. Śmierć.

Ja niczym nie jestem więcej, niż łajnem. Wypachnię się, nawiozę sobą pola. Posadzicie na nich bratki, pszenicę i lasy. Nikt za mną nie jęknie. Nawet ja. Bo takimi jesteśmy. Pożywką. Zdarzają się wyjątki. Na ich przykładzie będą czytania i łzy, gdy trafi ich moment ostatni. Dla reszty. Świt i zmierzch. Kierat i marzenia. Udało się im, kto wie? Uda się mnie.

Okropny tu gorąc. Leje mi się z dupy, jaj. Wyślizgnął mi się kutas, gdy podniosłem sedes. Dalej siedzę w robotniczym ubraniu, nad nim okrakiem. Wpadłem w dziurę. Ktoś przesunął coś, poleciałem jak wór. Noga spuchnięta. Szkoda, że to nie dla Ciebie. Zadzwoniłbym. Poskarżył się.

Gdy już się spotkamy, przypadkiem, nie powiem Ci, że wrzeszczałem do wzniesień karpackich, że nienawidzę Cię. Będę jak spodziewają się ludzie, w ich sile i uproszczeniu kieliszków i miejsc. Kulturalny będę, jak zazwyczaj. Było, nie było. Taki los. Zmęczę się. Twój mąż i nie moje dzieci, z Tobą. Pogratuluję. Nie powiem, że wiem wszystko. Umownie, ucieszę się.

Mam to w dupie.

Wyzwalam się. Nie tak, od razu. Zmieniam styl. Doceńcie. Znów idę pić. E. Nie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Się pożegnać

Przyjdzie nam się pożegnać. Może na dzień. Kto wie, na zawsze. Pisanie się takie, kończy. Ni to poezja, nie proza, z pewnością to nie był list. Do Ciebie. Powoli już zamykam karty tej bajki. Nie, że chcę. Zmusiłaś mnie, nic nie rozumiejąc. Ostrzegłem Cię. Mój stres. Nierozwiązywalnie pourazowy. Dopadł mnie. W najbardziej nieodpowiednim czasie. W tamtą ciemność przyszedłem. Po złym filmie. Powiedziałem, zapłakałem. Wypiłem. Chciałem. Musiałem. Niewybaczalnie. Prawdziwie.

Pisałem o Ciotce. Jest bardziej toksyczna, niż kiedykolwiek będę. Rozerwała by Cię na strępy, twoich i moich usiłowań, bycia jak ona i to na pokaz, aj. Tylko ja z nią się spotykam. Jak mnie rodzina ją wyklęła, bo naszych słów nie chce nikt. Tylko, że ona jest Panią Ruską, a ja nikt. Przeżyła Syberię i Wołyń. Czeka na męża, a wie, że zaginął pod Monte Cassino. Dzielą nas pokolenia, a jakby nawet nie pół. Kiedyś powiedziała mojej, kiedyś najbliższej, że woli zjeść ze stołu kurz, niż usiąść z nią do niego, a trzymała ją do chrztu. Tylko ona tak mówi, jak ja. Dobrze, choć źle. Nie zjem i ja, nie pogodzę się. Nie. Ciotkowy wózek drewniany i jej laska, z głową żyda, jako gałka. Skandale, sensowny rasizm i wyższość, romanse i dystans. W każdym geście Dama. Ale uwolniona, rozsypujący się, cudowny potwór.

Powrócę. Nie powrócę. Nie jesteś piękna, ale za młoda. To nigdy nie był powód. Masz czar i ja go mam. Jesteś zwyczajna. Jak ja i każdy, po drodze spotkany liść. Nie zrobiłem ja tobie nic, nawet słowami, gdyś się prosiła, koło ciał, ciało i natrętność. Nie moja byłaś. Swoja. Tak i ja. I tak ma być.

Od poniedziałku mam gimnastyczną prawie pracę, ciągnąłem kabel grubszy niż moje przedramię. Przez kilka pięter. Okazało się, że żadni z nas robotnicy. Politolog, geodeta, ekonomista, prawnik, zoolog i były mnich, wyświęcony, uciekinier jak ja, ale z klasztoru. Tylko ja chcę taki pozostać. Tylko mnie to nie przeszkadza. Im tak. Wiem, że zaczynam ponownie. I zrobię, to co chcę.

Śniło mi się, że zginąłem. Przygniótł mnie wielki ciężar. Chciałem uciekać. Była jakaś światłość. Usłyszałem. To tak jest i zerwałem się na równe nogi. Nie powolnie, wyrywając się, mozolnie, z koszmaru. Lekko, jakbym przeżył, błyszczący.

Za tydzień urlop. Nie spotkam córki. Wakacje. Nie spotkam Onej. Będę unikał ulic i miejsc. Będzie dentysta, fryzjer, zbadam żołądek, kilku pozostałych spotkam, czas na nic, poprawię ten blog. Te literówki i niezgrabność mnie osłabia. Stanę pod domem rodzinnym, wzruszę się i ramionami, spacerem powolnym dojdę do siebie. Tam otworzę garaż, z do siebie został on. Zabiorę kilka książek. Wejdę na kopiec. Porozglądam się, jak daleko mogę, zobaczę Tatry. Pożyczę samochód, zbiorę grzybów kosze, za Kasiną. Krzyknę: wypierdalaj mi z serca i nie chcę Cię znać. Kochałem. Raz. Ciebie. I lubię, nienawidzę i cieszę się. Odkocham się? Jezu, w Miłosierdziu! Daj mi to!

Kategorie
Toksyczny Życie

Róża i pięść

Od paru godzin w domu, nie moim. Myję, gotuję, sprzątam. Jak w innym. Jak i ten. W tamtym sprzątałem dla idei, w tym tylko dla siebie. Są tu inni. Robią też i tak. W zasadzie, nie miałem domu. Był rodzinny, został mi odebrany, czy też ja sobie go zabrałem? Były wynajmowane. Mógłbym za to kupić pański dwór. Był odziedziczony i jeden kupiony, w których nigdy nie mieszkałem. Sprzedałem. Choroba jest kosztowna. Palenie, wódka i inny dym. Był też mityczny. Który oddałem. Mogłem na niego zarabiać, właśnie teraz, w minutach dokładnie tych.

Słucham Pearl Jam. Dotykam bólu. Kolczykowanie, to ostanie, wolno się goi. A chce mi go się więcej. Trudno jest spać. Na czole nie jest wygodnie. Mam kanapę dla siebie i śpiwór. Nie obchodzi mnie, czy coś mi to odbierze, czy będzie nie tak. Już było tak chyba. Było chybianie. Teraz przynajmniej uczciwiej. Będzie.

Na epickiej budowie, coraz jestem starszy. Nie poznaję się w lustrze. Kiedy zdejmuję kask, chełm, wyglądam jak szalony. Kiedy się garbię, wyglądam jak świerszcz. Rozmawiam z sobą. Troszkę może wariuję. Odpływam w siebie. Mam jeszcze czas. Znowu mnie lubią. Zapoceni, gbury. Nie, to dobrzy są ludzie. Wiemy o tym. Ja i ich brutalne, jak się masz, mój friend? A mogli by mnie zatłuc, jak wściekłego. Ciarki. To jest więzienie. W oddzielnym sensie. Rymowalnym.

Dzisiaj rano skończyłem scenariusz. Zabił dzwon dla mnie, w Dilsen-Stokkem. W tej dziurze. Od tylu dni nie śpię, w zasadzie w ogóle. Dziesięć godzin pracy. Trzy dojazdu. Dwie dla zmęczenia, reszta na cel, który coraz mniej rozumiem. Pod koniec, kilku wciąż dni, prawie wieczorów, padłem w brudzie, na moment. W butach, z cementowymi wieńcami. Oddałem hołd. Tadeuszu, dziadku mój. Za Gestapo, krótkie życie, wspólny, nasz stres. Pojadę do Krakowa. Zapalę Ci świeczkę. Czternastego w piątek. W czwartek, samochód poprowadzimy na zmianę. Gdzie się zatrzymam? Gdziekolwiek. Nie ma już otwartych ramion, znajomych miejsc. Za opłatą, znajdą się jakiekolwiek. Zobaczę córkę. To ważniejsze, niż gdzie i jak. Ominę łukowo Kazimierz. Och, och, miłość. Śmieję się z tego, muszę i już. Pójdę nad Wisłę. Kupię kilka piw i o tym nawet napiszę. Nie wiem po co? Kłamię. Dla siebie to zrobię. Kupię sobie, z kolcami, białą różę. I włożę ją, w zaciśniętą pięść.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Wstyd

Patrzę na twoje zdjęcia. Nie mogę się oprzeć. Robię to kilkadziesiąt razy. Każdego dnia. Jak opętany. Staram się powstrzymać. To na nic. Nadal cię kocham. Bezwzględnie.

Zapytałaś, gdy leżeliśmy, przy ciele ciało. Objęłaś mnie. Nikt nigdy nie objął mnie, nie że nigdy, tylko jak wtedy ty. Łatwo, za głowę i kark. Uniosłem się, jak puch. Lekko. Poleciałem. Jak chcesz mi przypierodlić? Wal, mów. Nie mogłem. Teraz tak. Aniś piękna, aniś taka, jaką się widzisz. Żadna. Jesteś niezwykła. Z milionem twarzy. Tylko ty. I będziesz do ostatniego dnia. Nigdy takiego nie poznasz. Jestem tylko twój. Wtedy mówiłem nic.

Bez ciebie mnie mniej. Nie umiem jak ty, trwać i rzeczom się przeciwstawić. Brak mi Ciebie, bardzo brak. Tik tok, po kroku krok. Wiesz ten język jest piękny, ale ja znam tylko kilka słów. Powtarzalnych. Gdyby nie moje szaleństwo, moglibyśmy wciąż być. W objęciach żyć. A ty gdzieś, ja tu.

Wybuduję nam dom. Do którego nigdy nie wejdziesz. Będzie tam pokój, specjalnie dla ciebie. Moc luster, podest i miękkość snu. I krzesło. Będę na nim siedział, patrząc na nic, na nieobecność. Wolno mi kochać. Kogo tylko chcę. Nauczyłem się Boga. Jest równie daleki ja ty. Jedyne drzwi, gdzie będzie klucz. Będę szafarzem, klucznikiem dusz.

Powiedziałaś, że gdy mnie zabraknie, zostaniesz ty i dzieci nasze. Chwyciłaś moje nogi, ubrana prawie w nic. Parzyłem na ciebie w zgięciu. Gdzieś w grób. Ty możesz wszystko, ja tylko na trochę.

Przepraszam. Pogubiły mi się myśli. Jak z kieszeni wypadły brud. Gdybym wiedział. Teraz wiem.

Głupio tak pisać. Gdy wiem, że przeczyta każdy, tylko nie ty. Bo widzisz ja leczę rany, samemu sobie zadane, nie tobie. Ty masz siłę, ja reguł mam ciężar. Musiało tak być. Lecz bym cię wzniósł, nawet na chwilę, by znowu móc z tobą być. Bo mi ucieka. Twój smak i mój wstyd.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kłamać

Kłamałem. Nie kłamałem. Oszukiwałem? Mijałem się z prawdą. Byłem nieszczery. Nie mogłem powiedzieć prawdy, nie chciałem. Chroniłem, w tym ciebie i mnie. Zasłoniłem się kłamstwem. Po co ci prawda. Niczego nie zmieni. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Nic nie mów, nie skłamiesz. Że było, jest tak, albo że wcale nie.

Prawda to wyjątkowo paskudna idea. Skłamał bym, gdybym powiedział, że kieruje moim życiem. Równie mocno, gdybym twierdził, że tak nie jest. Znajduję się gdzieś pośrodku. Kłamię kiedy muszę, kiedy nie mam wyjścia, albo uważam, że prawda wyrządzi krzywdę większą niż kłamstwo. To mój dylemat odkąd pamiętam. Kłamać czy nie? Ale pisząc, jak teraz, mogę sobie pozwolić na szczerość. Parę razy mocno z tym przesadziłem.

Czy ojciec był pijany? To z nim się biłeś? Ukradłeś, czy on? Spałeś z nią (tutaj, z założenia pojawia się z kurwą, niezależnie kto pyta)? Czy on mnie zdradza? Ona ma wizę? Ile on godzin naprawdę pracował? Czy zdał ten egzamin? Zapłaciłeś rachunki (a z czego, ja pierdolę)? Czy, czy i czy. Tak, nie, nie wiem, milczę, unikam tematu.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy mówię prawdę? Tak odpowiedziałem. Nie uwierzył. Dlaczego? Bo to niemożliwe. To się nie zdarza. Wymusiłem na sobie długie tłumaczenie. Przywołałem fakty, miejsce, czas. Nic to nie zmieniło. Nie chcesz, to nie wierz.

Przyłapanemu na kłamstwie trudno jest być wiarygodnym. Dużo upłynie wody w rzekach, zanim ktokolwiek mu uwierzy. Są jednak kłamcy z natury. Nie są w stanie nie kłamać. Wiedzą, że wszyscy o tym wiedzą, mimo to nie rezygnują. Ubarwiają sobie tym życie. Innym też.

Jako dziecku mówiono mi, że muszę mówić prawdę. Powtarzałem to samo moim. Nie jestem jednak pewny, czy pojmowały różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem? Nie mam na myśli fałszu, tego mam nadzieję, od dzieci nie wymaga nikt. Mają ogromną wyobraźnię. Uczą się świata zmyślając historie, równie łatwo jak kłamcy z natury. Nie karałem ich za to.

Co ze sztuką, wiarą, kulturą, prawem? Czyż one nie opierają się na nieprawdzie, braku dowodów? Fikcja literacka, pewność istnienia Boga, malarstwo, choćby religijne, fantastyka, mity, sądy? Czy to przypadkiem nie wynik, zdolności do negowania łatwo udowodnianego kłamstwa? Bez niego ziało by nudą. Można się z tym nie zgodzić?

Niech nikt nie myśli, że chwalę kłamstwo. Słyszałem jednak wiele razy zdanie: stoi w prawdzie lub na odwrót. W nieprawdzie. Pada ono z ust polityków, zza pulpitu w kościele (ambony wyszły z użycia, szkoda, brzmiało by to ładniej). To nowa figura retoryczna. Oznacza ona rację, mam rację, nie masz jej, z prawdą nie ma nic wspólnego. Mogę stać w prawdzie, a łgać jak najęty. Czemu nie mogę się na niej położyć, zawisnąć na niej, nawet odbyć z nią stosunku? Mógłbym spłodzić jako kłamca, półprawdy, półkłamstwa, prawdokłamstwa. Tak, czy nie? Chyba, że zupełnie nic z prawdy nie pojąłem? Jeżeli tak, to przepraszam. Mam już tak.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Odliczam

Brak mi słów. Nie chcę rozmawiać. Przed moim tymczasowym domem stoi były przyjaciel. Nie wiem jak mnie znalazł. Musiał przyjechać z Polski. Nie odbieram telefonu, patrzę na niego, zza okna. Coś krzyczy. Do uszu wsadziłem słuchawki. Portishead. Głośno grają.

Siedzę w nie swojej kuchni, na nie swoim krześle, przy nie swoim stole. Włączyłem laptop. Zapaliłem papierosa. Otwarłem piwo. Nie poszedłem do pracy, bo ktoś z ZUSu jest chory i mają mnie w dupie, trzydziesty już dzień. Robię przelewy. Komórka, księgowy, zaległe karty, pożyczka. Jeden będzie dla bezdomnych. Na food not bombs. Telefon wciąż dzwoni. Nie chcę rozmawiać. Nie mam jeszcze o czym. Zostaw mnie. Jestem nierozmawialnie nieruchomy.

Źle spałem. Śnił mi się dziki sex, wojna i porodowa śmierć. Pewnie dlatego, że o tym pisałem. Jestem zły. Rano wypadła mi plomba, znowu ten sam ząb. I łapię się na tym, że jest jak fetysz, zawsze się psuje, gdy mój dentysta jest daleko, skądś, stąd. Dzisiaj się wykąpałem, pierwszy raz od stycznia. Wanna to raj.

Hardzieje mi serce. To już pół roku odkąd zasnąłem na mrozie. Nie mogłem wstać, tak zimne miałem stopy. Łydki bolały jak skurcz. Pięć miesięcy odkąd nie mam rodziny. Trzy, gdy nauczyłem się spać na podłodze i wyschłem jak wiór. Miesiąc prawie w obcym kraju. Dziesięć lat odkąd nie żyję jak pan.

W głowie się zalecam:

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy,

Przytwierdzony jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbą…

I jak gdyby na lirze, w czas słoty…

Turkoty…

Zwiastuję:

Nie jesteś bliżej niż my boga,

Jesteśmy wszyscy dalecy od niego,

Ale cudowne i błogosławione,

Są twe ręce przez niego…

Ale ty jesteś drzewem…

I płynę, jak nad Tamizą:

Shell I compare thee to summer’s day?

Thou art more lovely and more temperate?

Routh winds…

And every fair…

Pewnie znowu jutro rzucę się na kontakty. Wstawię ich cały rząd. Będę tłumaczem, udawał, że znam się na robocie. Wysłucham kilku bzdur. Zapytam jak się masz, co za dzień ponarzekam. Co za pogoda. Londyn, Antwerpia i Łódź.

Nie dzwoń przyjacielu. Nie czas na rozmowy. Jedź. No jedź. Kurwa, idź już.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Rodzina Toksyczny

Wina

Nic w przyrodzie nie ginie. Zbrodnia i przewina wymaga kary, nawet ta stara i wybaczona, nie ukarana na czas. Wisi jak musze truchło, na zakurzonej pajęczynie, aż przeciąg pobudzi ją do życia. Wtedy spada znienacka, oplatuje twarz, wpada za kołnierz, wywołując obrzydzenie. Dawno zapomniana martwota, dotyka żyjącego ciała, dręczy dreszczem. Wspomnieniem winy, ożywa, jakby nie umarła, ale zawsze tam wiernie czekała. Fajne, nie? Poetyckie. Można by tak się rozpisać, rozpędzić i pierdolić bez końca. Dla wielu było by to nawet p r z e p i ę k n e. Nie o to jednak chodzi, aby zawsze było w końcu pięknie, bo tak naprawdę nie jest. Tylko się oszukujemy, że jeżeli znajdziemy dystans i słowa, którymi złagodzimy ból i świadomość bycia zwykłym egoistą, to się nam uda ukoić, to nasze poczucie winy. Nic z tego. Nic tego nie zmienia. Kolejne role, partnerzy, prace i zajęcia, dobre uczynki. Terapie, na które musimy się udać, tylko po to by sobie udowodnić, że zawsze byliśmy po dobrej stronie barykady życia, a te odrobiny zła, zebrane, zamieniające się w lawinę, to nie my, to wypadkowa zdarzeń, na które nie mieliśmy przecież wpływu. Możemy się spowiadać, znosić porażki, doszukując się w nich pokuty, medytować, szukając spokoju i zadośćuczynienia własnej nikczemności. Możemy pić, unosząc się na fali samozadowolenia i chwilowego stanu osiągnięcia pewności, że my dobrzy, że my mądrzy, że to my jesteśmy oświeceni. Możemy zapalić coś, zażyć coś, nawet zażywać latami. Możemy się samookaleczać, biczować i zadawać sobie kary. I nic. Prędzej czy później i tak nas dopadną wątpliwości, że szukamy sposobu wytłumaczenia się, zamiast przyznania się do błędu. Poczujemy się dokładnie jak powinniśmy. Zwykłymi gnojami.

Spotkałem się z moją byłą żoną. Pierwszą, której jak kolejnej obiecałem, że będzie pięknie, że przetrwamy wszystkie przeciwności, że nic nam nie da rady. Kiedy ją tak przekonywałem, święcie w to wierzyłem, byłem dzieckiem, miałem 18 lat i począłem mojego pierwszego syna. Z przekonywań pozostało jedynie uwikłanie, dojrzałej już kobiety, nie dziewczyny już, w moją rodzinę, gdzie wszyscy są niewinni, bywają tylko czasami egocentryczni i trudni. To nie jest prawda, moja rodzina nie jest trudna, jest wampiryczna, z każdego wysysa siły, swoich i obcych, aby i z nich uczynić naszych, poszerzając krąg potencjalnych ofiar. Nie rozwija się, nie pozwala się rozwijać i zabiera i czas i życie. Za każdą pomoc każe słono płacić. Poczuciem winy, nieoczywistym i podstępnym przymusem przywiązania, wyrafinowanie delikatnym mitem niby rozsądku, z którego nigdy nic nie wynika, poza niewolą. Moja była żona została oszukana, przeze mnie, nadal jest wykorzystywana przez moich bliskich. Patrzyłem jak odjeżdża samochodem, przerywając gwałtownie naszą rozmowę, wściekła że się z tym nie zgadzam, że nie wolno jej więcej tracić nawet godziny. Rozwiedliśmy się dawno temu, a moja rodzina nadal trzyma ją w szachu poczuciem odpowiedzialności. Chciałem za nią biec i krzyczeć, zostaw to, to nie jest i nigdy nie było twoim obowiązkiem, aby się odwdzięczać, to my powinniśmy zrobić coś dla ciebie! Zniknęła za rogiem.

Nie wiem jak mogę jej zadośćuczynić. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to ją niszczy i powinna zająć się wreszcie sobą, że już wystarczy, ma prawo pozwolić na życie, dla siebie i tylko tym co jest dla niej ważne. Ale to jest jak narkotyk, uzależnienie, które tak nas zmieniło przez lata, że bez niego świat i przeszłość traci sens.

Proszę cię, zostaw nas, ich. Ja się z tego wyrwałem ledwie i wiem jakie to trudne. Odebrałem sobie dotyk każdego, kto mógł mnie kochać równie mocno jak ja mogłem ciebie, z wzajemnością, byle by nie wikłać, nie uzależniać, nie ranić. Masz jeszcze całe życie przed sobą. Leć. Ja też lecę, uczę się latać. Da się, tylko powiedz wreszcie dosyć.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Stres pourazowy

Nie napisałbym o tym, gdyby nie seria artykułów, które ostatnio przeczytałem. Dowiedziałem się, że kwarantanna, przymus spędzania czasu z bliskimi, nawet samotnie, w domu, z dostępem do telewizji, internetu, żywności, w wygodzie, na pewno doprowadzi do stresu pourazowego u bardzo dużego procenta ludzi. Czytając początek pierwszego artykułu myślałem, że będzie chodziło o przypadki, gdy w rodzinie, za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy, załamań, umiera ktoś albo gwałtownie rozwija się u niego uzależnienie, choroba psychiczna, dotykające innych jej członków. Nie. Powodem ma być izolacja. Poszukałem następnych. To samo.

Czy piszący to dziennikarze zdają sobie sprawę, czym jest zespół stresu pourazowego? Nie wiedzą! Ja wiem, bo od ponad dwudziestu lat muszę z tym żyć. Ciekawych odsyłam do definicji, nie będę także wywodził przyczyny u mnie, zachowam ją dla siebie.

Stres pourazowy to bardzo nieprzyjemne kurewstwo. Niby nie dzieje się nic (przynajmniej w moim przypadku, a bywa różnie), nawet przez długi czas, do momentu, gdy wpada się w otchłań i to dosłownie. Przeżywa się tragiczne wydarzenia na nowo, prawie jakby stały się chwilę wcześniej. Emocje które temu towarzyszą są trudne do zniesienia. Wspomnienia nie pozwalają normalnie żyć, spać, uspokoić się, zrelaksować. Nie ważne, czy o nich mówimy, czy trzymamy je w sobie. Pojawia się rodzaj pustki, braku uczuć, poza złością i niewiarygodne wręcz zmęczenie stresem, poza który niewiele dociera. Ja radziłem sobie do jakiegoś momentu za pomocą popijania. Leki które mi kiedyś przepisano, zmieniały mnie w intelektualną roślinę. Nie tylko nie mogłem się skupić, ale oddalałem się od otaczającego świata, całkowicie się zamykając. Alkohol działał lepiej, ale decyzje, które podejmowałem były nieracjonalne i doprowadzały do dramatycznych efektów. Nie chciałem się tak czuć, przerwałem leczenie i jakoś przeszło. Byłem twardy. Zakładałem, że sobie poradziłem.

Drugi epizod zaczął się niby znienacka. Tak przynajmniej myślałem. Powinienem zauważyć, że zacząłem opowiadać o moim problemie, mimo że długo o tym nie wspominałem. Zupełnie spokojnie i obiektywnie. Czułem tylko jakiś niepokój, robiłem rzeczy których unikam, byle poprawić sobie nastrój. Zaczęło się od snów. Po pierwszym zacząłem już pić, na wszelki wypadek. Pogarszało się z każdym dniem. Wytrzymałem prawie trzy miesiące, dokąd miałem choć kilka godzin spokoju. Starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, nie wpływać negatywnie na innych. Ale różnie z tym było. Potem przyszło załamanie, dosłownie w kilka minut. Siedziałem w knajpie, ale równocześnie znalazłem się w czarnej dziurze, jakby okopie, wypełnionym czymś lepkim, z którego nie mogłem się wydostać. Tym razem nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie dość, że byłem pijany, to patrzyłem na kogoś z kim rozmawiałem, nie wiedząc dokładnie kim jest ta osoba, czy to na pewno ona i co tam robię? Wybiegłem na ulicę, ale nie byłem pewny gdzie jestem. Zalała mnie fala wspomnień, całkowicie pomieszanych. Pamiętam łzy, nie mogłem się poruszyć, próbowałem przez telefon prosić o ratunek, ale mówiłem coś nieskładnie. Wróciłem do domu, nie wiem jak? Następne dni były koszmarem. Przypuszczam, że nikt z mojego otoczenia do dzisiaj nie rozumie co się stało wtedy, ani co działo się ze mną przez poprzednie miesiące. Straciłem przy tym ludzi na których mi zależało.

Powiedziałem o wszystkim przyjaciółce sprzed lat, która również ma PTSD. Zorganizowała mi psychologa i psychiatrę, którzy zabrali się za mnie nieomal natychmiast, którym jestem za to dozgonnie wdzięczny, dokonali cudu. Nie zrobili tego wprawdzie bezinteresownie, ale wiedziałem o tym od początku, zostałem człowiekiem doświadczalnym. Przeszedłem ekspresową terapię, długo godzinną i wyczerpującą. Nauczyłem się panować nad sobą. Przestałem się wstydzić, że potrzebowałem pomocy. A tych dziennikarzy, to bym…

Kategorie
Toksyczny Życie

Chemia

Choroba uczy pokory. Ale tylko niektóre swoje ofiary. Mnie nie nauczyła. Niczego. Nie zmieniłem się w płaczliwego starca za młodu, który odbiera siły każdemu z kim się zetknie. Nie pytałem Boga dlaczego ja, w nieustannej modlitwie. Nie przyjąłem jej jako kary. Zachowywałem ją dla siebie długo, podzieliłem się nią kiedy już wiedziałem, że albo mnie zmogła, albo z nią wygrałem. Mam do niej jednak żal, zabrała ludzi którzy powinni pozostać, zamiast mnie. Ja żyję, pozostałem. Ich nie ma, ja jestem. Nie stałem się ani silniejszy, ani słabszy, może tylko mniej pewny jutra. Nie wiem czy znowu nie wróci, bo jej w charakterze są właśnie powroty.

Poszedłem na badania. Zasłabłem w pracy. Miało być rutynowo. Atak paniki. Jaki atak? Byłem przemęczony. Okazało się, że nie. Zadzwonił do mnie lekarz, poprosił abym wrócił do szpitala. Posadził mnie na krześle i powiedział: I am really sorry, you have cancer. Lungs. Włosy stanęły mi dęba, czułem to. O jasna cholera, co on kurwa do mnie mówi? Zapytałem czy mogę wrócić jutro. Nie ma problemu, o której godzinie? Może rano? Dziewiąta? Ok. Ok. Wyszedłem z tego szpitala. Nienawidziłem go. Whittington Hospital. Straciłem w nim dwoje dzieci. Jedno urodziło się martwe, wcześniej drugie usunęła kobieta, która wybrała karierę, nie macierzyństwo. Ona jedna złamała mi serce. Właśnie tym.

Powoli wracałem do domu. Wolniej się nie dało. Dwa kilometry zajęły mi resztę dnia i pół nocy. Do wieczora popijałem w parku, zastanawiając się ilu statystycznie, mijających mnie ludzi ma raka. Potem siedziałem w pubie, tępo wpatrując się w telewizor, udając że podniecam się piłką nożną. Stanąłem w drzwiach, wytłumaczyłem się czymś, padłem na kanapę, zasnąłem, wstałem z trudem. O ustalonej porze spotkałem się ze znanym mi już doktorem. Kac straszliwy, kolejne badania, długa rozmowa, analizowaliśmy szanse, ustaliliśmy terapię i to, że w tym miejscu leczyć się nie będę.

Postanowiłem zmienić pracę na lżejszą. Znalazłem tuż obok szpitala, gdzie miałem się leczyć. Zbieg okoliczności? Nie wierzę, musiałem dobrze szukać. Byłem managerem, nikt o nic nie pytał, wychodziłem na przerwach. Kroplówka, chemia, kroplówka, powrót, zombie, udawanie. Pojawiła się terapia w fazie badawczej. Jasne że spróbuję. Przestałem łysieć. Zadziałała. Naświetlania sprzętem, jakby mnie wysyłali w kosmos. Wreszcie operacja, w innym kraju. Powiedziałem przed wyjazdem co się dzieje. Udało się. Dwie małe okrągłe blizny, zamiast wielkiego cięcia na pół pleców. Mediolański dizajn.

Dziesięć lat później. Boli mnie brzuch. Pewnie niestrawność. Ale całymi miesiącami? Kiedy inny lekarz sadzał mnie na krześle, nie czekałem. Wrzody i rak? Tak, skąd pan wie? To nie pierwszy raz. Jaki? Taki? Inny? Tak. To nie przerzuty? Nie. Po tylu latach? No tak, nie możliwe. Tym razem nie wybrzydzałem. Znowu chemia, znowu o tym nie mówię. Powiedziałem szefowi, który stał się moim przyjacielem i dziewczynie, którą przypadkowo spotkałem i stała się na chwilę najbliższą mi osobą. I jej i jemu obiecałem, że nigdy ich nie okłamię. Dotrzymałem słowa. Znowu się udało. Ale nie będę czekał na, do trzech razy sztuka. Śmierć nie puka trzy razy.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Infantylność dojrzałości

Nie znoszę dojrzałości. Odkąd musiałem dojrzeć, bo przystawało to z wiekiem, buntuje się we mnie dziecko, którym jestem do dzisiaj. Nagle, z dnia na dzień prawie, zabroniono mi naiwnej ciekawości, prawa do popełniania błędów, radosnych podskoków, gdy udało mi się nieosiągalne, niczym nie skrępowanego śmiechu z byle powodu, rzucania się głową w nieznane, pozostawiania niedokończonych planów, o których zapominałem, zawodu, bo ktoś mnie zranił. Zastąpiono to odpowiedzialnością, złotem milczenia, dostosowaniem i rolami, których nie wybrałem, siłą charakteru, umiejętnością liczenia zysków i strat, wybaczaniem i wyrozumiałością, trzymaniem reszty mocno pomiędzy pośladkami. Na wszelki wypadek, bo licho nie śpi, bo nie wolno dać sobie w kaszę dmuchać. Zabrano mi zabawki, dano kieliszek Wyborowej. Na początku było dobrze. Mogłem robić prawie wszystko na co miałem ochotę, albo pozwalała mi zawartość kieszeni, ewentualnie nie wkurwiłem doroślejszych ode mnie. Potem było boleśnie i to dosłownie, bo wdawałem się nieustanie w potyczki słowne, kończące się bójkami. To nie były uszczypnięcia, ale rozkwaszony nos, wybite zęby, połamane kości. Byłem drobny, ale zadziorny. Powody mogły być każde. Kto by przypuszczał, że z równą determinacją będę bronił zaczepioną dziewczynę kolegi, jak i książkę Marka Hłaski, której i tak nie przeczytał, dwa razy większy ode mnie zawodowy żołnierz. Zanim dostałem pierwszego sierpowego zaśpiewałem mu: czy to w zimie, czy to w lecie, poznasz chama po berecie. Na głowie miał czerwony. To go nie rozśmieszyło. Wylądowałem na pogotowiu, ale on w areszcie, bo wrócił do jednostki zakrwawiony i bez guzików przy mundurze. Chciałem mu odgryźć ucho. Zostaliśmy kumplami na jakiś czas. Ja wchodziłem cichaczem na wojskową siłownię, i wynosiłem mu wędliny na sprzedaż, on czytał wszystko co mu poleciłem.

Po dojrzałości przyszedł czas na dorosłość. Tej nie lubię równie mocno. Zmieniła mi się twarz. Przestałem być chłopięcy, chociaż pozostałem nadal szczupło chudy. Z ty, zmieniłem się na pan. Długo się ociągałem. Mając ponad trzydzieści lat nadal byłem proszony o dowód przy barze. W końcu alkohol, papierosy, praca i imprezowanie, nawet ponad siły, zrobiły swoje. Posiwiałem. Widzę już zmarszczki, przygarbienie zmienia się w garbatość. Może tylko pozostaje satysfakcja, gdy widzę zainteresowanie mną kobiet, czasami w niebezpiecznie młodym wieku i zazdrość dorastających mężczyzn, gdy pomykam na nartach albo rolkach, albo dam komuś w mordę. Z pewnością nie wiedzą, że jestem bardziej infantylny niż oni.

Nie wiem kiedy, ale przyjdzie czas na starość, jeżeli jej dożyję. Już czuję do niej niekłamaną niechęć. Nie chcę myśleć jak to będzie. Mam jeszcze sporo do zrobienia, muszę nadrobić czas dojrzewania i dorosłości. Mam wciąż dzieci, które chcę wychować i te którym chciałbym pomóc. Może pojawią się jeszcze nowe? Oby, nawet chyba wiem z kim. Nabrałem dystansu, ale dziwię się, że w lustrze nie widzę już małego chłopca, który ma ochotę znowu coś porządnie nabroić, dla zasady.

Kategorie
Toksyczny

Pytanie

Dlaczego pytamy innych o zdanie w sprawach, które dotyczą tylko nas samych? Czy szukamy przyzwolenia, potwierdzenia? Dlaczego nie możemy się bez tego obyć? Przecież nikt nie zna naszych myśli, wie co czujemy, lepiej niż my. Ale i tak pytamy i za każdą odpowiedzią krytyczną, która nas nie zadowala, popadamy w zwątpienie. Rezygnujemy z planów, odkładamy decyzje, nawet pozbawiamy się życia takiego, które chcieliśmy wieść, niekiedy na zawsze, bezpowrotnie. Kulimy się potem, oblizujemy rany, których przecież nie odnieśliśmy, bo nie stanęliśmy twarzą w twarz z wyzwaniem i samymi sobą. Oddaliśmy walkę. Po czasie, refleksji, nagle zdajemy sobie sprawę, że po raz kolejny rozminęliśmy się z przeznaczeniem. I tak do następnego razu. Ile można mieć tych ważnych spraw? Skończoną ilość. Do cholery, nie żyjemy wiecznie.

Nauczono nas tego upewniania się. Od dziecka. Mama wie lepiej, tata też, dziadkowie to już na pewno, bo kochają nas nawet bardziej i niczego złego nam nie życzą. Czasem są to wychowawcy lub rodziny zastępcze, z takim samym skutkiem. Potem pojawiają są nauczyciele, duchowni, guru, samozwańczy mędrcy i kołczowie, całe tłumy. Przyjaciele, którym się możemy zwierzyć, psychologowie, którzy podobno są jak dentyści i wyleczą nas, jak nasze zęby, ze znieczuleniem. Książki, gazety, artykuły. Leje się z nas wartko ta potrzeba potwierdzenia, jak woda na kąpiel, po dalekiej, długiej podróży. Wreszcie dostrzegamy, że konsultanci żyją spokojnie dalej, lub już nie żyją, a my szukamy kolejnych. A każdy kolejny jest coraz mniej nami zainteresowany, mniejszy ma autorytet. Jeżeli mamy szczęście, trafi się wreszcie ktoś, kto wie o co pytamy. Kogo rada nie będzie trywialna, zlekceważona, ani nie pozostanie przy czczym moralizowaniu, kto nie będzie tak naprawdę radził samemu sobie. Dobrze nawet, gdy znajdziemy taką osobę, gdy jest za późno na jedną zmianę, dzięki niej może zdecydujemy się na kolejną, może wytrwamy i dokonamy tej niedokonanej. Trzeba jednak nauczyć się słuchać, nie łowić i zagadywać pytaniami.

Żyjemy w toksycznym świecie. Nieustanie musimy konkurować, porównywać się, odpowiadać na społeczne oczekiwania. Nawet w sprzeciwie wobec tego, jesteśmy natychmiast segregowani, otrzymujemy etykietę, nawet czasem kilka. Buntownik, odmieniec, niedostosowany, aspołeczny, ale bywają gorsze. Wystarczy, że nasz wygląd, sposób bycia, ubiór, przekonania, dieta, seksualność, orientacja, różnią się od uznanej za przeciętnie dozwoloną, a już przypisuje się nas do jakieś grupy, subkultury, z którą nie mamy, nawet nie chcemy mieć nic wspólnego. Więc poddajemy się dla świętego spokoju i upodabniamy się do uznanej średniej, udupiająć na całe lata. Znajdujemy łatwe usprawiedliwienie: chcąc przetrwać, musimy krakać jak wrony, wszystkie tak robią, nawet gdy bardziej przypominają orły. Posuwamy się nawet do tego, że wybieramy sobie ludzi, z którymi przyjdzie nam spędzić życie, którzy nieustannie będą nam o tym przypominać, czyniąc nas jeszcze bardziej niepewnymi.

A przecież nie musimy, ani pytać, ani się upodabniać, ani nawet szukać potwierdzenia. Jest inna droga. Możemy to po prostu mieć w dupie. Nie przejmować się. Nie usprawiedliwiać się asertywnością, która może zaboleć, bo nie musimy nikomu tłumaczyć się z naszych wyborów. Możemy robić to, na czym nam zależy, nikogo nie krzywdząc i nie rozczarowując. Poczekać na samych siebie, dać sobie czas i zbierać owoce własnego życia, nie cudzego, udając że jesteśmy zadowoleni. Nasze związki, jeżeli się na nie zdecydujemy, będą pełniejsze. Staniemy się partnerem, partnerów odnajdziemy, sami nas znajdą. Nasze przyjaźnie będą szczere, oparte na potrzebie ich posiadania, nie lęku przed samotnością. Wychowamy niezależne i wolne dzieci, które będą umiały powiedzieć nie, kiedy będą zmuszane do robienia czegoś wbrew sobie. Praca będzie nas cieszyć, nie będziemy wykonywanej narzuconej, ale tą wybraną. Uniezależnimy się od pokusy pytania.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Toksycznym

Trzy miesiące temu zmienił się świat. Mój. Nie z powodu ukoronowanego wirusa, który jest równie zabójczy jak uczulenie na koński pot, ale skutkiem odwlekania decyzji, które podjąłem chcąc, niechcący, kąsających teraz mocno, jak pchły bezdomnego psa. Spadła mi maska i się rozbiła na milion kawałków, (wyobrażam sobie, że to była taka wenecka, ze szkła), kryjąca dotąd skutecznie moją gębę. Tę jej przynajmniej część, narażoną na celne mordobicie. Ciągle mi się zresztą zsuwała, niedopasowana i sztywna. Mam teraz do wyboru dwie możliwości: założyć nową, czego nie chce mi się już zrobić, znam efekt uboczny, albo nie zakładać i świecić pyskiem, jak pawian czerwonym dupskiem. Uczucie jest dziwne. Trochę jak wyjście na ulicę bez maseczki ochronnej, szytej ze starych łachów w każdym domu, skutecznej jak jej brak. Wzrok potępienia, jakby miało się być zabójcą, czekającym na wyrok, w obliczu majestatu uznanego za święte, zwyczajem prawa. Bo posiadanie maski jest użyteczne, bo jej nie posiadanie jest niebezpieczne i może być zaraźliwe. Bo maska jest jak kaganiec, trzyma w ryzach i nie pozwala się panoszyć. Może też być modna, jak tania kiecka celebryckiej idiotki, z parciem na szkło, stając się przedmiotem pożądania. Kto nie pamięta niedawnych złości na Muzułmanki, oplecione burkami, musiał sam je nosić. Niedawno groziła im za to kara, teraz nawet ateista może ją otrzymać za ich brak. Widać strach, religia i nakaz z jednego zrodzone są łona. Matki tradycji, spłodzone przez ojca kunktatora.

Mam to w dupie i przez nią teraz piszę, co dobrze chyba wróży na przyszłość. Jednak nie zabrałbym się nigdy za pisanie, gdyby nie osoba, której imienia nie mogę zdradzić, nie skomentowała w ten sposób moich obaw, tyle niedawno poważnych, co już nieistotnych. Należy się jej za to anonimowa wdzięczność. Za to, że kilkoma prostymi pytaniami obnażyła moją bezsilność wobec słabości, wspólnych mi ze wszystkimi, czym wywróciła moje życie do góry nogami. Obawą oceny, lękiem zmiany, trwogą przed samotnością i wstydem porażki. Szczerość bywa bolesna. Broniłem się tak długo, aż prawie zapomniałem przed czym. Zamykając jedne drzwi, otwarłem inne, i choć stoję już za ich progiem i czuję zapach wolności, to spod zamkniętych, wciąż widzę cień przeszłości, chcący mnie dotykać i gonić.

Nie jestem święty, nie jestem idealny, potrafię być podły, samolubny, zazdrosny i toksyczny. Za to mogę przepraszać bez końca. Nie jestem jednak tylko uosobieniem zła, wściekłości i żądzy zemsty. Bez namysłu jestem zdolny do bezinteresownej pomocy. Potrafię współczuć, być wyrozumiały, cierpliwy i pokorny. Mogę być zabawny, pełen optymizmu, nie tylko narzekać i obarczać innych winą za moje braki. I to samo widzę w każdym człowieku. Mam jednak odwagę o tym mówić. Nie czekam na przeprosiny tych, którzy uczynili zło, często myśląc że czynili tylko dobro. Mam to w dupie. O tym będę pisał.