Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Porównuję

Przyglądam się. Słucham. Nie wdaję się w rozmowy. Zamieniem wymianę myśli na monologi, które do niedawna były moim sposobem, na ukrywanie kim jestem. Teraz są specjalnością tych, których zachęcam. Krótkimi, i, jak, myślisz? Jakimkolwiek krótkim zaproszeniem. Do prawdy, której nikomu nie wyjawię, nie opowiem, ocenię. Do istoty nie mojego bytu. Dziwię się. Porównuję. Zachowuję spokój. Doceniam. Współczuję. Jestem łowcą, nie polując. Jestem ofiarą, nie drapieżnikiem. Nikt nie wie, że jestem owcą ukrytą pod skórą owczarka. Oswojonego wilka. Nie musi wiedzieć. Ta wiedza nie jest nikomu potrzebna.

Historie są niezwykłe. Osobiste. Prawdziwe. Żyjące.

Zamiast mnie jest chłopiec, mężczyzna, starzec. Święty, przeklęty. Ktoś. Proch i glina.

Człowiek. Ludzka istota. Nikt. Każdy.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

O nas nie mówi konstytucja

Zaczynam się wkurwiać na nowo. Wpierdalać. Roznosi mnie złość. Zdrowieję. Najwidoczniej. Zaczynam się wyprowadzać z równowagi. Za wiele spraw, rzeczy, okoliczności, od miesięcy stało się zbyt letnio obojętne. Majaczące, na granicy świadomego rozpoznania. Ważnych. Cennych.

Mam dosyć. Nalotu dywanowego wiadomości. O imigrantach, złych księżach, dobrych i szlachetnych, politycznie wyrobionych ateistach. Apostazjach. Wyjściach z szafy, gejów, lesbijek, biseksualnych, odmiennych, jak z ziemi egipskiej. Maryjnych i chrystusowych objawieniach. O żydowskich kabałach, nacjonalistach, aresztowaniach, dziennikarzach w Stansted. Granicach, byłych premierach, gańdzi na sprzedaż, partnerach i rkach, mono i poli, wyklętych partyzantach. Ochronie zwierząt i Lempartach centkowanych, w lewo i prawo. Deptanych tęczach i krzyżach. Dietach i chuj jeden wie, czym jeszcze.

Hallo. Jeszcze tu jestem. Jesteśmy tutaj wciąż. Co to kogo, (tak, z przecinkiem) do kurwy obchodzi!? Nie zmuszam nikogo. Nie narzucam się. Tylko sygnalizuję. Jestem. Myślę, czuję, trwam. Nadal. Mam za to pod górę. Jak jakiś Herkules cherlawy. Wymiatam gówna. Ze stajni. Z obory. Klozetu. Dlaczego narzucacie. Się? Po co zmuszacie? O nas nie mówi konstytucja. Nie wyginamy nóg, nie pokazujemy dupy. Odbytu. Nie chwalimy się najnowszym wibratorem. W miejsca intymne. Obrazkiem z pielgrzymek. Składanymi dłońmi. Jesteśmy niewidoczni. Chcemy takimi pozostać.

Chujek, który machał przy drodze z Warszawy, zmusił mnie do słuchania Disco polo i wywodów. Dyrektor gdzieś tam. Zepsuło się autko za milion. Śmierdziało mu w moim. Palę. Przeszkadzało. Zatrzymałem się. Niech pan wyjdzie. Ty skurwysynu, usłyszałem. Reszty już nie. Ze skurwysynem w uszach odjechałem. Otwarłem okno. Szum zagłuszył przekleństwa. Nie trawię Świetlickiego, ale byłem mu wdzięczny, że sobie o nim przypomniałem.

Kategorie
Psychika Religia Życie

Gdy

kotek

Ja. Lelewita. Katolik. Polak, Niemiec, Austriak, Włoch i Wołoch, Szwed i Tatar. Rusin. Litwin. Prawosławny, Muzułmanin. Protestant. Żyd po pra i pra babce, uciekinierce z domu Rabina. Rewolucjonista, z różańcem na szyi i innym na nadgarstku. Chłop, Sarmata, wojownik z lekko skośnymi oczami. Folksdojcz, Janczar. Strzelec wyborowy. Szermierz i nożownik. Bogaty biedak i biedny rozrzutnik. Z gwiazdą sześcioramienną, słońcem i półksiężycem na palcu, w kieszeni, na rzemyku obok krzyżyka. Uciekinier, jak daleka poprzedniczka, lecz nieobrzezany. Znoszący wszystko i wszystkich. I siebie. I ciebie. Was i nas. Ich także.

Ja. Nadmiernie pobudzony. Śpiący, zasypiający. Chodzący ulicami znanych i nieznanych miast. Osiedli, wsi, łąk, wzgórz i gór, dolin. Łapiący się za bolące miejsca. Gdzie ktoś uderzył, i ja, postrzelił, rozciął, chorobowo. Nienormalny, najzupełniej wcale nie. Depresyjny, roześmiany. Ludzki i zwierzęcy. W okruchu ponadnaturalny, jak każdy, nieco boski, bardzo pod i upadły.

Nie otworzyliście mi drzwi, gdy pukałem. Nie daliście mi pić, gdy byłem spragniony. Nie daliście jeść, gdy byłem głodny. Nie osłoniliście, gdy nie miałem domu. Nie broniliście, gdy nie mogłem sam się obronić. Kazaliście odejść, precz. Zrobiłem i robiłem to ja. Nie narzucałem się, widząc niechęć. Nie oczekiwałem pomocy, czując że jej potrzebujecie bardziej. Broniłem zupełnie bezsilny, gdy siły już zabrakło rozdanej.

Poiliście i karmiliście, gdy byłem dostatni. Zapraszaliście, gdy nie było przyczyny. Piastowaliście mnie, na siłę, niepotrzebnie. Nie mam tego za złe. Podziwiam. Na dobre i mniej. Ze smutkiem. Sarkastycznie.

Kategorie
Uczucia Życie

Łamię o nią życie

Przestaję nadążać. Nie chcę już tego wcale. Nie podnoszę się. Prawie już wcale. Jak po krzyku: na kolana skurwysynu. I zostań. Jak pies. Leży. Leży skurwysyn. Nie rusza się. Kopniak, uderzenie łamiące nos. Kastet, pałka, twarde podeszwy butów. Dotykam językiem miejsc, gdzie do niedawna były zęby. Na kolanach. Boję się tylko prądu. I że znowu mnie zawieszą głową w kierunku jądra ziemi.

Zemszczę się. Nie zemszczę. Jestem gorszy niż wy. Nie jestem. Piję, wypijam, byle nie pamiętać. Wlewam w siebie, wdycham, wypalam zapomnie, w każdej postaci. Szaleję, rżnę bez opamiętania. Każdego kto chce i nie. Chce pomóc i wykorzystuje, mnie i ja robię to symetrycznie. Wszystko mi wolno. Być. Wolnym potrafi być tylko prawdziwie nieszczęśliwy. A ja jestem. Człowiekiem z nieszczęściem, wydestylowanym z dobrego charakteru. Nadziei, wiary, tęsknoty. Z niebezpiecznym narzędziem w ręku, gorszymi jeszcze myślami. Zdolny do wszystkiego. Nie zdolny do niczego.

Pęka cienka granica, lat za wielu spędzonych na ucieczkach i powrotach. Kochaniu i rozczarowaniach. Niewłaściwych i niewłaściwymi. Za mocno, za bardzo, za otwarcie. Za bardzo pamiętliwie i naiwnie. Rozbija się popękane oblicze w odbiciu lustra. Lustrzaność zmarszczek w Wildeowskim oczekiwaniu zwrotu akcji. Najpierw więc kara, potem wina. Pokrętna ciężkość bytu. Niech się Dostojewski rozbije, polakożerczą mordą o nowo carski bruk, upadając głową w przód. Niech się francuski Czech wali. To ja jestem bohaterem mojej opowieści. To ja łamię o nią życie, oni tylko połamali pióra.

Kategorie
Śmierć Życie

Kim jesteś? Czy jesteś?

Do ciebie to piszę. Tak, do ciebie. Przenoszę się słowami w przestrzeni, unoszę się na nich pomiędzy miejscami. Obcość. Słowo zbite, utkane jak lniana koszula. Ostre i nieuprasowanie. Na każdą porę, doby i lat. Sięgające daleko. I następne, na którym powracam z wyprawy. Bliskość. Ciągnące się, żywicznie, lepkie i przeźroczyście bezkształtne. Ląduję na nim, woduję, o milimetry od dna. Przybyłem, usłyszałem, zawróciłem.

Kim jesteś?

Tak, o tobie piszę. Rozmazanymi śladami ciągu znaków, które pozostawiam dla ciebie, gdziekolwiek jesteś. Zdaniami, które możesz rozumieć, jak chcesz, lub nie. Ja tylko wprawiam je w ruch. Czarodziejsko nadając im brzmienie, jak nuty zamieniają dmuchnięcie warg w melodyczny, śpiew fletu. Nieodczytane, nie rodzą się. Czytane ożywają, zjawiskowo. Zapomniane, umierają.

Czy jesteś?

Kategorie
Psychika Życie

Nic nie jest łatwe

Miał być alkoholizm. Wysokofunkcjonujący. Takie to było łatwe. Przestać pić. Łagodnie, z głębokim, lekkim oddechem, omijać części sklepów, gdzie czekało uspokojenie. Liczyć dni. Trzeci, piąty, dwudziesty. Miesiąc. Brawo, oklaski. I następny. Nagradzać się codziennym drobiazgiem. Patrzeć jak znika obrzęk na twarzy. Dziwić się, skąd te zmarszczki. Tracić kilogramy, bo i tak bywa. Przybierać zdrowo na wadze. Badać wątrobę. Pochłaniać witaminy, potas. Nawadniać się. Rzucać palenie. Wypić kilka piw, na próbę, znowu czuć dumę. Nie robić głupot, z siebie głupca. Kontrolować się, pierwszy raz od lat. W końcu załamać się. Siedzieć jak zombie. Dzień po dniu. Zmuszać się do pracy, chociaż godzinę, do umycia się, do jabłka, do filmu, do modlitwy, do rozmowy.

Miała być osobowość z pogranicza. Przypadek typowy. Jak z alkoholem. Łatwo. Czekać na działanie leków. Jeszcze dzień, tydzień. Powoli rozpoznawać siebie. Rozumieć dlaczego było się, jakim się było. Wybaczać sobie. Wyrównywać rachunki. Przyzwyczajać się. Obmyślać strategię ruchu, w nowym, nieznanym świecie. Odkrywać, że się nie pamięta wysyłanych wiadomości, wykonanych telefonów. Wstydzić się. Godzić się. Znowu się załamywać, zwiększać dawki, brać pod uwagę szpital. Nie móc zasnąć. Nie widywać nikogo. Ożywać, brać prysznic, przebrać się, wyrzucić śmieci, sprzątać. Powracać.

Nie ma alkoholizmu, nie ma osobowości z pogranicza. Nic nie jest łatwe. Były testy. Analizy. Retrospekcja. Trudna diagnoza. Jest depresja maskowana. Błędy w wychowaniu. Nieufność. Unikanie, wypieranie. Uderzył grom, z opóźnieniem, kopytami apokalipsy. Miało być nowe, powróciło stare. Nigdy się nie poddaję, powiedziałem, tak mnie nauczono. To błąd. Padło krótkie zdanie. Otwierające. Nie pozostało mi nic innego jak zawyć, zaskowytać i zapłakać jak dziecko, którym nigdy być nie przestałem i zacząć życie bez walki. Dorosłe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Bezużytecznie

Łomot w drzwi. Zerwałem się na równe nogi. Cały spięty stoję i czekam. Cisza. Mijają sekundy, jak wieczność. Serce zaczyna walić. Dalej nic zupełnie. Wydawało mi się? Szelest, skrobot? Otwieram. Kurwa, otwieram. Pod drzwiami leży człowiek. Znam go. Z widzenia. Starszy pan, sąsiad, gdzieś z budynku, w którym mieszkam. Ma rower dla niepełnosprawnych, trójkołowy, jak dla dzieci, ale wielki, z kawałkiem drewna w koszyku, wystruganym w trójkąt. Leży we krwi. Sama krew. Jej zapach. Czuję jak uginają mi się kolana, rozglądam się po korytarzu, znad niego. Nie ma nikogo. Widzę tylko ślady krwawych odcisków dłoni na ścianach i posadzce. Nie szarpię. Spokojnie. Nie szalej. Delikatnie dotykam twarzy. Czy pan mnie słyszy? Jakiś ruch. Zwrot po telefon. Pogotowie. Jaki to numer? 212? Wybrałem i wracam. Wciskam zielony punt na ekranie. Opowiadam i zaczynam reanimację. Dmucham, uciskam, odpowiadam na pytania, do chwili, gdy ktoś mnie odciąga. Wyrywam się. On żyje! Przysiadłem. Położyłem się. Bezużytecznie.

Dwadzieścia minut, jak się okazało, trwało to wszystko. Człowiek przeżył. Wywrócił się na schodach. Przyczołgał się do mnie, bo tylko ja się do niego uśmiechałem i tylko ja pomogłem mu dojść do jedynej w pobliżu kawiarni i kawę z nim wypiłem, nawet za nią zapłaciłem. Rozmawiałem. Podałem mój numer mieszkania, zaprosiłem na obiad. Nie pamiętałem i nie pamiętam. Byłem w szpitalu. Pogłaskał mi rękę, którą mu podałem. Uleciała mi dusza, zabierając smutek. Nie zapytałem jak ma na imię. Zapytam jutro. Nie mogę, nie zapytać. Wiem tylko, że lubi Pink Floyd. A ja znam ścianę z płyty The Wall.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Wybacz. Nie

Nie gniewaj się. Gniew nie pomoże. Przeszkadza. Nie mogę zaprosić cię do mojego życia. Nie mogę zaprosić cię do mojego domu, nie zaproszę cię na kawę. Nie tylko ciebie. Nie pójdziemy na miasto. Nie odbiorę twojego telefonu, nie podam ci numeru. Podawałem i dzwoniłem, nie do ciebie. Nie będziemy rozmawiać, nie będziemy się kochać. Nie umiem na trzeźwo. Poznawać się i zapamiętywać zapachu perfum. Nie będzie spacerów, teatru i filmów, kwiatów. Nie zamieszkamy razem. Nie będzie śmiechu, nie będzie kłótni. Nie będziemy czytać swoich książek, ale twoje są lepsze. Nie będziemy mieć nadziei. Nie będziemy się rozczarowywać. Czekać na siebie i zamartwiać. Nie będziemy się okłamywać. Nie będziemy się rozstawać. Nie będziemy zapominać. Nie będzie niczego, czego moglibyśmy się spodziewać. Nie zrobię niczego, co zrobiłem już zbyt wiele razy. Co i ty zrobiłaś. Mógłbym. Nie chcę. Wybacz, musiałem powiedzieć, myśląc to wszystko, czując twój zawód, pretensję, widząc łzę. Wiem, pasujemy do siebie, jak do innych. Może spotkamy się? Przypadkowo.

Kategorie
Chaos Psychika Życie

Miliony kolejnych pigułek

Dzieje się. Źle i dobrze. Złamany paluch i pęknięte trzy obok. Kolor biskupi. Efekt szybszy, niż skuteczność wychwyconej serotoniny. Depresja ponad wszystko. Zgniotę ją, wymiotę. Nowy hymn. Ostatnio złamałem tak palce ponad dziesięć lat temu, pod spadającymi beczkami piwa. Wcześniej, częściej, gdy chciało mi się jeszcze wykonywać wysokie kopnięcia, na macie. Tym razem otwarłem stalowe drzwi, piętro niżej od mieszkania, do którego chciałem dobiec. Nie chciałem zarzygać samochodu, schodów. Nie zarzygałem. Wola i przyłożona do ust dłoń. Leki tak działają. Zmienione. Dobierane. Tak wygląda walka z depresją. Bez wsparcia, które potrafię przyjąć. Albo oddział, albo konsekwencja. Dano mi wybór, wynikły z pozostawania w abstynencji. Bez niej chodziłbym po zamkniętych korytarzach, zamiast otwartych ulicach. Mogę. Przeraził mnie lekarz, z ręką na telefonie. Ambulans. Inny, przyjaciel, wypisał receptę. Wytrzymałem. Z długą listą niezamierzonych pomyłek. Wytrzymałem tak każdy, zapamiętany dzień. Zwichnięty. Przypadek kliniczny.

Nieprzerwane godziny terapii, tylko by zmuszonym pojąć, że bez pomocy, że lepiej już nie będzie. To nie stres. Nie tylko mój Anioł zapadł na melancholię. I ja się w niej zanurzyłem, o wdech, od utonięcia. Dalsze udawanie utraciło sens. Intelektualna manipulacja. Oszukiwanie, dla spokoju. Od zamkniętego zaułka, do ślepego. Tak. Przyznaję się. Jestem na wpół szalony, w połowie niedokończony. Przyznaję to szczerze. Zaszkodzono mnie, teraz ja szkodzę. Muszę przerwać krąg szkodliwy. Nie ja go zbudowałem, ja muszę go zburzyć.

Przedziwne odczucia. Uczucia. Uciekają gdzieś, coraz dalej, poza horyzont współwyczucia. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Z żalem, potwierdzam. Trzęsie się serce, ledwie zasypiają oczy. Huczą skronie. Zmuszane ręce wykonują proste prace, urywki myśli próbują wypełnić pustynniejącą głowę. Zgodnie ze spodziewanymi skutkami. Ubocznymi. Ulegając zanikowi, nie wiem co pozostanie po jego zakończeniu. Nie znam innego stanu, tylko ten sprzed niego. Chaotyczną strategię opóźnionego wycofania. Mistrzostwo maskowania. Unikania, zniechęcania. Samotności w rosnącym tłumie. Dotąd nietłumionej.

Prawda przeraża. Nie wyzwala. Nie wyznawalna publicznie. Wstydliwa. Bycie odmieńcem jest wystarczająco trudne. Wyrzutkiem, do zniesienia. Naznaczonym, niebezpiecznie. Piętnem niedostosowanego, nienormalnego, wariata. Czytałem, jest nas setki milionów. Mija doba, miliony kolejnych pigułek czeka, ze szklankami wody. Może zdążymy, zanim okażemy się za słabi. Na życie wśród ludzi. Dostosowanych. Silnych. Spełnionych.

Kategorie
Praca Przyjemność

Raj utracony

Dla przyjemności, dla porównania, za zadanie.

***

Hail holy light, ofspring of Heav’n first-born,

Or of th’ Eternal Coeternal beam

May I express thee unblam’d? since God is light,

And never but in unapproachèd light

Dwelt from Eternitie, dwelt then in thee,

Bright effluence of bright essence increate.

Or hear’st thou rather pure Ethereal stream,

Whose Fountain who shall tell? before the Sun,

Before the Heavens thou wert, and at the voice

Of God, as with a Mantle didst invest

The rising world of waters dark and deep,

Won from the void and formless infinite.

John Milton, Paradise Lost. The Third Book

***

Bądź pozdrowione światło święte,

Pierwsze zrodzone niebios dziecię,

Albo współwiecznie niegasnący promieniu.

Mogę uklęknąć przed niewinnością?

Odkąd bóg jest jasnością,

I  jedynie w nieprzystępnym świetle

Zamieszkuje od zawsze, będący w tobie,

Oślepiająco jasną współtworząc istotę.

Czy słyszysz tego strumienia ciszę,

Płynącą z fontanny słów? Zanim pojaśniało słońce.

Byłeś przed stworzeniem nieba i boga głosem,

Okrywającego płaszcza połem,

Wschodzący świat wód ciemnych i głębokich,

Wylanych z niebytu, nieskończoności pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Toksyczny

***

Witaj, o światło święte, pierworodne
Dziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnie
Tak rzec się godzi, promieniu współwieczny
Wiecznemu Bogu. On, światło odwieczne,
Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyli
W tobie, przejasny wypływie przejasnej,
A niestworzonej istoty; lub może
Nazwać cię czystym prądem eterycznym,
Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?
Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkaz
Boga, jak płaszczem świat ten owinęłoś
Wyrastający z wód ciemnych, odjęty
Nieskończoności bezkształtnej i pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Władysław Bartkiewicz

Kategorie
Toksycznym Życie

Niczego nie stracisz

Gdy świnia powie ci, że jesteś jak ona, nie przejmuj się, gdy zgodzi się z tym cały, osrany po grzbiety chlew, czas najwyższy z niego wyjść. Świnie nie są winne temu. Świńskość i bród, to jedyne co znają. Jedną świnię możesz przekonać, że się myli, stada nigdy. W grupie raźniej, nawet w drodze do rzeźni. Parafrazując chińskie przysłowie. Wchodzisz między kruki, krakaj jak one. Nie wchodź, jeżeli chcesz mówić po orlemu. W końcu się zorientują, że nie jesteś jednym z nich. Pochwycą cię i rozdziobią, pozbywając się obcego. W kupie siła. Szukaj raczej orlego towarzystwa. Może cię przyjmą? Polecisz z nimi. Nie przyjmą? Niczego nie stracisz. Umrzesz przynajmniej wznosząc się, wysoko. Robiąc to samo ze znanym dobrze, polskim przysłowiem.

Żyć w zgodzie ze sobą było by cudowne. Bardziej nawet, gdyby zamiast ciężaru wiedzy o tym, czego nie wolno, jak się powinno, pojawiła się myśl lekka, że można. Przekonanie, rozwijające się w pewność, ona w codzienność. Wolność woli, nie wola wolności. Wolny wybór, całkowity, zamiast ograniczonego wyboru. Iść własną drogą, nie dozwoloną. Nie kierować się, nadawać sobie kierunek. Nie szkodząc, nie robiąc krzywdy, bez rozczarowania. Dzieląc się doświadczeniem, a nie tłumacząc się z niego. Z poczucia winy. Ukrywając uczucia poznania.

Niczego się nie nauczyłem. Jak inni. Chciałbym. Zazdroszczę zdolności. Jestem opornym uczniem. Nauczki nie sprawiają, że unikam. Nie potrzebuję. Nie ryzykuję. Nie wsadzam ręki do ognia. Wsadzam, w inny sposób. Parzy. Zawsze podobnie, zawsze trochę inaczej. Goję się, pozostaje nowy wzór blizny. Tej samej, już nie takiej samej.

Kategorie
Nic Życie

Le courage ce n’est pas d’avoir la …

Przyjechała belgijska królowa. Śpi w moim łóżku, podczas gdy ja próbuję, na kanapie ludzi, którym remontuję mieszkanie. Nie mam siły wracać do domu. Ochoty naprawiać augiaszowego niedbalstwa. Chcę tylko spotkać się z córką i pójść na plac zabaw, gdzie rosną mirabelki. Królowa ogląda Kraków, potem przychodzi i patrzy na mnie. Zakurzone i brudne, szarzejące ciało, zawziętego mnie, w szale, transie uporu. Lubię jak tak tańczysz. Co? Jak tańczysz, malując ściany, powtarza. Ma z głową gorzej niż ja, myślę. Kuku.* Przeszukała moją szafę. Przywiozła czyste ubrania i ręczniki. Wiem że śmierdzę. Wyjebałem te pierdolone kafelki, położyłem nowe. Wyrwałem brodzik, nadludzkim wysiłkiem, wyginając łom, robiąc pod siebie, wywracając się bez wagi, nieważki. Na Słowackiego, w mieszkaniu na poddaszu, Brazylijczyków, nad którymi się zlitowałem, wycierając się bez wstydu, z cieknącej, zielonkawej sraczki. Szesnaście godzin pracy w upale, gotujący się mózg i ona, podająca mi bez słowa torbę i pytająco patrząca na naprawiony kran, przy wannie. Wychodzi, jedzie do mnie, śpi, zwiedza. Wraca w następne dni z obiadem. Wie że nie chcę mięsa. I tak przynosi. Siedzimy w milczeniu, zjadamy, przy stole, nie jej, nie moim. Nie rozmawiamy prawie, odkąd postanowiła zostać na dłużej. Nie z mojego powodu. Zakochała się w Polsce. Wbijająca się w oczy, kobiecym ostrzem ideału, wypatrywaczy. Pijąca kawę w restauracji, na Placu Nowym, gdzie mój syn miał wesele. Kurwa mać, akurat tam. Wyprałam rzeczy twojego dziecka i posprzątałam, wyrzuciłam wszystko z lodówki, zapleśniałe kanapki także, mówi wstając, zamiast dziękuję i smacznego, pewnego razu, roześmiana. Napraw samochód, gaśnie. Nie możesz nie karmić chomika, który kupiłeś dziecku i nie podlewać kwiatów przez kilka dni. Bo ja tutaj jestem. Wykorzystujesz mnie, niby nic nie chcąc. Znajdź pieniądze i czas. Dla wszystkich. Nie pracujesz za darmo, nie żyjesz w odosobnieniu. Naucz się oszczędzać. Napisała na kartce, którą znalazłem, przyklejoną przy zamku, w obcych drzwiach. Oddałem. Nic nie musisz, dopisałem pod jej pretensjami. Nie zapraszałem Cię. Przyjechałaś swoim samochodem. Przeczytała, zmięła papier, wyrzuciła do worka z gruzem. Skręciła papierosa. Zapaliła, wsadziła mi do ust. Mój ojciec i siostra są tutaj. Pomogą mi się urządzić. Chcą cię zobaczyć. Wybrali miejsce, w którym nie spotkasz znajomych. Nawet Tej. Z Wiednia, złośliwy ton głosu. Nie będzie Anioła, do Warszawy za daleko. Bóg wam się nie pogniewa. Onej. Wrocław się nie przysiądzie. Afrodyta nie poda nam wina. Tamta, Toksyczna ma inne zajęcia. Nie będzie Jego, Innego, Onego. Pijącego. Zaimki źle się tłumaczą w Googlu, wtrąca, nie wiem w jakim celu? Czyta co piszę? Zmienię hasło w kompie. Z miejsc bliskich i dalekich. Z przeszłości. Tylko my. Z teraz. Nie będziesz udawał, że się nie znamy. Wiem że ci się to podoba. Nie czujesz tak zazdrości. Nie zniechęcisz mnie. Le courage ce n’ nest pas d’avoir la force de continuer, c’est de continuer quand vous n’avez pas la force. Ubierz się, wyszoruj paznokcie. Masz w kolczyku zaschnięty cement. Bądź z nami. Nie będzie w tym nic złego. Pojechałabym z tobą przez to miasto konno. Jest puste w ulewach. Boicie się tu chyba wody. Ty też. Brzmi, jakby miało jakieś ukryte znaczenie. Konno? Zdecydowanie chora. Ja konno. Może na ośle? Osiołku? Wyszorowałem. Pobyłem. Boga nie oburzyłem. Nie wiem czy lubię Margo. Boję się jej. Jest nierzeczywista. A będzie bardzo. Wynajęła mieszkanie, dwie minuty od mojego. Ja pierdolę. *Nie wiedziałem. Widziałem nagranie. Faktycznie tańczę pracując fizycznie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Anioł ma depresję

Mój Anioł ma depresję. Nie poprawia się. Trzeba czekać. Poprawi się. Uleczy. Tymczasem Anielskie usta szukają modlitwy. Znajdując nie ukojone, zaciskają je wargami, kończą nie na Amen, na głucho. Walczący Anioł. Z cieniem, odbiciem wieczności. W bezsenne noce. Zmęczone, nie zakończone. Uwięziony grawitacją grzechów.

Rozłóż skrzydła Aniele, upnij anielski warkocz, upleć jak w lepszych czasach. Podnieś porzuconą aureolę. Strzepnij kurz z sukni anielskiej. I wzlatuj. Do innych aniołów. Absolutów idealnych. Wyrwij się. Bądź Aniołem. Jesteś Aniołem. Będziesz. Zawsze.

Anioł nie słyszy. Nie odpowiada na pytania. Milczy tygodniami, z wyjątkiem zapewnienia, że jest. Poza tym nic, w międzyczasie. Podnosi się. Z kolan. Na kolanach. Wiem jak Ci źle. Będzie dobrze. Uwierz mi. Jesteś samym dobrem. Żyję nim.   

Kategorie
Brak Życie

Czekanie

Poprzepraszałem dzisiaj. Wielokrotnie. Z powodem i bez. Znowu mnie zjada mój druh jedyny. Nieodstępujący. Alter ego mój. Karmiący się mną. Łudziłem się, stając nieomal ascetą. Chudnąc tym razem zdrowo, nie chemicznie, nie ze zgryzoty. Że gdzieś się zapodział. Nałóg mój. Nie wolno mi sięgać po alkohol w samotności, nie wolno się poddawać. Szukać przebaczenia na siłę. Trzeźwieć przez kolejne dwa dni, zastanawiając się po co mi była ta próba. Muszę się pogodzić. Ze sobą. Zgodzić na siebie.

Przepraszanie jest konieczne. Przeproszenie jest niezbędne. Mam długą listę. Kogo muszę przeprosić. Nie zawsze się udaje. Wracam po kilku miesiącach. Do serc zatwardziałych. Nie mogę wejść na prostującą się ścieżkę. Widzę ją, czekającą na mnie, wciąż nieosiągalną. Zamiast wybaczenia otrzymuję porady. Wszyscy święci, radzący, nie widzący starań, wyzwań, porażek i zwycięstw. Mają rady. Doprowadzające mnie do wściekłości, niepokojącej, wszechmocnej, wybudzającej demony. Na za długo.

Przeciąga się oczekiwanie. Czekanie. Nadwrażliwe. Naiwne. Niepoważne. Niespokojne. Zazdrosne. Nie zrozumiane. Godotowe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Jeden taki wystarczy

Był ślub. Nieduży. Nie za mały. Było wesele, coś w jego rodzaju. Mój syn został mężem. Jego żona nosi moje nazwisko. Moje, bo przede mną, było mojej matki. Na krótko. Zapuszcza korzenie. Rozrasta się. Kiełkuje, w trzech kobietach, dziewczynce i trzech mężczyznach. Było by nas już ośmioro, w dwóch pokoleniach, brakuje jednej, której już nie ma. Matka nosi czwarte. Ojciec nosił piąte, które było długo i moim.

Stałem z boku, siedziałem z boku. Niedaleko, ale nie razem. Nieswojo. Nie obco. Nie winszowałem pierwszy, nie ostatni. Nie pozowałem do zdjęć. Nie miałem z tym wiele wspólnego. Byłem. Zgodziłem się przyjść. Zostałem zaproszony. Poproszony. Byłem gościem, wśród innych gości. Nie prowadziłem rozmów z rodziną, która nie jest już moją, z rodziną która musi nią pozostać, która się nią stała. Dotrzymywała mi towarzystwa reszta moich dzieci i poznani nieznajomi. Czekałem na wyjście. Trzeźwy, świeży, grzeczny, spokojny, za elegancki, za bardzo zauważalny. Unikałem toksycznych oczu, bo i one tam były, oczu zainteresowanych, ich też nie zabrakło. Nie umówiłem się z koleżanką panny młodej, czego mógłby spodziewać się młody pan. Nie wyswatałem się. Nie dostarczyłem tematu do kolejnych plotek.

Byłem sam. Myślałem jednak o kimś, kto osłodził by mi gorycz bycia tam, tylko dla proszącego syna. Nie taki miał być ten ślub i nie takie w nim moje miejsce. Nie powinno być. A jednak. Obiektu moich myśli nie ma, i nie ma sposobu, aby cofną czas, nieubłaganie stawiający mnie poza nawiasem przeszłości. Do przyszłości, z teraźniejszym staraniem, jak nigdy przedtem. Nie może być więcej takich ślubów. Nie mogę być na nich obecny, nie w swojej roli. To nikomu nie powinno się zdarzać. Jeden taki wystarczy.

Wychodząc chciałem krzyczeć. Wyszedłem szepcąc, trzymając malutką dłoń córki, nie lubię tych ludzi, nie lubię tych rodzin. Przypadkowych. Nie muszę udawać. Dzięki Bogu. Wypierdalać.

Kategorie
Toksycznym Życie

One kogoś mają

Ona kogoś ma. Tamta też i tamta inna też, ma. No i? To dobrze. A ty nie masz! I co? Muszę mieć? Po co je wystraszyłeś? Miałbyś wybór. Przecież zawsze kogoś miałeś. Właśnie. Nie zawsze jest zawsze. Teraz jest teraz. Teraz chciałem się przekonać, czy byłoby warto. Nie było, jak zawsze.

Moje małe miasto rodzinne. Wszyscy się znają. Interesują. To ich interes, co robią inni. Innych interesuje interes ich. Powinien. Tak należy. Dociekliwie. Nie chcąc wiedzieć, wie się, wbrew braku zainteresowania. Wiem co robią, gdzie wyjechały, z kim się spotykają. Wiedza przekracza granice kraju, przyzwoitości. Bezużyteczna. Bezczelna. Wścibska.

Zainteresowanie. Nie wywołuje skutku. Wiedza wystarczy. Krytyczna, chamska, cyniczna. Nie rozumiejąca. Ile pozwolimy poznać? Nie zdołamy ukryć? Nieostrożnie? One kogoś mają? Niech mają. Nie jestem zazdrosny. Nawet ich nie znam przecież. Za długo to nie trwało. Niech mają na zdrowie. Niech są lepsze. Posiadające.

Kategorie
Przyjemność Życie

Dzieci

Płaczą moje dzieci. Przeze mnie. Ja nie mogę. Nie przeze mnie płaczą. Płaczą za mną, za czasem beze mnie. Za czasem ze mną. Płaczą przy mnie. Śmieją się moje dzieci. Ze mną, przy mnie, ze mnie. Nie mogę się z nimi nie roześmiewać. Przestać się śmiać. Do łez. Dzieci. Z nimi czuję się jak powinienem. Mam je razem. Wszystkie. Nie brakuje mi nikogo.

Nie wyjeżdżaj tatku. Ojcze zostań. Stay with my little sister dad. All will be fine again. Przestań się złościć. Nie na nas. Przy nas. Don’t judge people, like you not judging us. Jesteś jedynym kochającym człowiekiem, którego znam tato. Zaśpiewaj Zakręconą, no proszę. Albo Technosmutek. Zatańcz ze mną. Jesteś tylko mój.

Nie muszę przed nimi niczego ukrywać. Udawać, kręcić, dostosowywać. One nie robią tego przy mnie. Wyprowadzamy się z równowagi. Obejmujemy, szukając jej zachowania.

Naprawdę codziennie chodzisz do kościoła? Dalej tęsknisz? Dlatego jesteś sam? Tak. I nie.

Nie brakuje ci wcale alkoholu? Nie chcesz nic zapalić? Schudłeś tak przez pracę? Kyllä. Ja ei.

Masz znowu pieniążki? To twój nowy domek? Nie jesteś już szalony? Trochę tak. Nie pytaj.

Jedyne takie dzieci. Jedynie dla mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

Na dobre. Na złe

Znasz mnie? Zapytałem. Bardzo dobrze, odpowiedział. Chuja mnie znasz, pomyślałem. Naprawdę chuja mnie znasz. Nie wiesz kim jestem i jaki. Nawet nie mam pewności, czy ja sam to wiem o sobie. Ciągle się zaskakuję. Przeniosłem się do wewnątrz, udając zainteresowanie poza. Mógłbym mu powiedzieć, że jest ignorantem, zarozumiały, jest bucem. Nie znalazłem powodu. Męczył bym się jeszcze bardziej. Odkąd nie piję, awantury mnie męczą. Ja też go nie znam. Nie mam ochoty poznać. Nigdy nie miałem. Nie jesteśmy dla siebie interesujący. Nie muszę się wysilać. Czekałem na koniec straty czasu. Zabrał mi go. Ktoś.

Za bardzo się dotąd starałem. Już nie. Nie wiem kiedy to się stało. Stałem się wybiórczy. Wymijam. Nie unikam ludzi. Nie zniechęcam, nie przekonuję. Złoszczę się od czasu do czasu. Za kierownicą zawsze. Klnę, obserwując ze wściekłością esencję egoizmu, zalaną wrzątkiem ambicji. Mam nudności, gdy pomyślę o, lub widzę usiłowania bycia kimś więcej, ważniejszym. Niż ja, inni, wszyscy. Przechodzi mi. Wysiadam z samochodu, odwracam wzrok, zamykam telefon, wyłączam się. Zajmuję się swoimi sprawami.

Nie dałem się poznać. Do czasu, mam pewność, lękałem się. Po czasie, nie czuję potrzeby. Nie jest to niegrzeczność. Posiadam wciąż zdolność udawania. Leją się z moich ust monologi. Bucha ogień kontrowersji. Przybieram pozy waleczne, oburzone, pełne zrozumienia, współczucia. Nieobecnie. Nie mam nic do powiedzenia. Niewiele mnie obchodzą ludzie, których nie obchodzę ja. A tak jest. Wiem to. Na dobre. Na złe. Nie jestem w tym sam.

Kategorie
Życie

Nie mam o czym pisać

Mam pisać. Klepać wprawki i poprawki. Rozkładać zdania na dialogi, dopisywać didaskalia. Nie mogę. Nie mam pomysłów. Kręcę ten sam zestaw sylab. Mielę w głowie, jak stary chleb w ustach. Mdli mnie, od tych, się i których. Nie mam o czym pisać. I dla kogo. Nie jestem samowystarczalny. Nie chce mi się tłumaczyć, sprawdzać gramatyki. Pochwały mnie irytują. Krytyka bardziej. Zaczynam, siadam i siedzę. Wstaję, wracam i patrzę w ekran. Całe noce. Bezmyślnie. Bezpłodnie. Wymęczam coś. Wymazuję.

Zapominam po co się staram. Mam nie dać dupy. Konieczne. Ciągle mam szansę. Zależy mi. Udowodnię. Spóźniony i niezadowolony. Muszę odpocząć. Nie umiem. Nauczę się.

W pracy olśnienie. Nagrywam. Wracam do domu. Odsłuchuję. Nie rozumiem. Nie pamiętam o co chodziło. Rozszyfrowuje. Pół strony. Trzecia nad ranem. Mam coś jeszcze? Stacja jest zawsze otwarta? Kochany Orlen. Piwo? Nie. Jakoś zasnę. Nie będę jeździł jutro po pijaku. Zlituj się, mówię do siebie. Wysil się. Zapal. Papier lubi dym. Budzę się z bólem pod czaszką, nie rozebrany. Nie w butach tym razem, bez kurtki, przepocony, z niesmakiem w gardle. Nie. Dalej śnię. Bez talentu.           

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Ogarnięty jestem. Toksycznie nudny

Jest dobrze? Jest lepiej? Jest właściwie? Przewidywalnie jest? Już? Ogarnąłem się. Bóg jeden wie, jak nie lubię tego, się ogarnij. Prawie jak, na klatę. Prostackie, niby nowoczesne. Karaczate. Pokraczne. Tak współcześnie. Z tatuażami bez znaczenia, pokazywanymi, na napuchniętych sterydami bi i tri, nawet quarto cepsami, napinającymi szwy przydrogiej marynareczki. Pod rękę, z bezrozumem cud gibkim, na motylej diecie, po liftingu wąskiej kreski warg. Nienaturalnie lśniących, od czoła po brodę. Od Tatr po Bałtyk. Od Bugu po Odrę. I dalej na Zachód. Marzenie. Weź się kurwa ogarnij. Popatrz na nas. My jesteśmy. My. Mięśnie i usta. Ruch i słowa. Wynik i parcie. Bierz przykład. Lepiej wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Podziękuję. Na samą myśl czuję w wyobraźni, jak z zaciśniętych zwieraczy, mimo wysiłku, biegnąc najkrótszą drogą do przystani najbliższego sedesu, wybucham. Uf. W ostatniej chwili. Zdążyłem. Potem wstając mogę alegorycznie popatrzeć z wysoka, na ogarnianie się. Żałując, że nie dostrzegę wyraźniejszych kształtów, poprzez zasłonę papierowej celulozy z wybielonych, segregowanych pudełek po pizzy z dowozem, w pojemnikach z Ikei. Ukrytych w kuchennych szafkach na zamówienie, zaplanowanych, w mieszkaniach z balkonem, domach ukwieconych, z przystrzyżonym trawnikiem. Na kredyt. Za gotówkę. Za pracę w korporacji. Za niewolę wymuszonego śmiechu z niezabawnych żartów szefa. Niewolę wykorzystywania siebie i kto się pozwoli. Niewolę pokaż się, a zastaw się, a sprzedaj matkę, a i przyjaciela. Instagramatyczną tyranię, spływania z prądem, na fali. Jak moje brązy i pomarańcze w otchłań klozetu. W nic. W szambo. Zapomnienie. Pulvis es et in pulverem reverteris. Kark nie musi mieć karku. Niewiasta przy boku może być mężczyzną. Plastycznie dziewiczym. Niczego to nie zmieni. Czy to ktoś ogarnie?

Przeniosłem się. Z samochodu do kawalerki. Czwarty dzień mija. Tanio. Wygląda drożej. Budzi mnie słońce. Teraz ostre jak sztylet. Nie pijąc, płacę za godność, rozumianą jako nie pozostawanie bezdomnym wstydem. Nie tak dawno była by to równowartość dwudniowego wynagrodzenia, na ucieczce, w Belgijskim azylu. Nadal sprzątam czyjeś nieporządki. Simply fab. W skrócie, czyjś SYF. Nie narzekam. Średnią krajową przekraczam. Nie umiem się ustawić. Nieprawda, nie chcę. Brzydzi mnie to. Cwaństwo. Umiem ciężko pracować. Lubię, naprawdę. Kawalerka jest dużym pokojem z wygodami. Na suficie widać nieznacznie, gdzie stały wyburzone ściany. Taka moda. Próbuję urządzać. Jest czysto. Wylizałem. Oszczędzam wodę i prąd. Namydlam się i obmywam. Lodówka ledwie chłodzi. Gaszę światło. Nie zapalam. Niewiele mam. Większość tego co miałem, poszło na śmieci, zanim powróciłem z wygnania. Szkoda książek i płaszcza. Zemsta, złośliwość byłej? Partnerki? Przy niej to słowo nabiera nowego sensu. Ciała. Gaszę papierosy w popielniczce z pasztetowego aluminium. Gotuję w małym garnuszku z supermarketu. Na patelnie przyjdzie czas. Ale kupiłem roślinę w doniczce. Czerwona pokrzywa. Złotych 2,99. Gdy całkowicie oszaleję, będę z nią rozmawiał. Powiesiłem obrazy i lustro, jedyne pamiątki po ojcu. Z małego patrzy na mnie Jezus. Pamiętam go od zawsze. Sentymentalnie.

Nikogo już nie kocham. Poza dziećmi i babką, którą widuję tylko na zdjęciach. Suchą jak wiór. Miłości chrześcijańskiej się uczę. Powoli. Ciągle się w niej gubię. Jestem chłodny. Stałem się zbędny. Mam nie pomagać. Tylko sobie. I sobie podobnym. Zaplątanym. Nikt nie pomaga mnie. Próby kończą się fiaskiem, nie wystawiam się na pomoc, chyba że w modlitwie. Czekam na spotkanie z córką. Już ponad miesiąc. Może spotkamy się wszyscy. Na ślubie syna. Młodszy przyjedzie z dalekiej północy. Zamieszka u mnie. Jestem sam. Nie samotny. Trzymam się z daleka. Nie patrzę, nie rozmawiam, nie wdaję się. Nie zostawię, nie usłyszę zostaw mnie. Czasami tęsknię. W błyskawicach skurczy serca. Czego chcieć więcej? Ogarnięty jestem. Bardzo. Toksycznie nudny. Ja pierdolę!

Kategorie
Mam to w dupie Przyjemność

Nie zapomniałem o niej

Widziałem ją. Dwa razy tego samego dnia. Musiała przyjechać. Nie podszedłem, ukryłem nieznacznie. Minąłem ją. Niewidzialny. Drugi raz się zapatrzyłem. Dyskretnie. Nie wydawało mi się. Była warta zniechęcenia. Za dobra dla mnie. Żywa, prawdziwa. Dobra. Normalna. Piękna. Jej oczy! Nie patrzące na mnie. Nogi chciały mnie do niej zaprowadzić. Nakazałem im zmianę kierunku. Nie podszedłem. Nie szukałem niezręcznego milczenia. Po powitaniu, bez tematu. Kontynuowanego milczenia. Nie wiedziałbym jak się wytłumaczyć. Nie zmienił bym tym obojętności, którą wytworzyłem, starannie.

Wróciłem piechotą. Wsłuchałem się w muzykę. Nawet w tę, której ona słucha. Pomarzyłem. Gdybym postąpił inaczej? Co by było? Było by jej ze mną dobrze? Była by szczęśliwa? O czym byśmy rozmawiali? Gdzie chodzili, z kim się spotykali, co pili, gdzie byśmy pojechali. Jakie zbieralibyśmy wspólne wspomnienia? Czy śmiała by się do mnie, równie serdecznie jak do przyjaciół, z moich żartów. Czy umielibyśmy by się kochać? Czy umieli pieścić, dawać przyjemność. Czy pokonalibyśmy przeszkody, rozwiesili mosty? Czy pozwoliła wierzyć? Czy to było to? To co mnie i ją ominęło? Nie? A gdyby to była pomyłka? Nie dowiem się.

Zasypiałem myśląc o niej. Przy niej. W niej. Dotykałem piersi, obejmowałem biodra, wplatałem ramię pod jej głowę, całowałem szyję, zachwycając się urodą. Mówiłem do niej. Czule ją czułem. Szukałem wspomnienia zapachu, który poznałem w wychyleniu. Z telefonem w ręku, patrząc na numer, którego nie wybrałem. Numeru, którego nie muszę już zachowywać, ale nie chcę się pozbyć. Imię z dopisanym, Jedyna najpierw i Tylko potem. Mógłbym ją zaprosić, mam już gdzie. Z nadzieją.

Nie zapomniałem o niej. Takich jak Ona się nie zapomina. O takich się pisze. Takie kobiety powinno się kochać. Myśleć o tym.

Kategorie
Toksyczny Życie

Przepraszam siebie

Upadek i upadki. W pogoni, jak zwierzęta w rui. Nic nowego. Moje. Znowu wydałem i rozdałem co miałem. Nie zamieszkałem na ulicy, nie wynająłem śmierdzącego hostelowym potem piętrowego materaca. Zasypiam i budzę się w samochodzie, który zdążyłem kupić, zanim zamieniłem go na kilka tysięcy grejpfrutowych małpek, stówki wkładane w kieszenie potrzebujących, paczki dla tych, którzy nie mają nad sobą nawet dachu jaki mam ja. Nie wytrwałem, nie zorganizowałem się na czas. Miałem wyjechać. Po raz kolejny chciałem zakończyć ten przewidywalny ześlizg końca, końcem ostatecznym. Nie zakończyłem. Powiedziałem. Zostałem ukarany. Nie widuję już dziecka, dla którego pozostałem. Mam się ogarnąć. Ogarniam się. Nie piję. Ciężko pracuję. Sprzątam czyjeś domy. Przyglądam się roztropnym, którzy mają rodziny i domy. Mogą wstać i się umyć. Wstać i się wysrać, spuścić wodę. Nie parkować, niedaleko otwartego wychodka. Nie wiedzą jakie to nienormalnie normalne. Nie kąpać się na dworcu, udając podróżnego, albo zastosować technikę nawilżonych chusteczek. Ogolić się, nie używając kubka z gazowaną wodą i wstecznego lusterka. Uczesać czyste, nie odświeżone włosy. Zagotować wodę na herbatę. Rozprostować wygodnie nogi, zamiast podkurczać je, oparte o drzwi samochodu, z zawieszonymi marynarkami i kurtkami, tak aby nikt nie zauważył, że ktoś w nim, na tylnym siedzeniu, stara się odpocząć. Zastanawia się jak naładować komputer, aby nim naładować telefon? Ile dni można nosić skarpetki? Czy jeszcze kocham, czy już zapomniałem?

Oszczędzam, prawie każdy grosz. Muszę coś wynająć. Stać się znowu, zwyczajnie stać się. Udaję, że jest ze mną wszystko w porządku. A nie jest. Wrzody rozsadzają mi żołądek. Jestem na diecie. Mięsnej. Wegetarianin. Pszenny chleb i najtańszy pasztet. Przynajmniej to łatwo trawię. Marzy mi się ciepła zupa.

Modlę się. Nie dlatego, że trwoga do Boga prowadzi. Modlę się tak samo jak chwilę temu, gdy było zwyczajnie. Spowiadam się. Przyjmuję komunię. Proszę. Staram się i czekam. Mam małe potrzeby. Uczę się. Nie myśleć już o wielkości. O kolejnym niewielkim postępie. Bóg mi pomaga. Zawsze pomaga. Zaczynam to rozumieć.

Jestem w dobrym nastroju. Wiem, że to dopiero początek. Poprawy. Nie czuję złości. Nie gniewam się. Nie mam pretensji. Nie rozczulam się. Nad sobą. Staję się sobą. Uczciwie. Ufnie. Poddałem się, aby się nie poddać. Nie przepraszam innych. Przepraszam siebie.

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć sie kolwiek dzieje:

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,

Jako prze zimne czasy

Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,

A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie,

Ten śnieg z nienagła zéjdzie

A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,

W rozliczne barwy znowu sie odzieje.

Nic wiecznego na świecie:

Radość sie z troską plecie,

A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,

W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje,

Gdy mu sie dobrze dzieje;

Więc też, kiedy go Fortuna omyli,

Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie

Serce ma być jednakie;

Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi,

To da, to weźmie, jako sie jej widzi.

Ty nie miej za stracone,

Co może być wrócone:

Siła Bóg może wywrócić w godzinie;

A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.

Jan Kochanowski, Pieśni, Księgi wtóre. Pieśń IX

Kategorie
Brak Pamięć Życie

Nie wpasujesz się

Spełniające się proroctwa tych, którzy źle nam życzą. Pewnych, że życzą dobrze. Uczą twardości charakteru. Janczarskiego. Słuchaj powtarzających się proroctw tak długo, aż staną się częścią twojej osobowości. Zadręczonej, niepodważalną pewnością, że jesteś wcieleniem braków, wybrakowanie szkodzącym tym, którzy ich nie posiadają. Cokolwiek byś nie zrobił, udowadniając, że nie, jednak nie, całkowicie nie, zupełnie nie, nie jest ważne. Wystarczy jedno potknięcie i wiesz, że mieli rację. Ich błędy nie szkodzą im, tylko tobie, są bezbłędni we własnych. Wysiłek poprawy, którego nigdy być nie powinno, bo nic poprawy nie wymagało, wali się jak ułożony dom karciany. Powalony świadomością upadku, kolejnego i potwierdzającego. Byłeś nikim, będziesz nikim, jesteś nikim. Niezmiennie, powtarzanie. Nie ułożysz nigdy niczego do końca, trwale i bezpiecznie. Nie będziesz nawet fundamentem. Nie zrozumiesz, że bycie w błędzie przynosi zysk, kosztem winy i niższości innych, którzy albo uznają tę zasadę, albo zostaną wypchnięci poza granicę układu, opartego na szczerym nie przyznaniu się do winy. Bez niego nie będą mogli zrzucić jej na ciebie. Nie będą posiadać tego, co odebrali tobie. Bycia równym w poszukiwaniu.   

Możesz być wykształcony, tryskać wiedzą, rozumem, inteligencją, witalnością, talentami, żartem i siłą. To nie ważne. Złamaną duszą, potrzaskanym sobą widzisz, że wokół siebie nie znajdziesz nic, poza wypaloną przestrzenią. Nie umiesz kochać, nie umiesz szczerze, nie wiesz jak być, kiedy i dlaczego. Tylko jesteś. Nie wiesz na jak długo, po co, w jakim celu. Nie przychodzisz, nie ma cię, nie odchodzisz. Jedyne co wiesz, że przyjdzie kres. Jak niezliczone końce, rozpoczętych i nie zakończonych. Listów, zdań, spowiedzi, rozmów, planów, chęci, nadziei, strachu. Pretensji, żali, kolejnych prób, rozwiązania, nawiązania, przepraszania, tłumaczenia, że na krótki moment byłeś, a nie było cię. Słuchałeś swojego głosu, który wiesz, że należy do ciebie. Obserwując swoje ciało, którym poruszasz. Odczuwasz ty, ale nie to ty jednak, to ktoś, kogo nie znasz. Wszystko twoje, a jednak nie. Czyjeś. Twojo, nie twoje. Czyjoś, nie czyje, nie mojo moje. Nie moje spełnienie, nie ja jestem jego przyczyną.

Rozpoczynasz wszystko od nowa. Po raz kolejny. Następny. Cieszysz się rozpoczynaniem, tylko to umiesz. Jesteś początkiem. Czasami udaje ci się przeciągnąć to rozpoczynanie, aż do początku budowania. Łudzisz się, że może tym razem nie zobaczysz powstających pajęczyn pęknięć. Odwrócisz wzrok, udasz że ich nie ma. Im dłużej udajesz, tym pęknięcia stają się szersze. Gdy się odwrócisz zobaczysz ruinę. Jeżeli się nie odwrócisz wiesz, że nie zobaczyłeś ruin, które pozostawisz. Zazwyczaj wiesz, że zanim zaczniesz zaczynanie, nie doczekasz się nawet i tego. Twój, nie twój głos powie, co musi być powiedziane, twoje ciało, nie twoje, rozwieje nadzieje. Potem skurczysz się, zwiniesz, schowasz. Na jakiś czas. Rozwiniesz się, powstaniesz. Staniesz pewnie, czekając na kolejną porażkę.

Krzywdzisz. Nie chcesz. Chcesz być taki jaki jesteś. Nie wolno ci. Możesz być tylko taki jak inni. Na gruzach budować kolejne gruzy, które nazwiesz osiągnięciem. Nie swoimi rękami. Tych, którzy położyli kamienie węgielne wierząc, że tworzą coś więcej niż tymczasowość, wiedzących, że to jedynie wiara, nadzieja, nie pewność. Jak spojrzenie w oczy, dotykające serca, gdy serce nie okaże się oczekiwanym, gdy zboczysz na ścieżkę innego rytmu jego bicia. Staniesz się kamieniem odrzuconym, którego nikt nie podniesie. Nie zostałeś obtłuczony na miarę, pozbawiony krawędzi właściwych samemu sobie i nie wpasujesz się w oczekiwaną trwałość nietrwałości. A tego nigdy nie chciałeś. Pozostaje ci własne bycie w niebycie. Masz chociaż to. Niczego innego nie poznałeś. Pozostajesz, jesteś, zanikasz.

Kategorie
Uczucia Życie

Wenus w kroplach

Nie interesujesz się? Źle. Interesujesz się? Bardzo źle. Gorzej. Utrzymujesz dystans? Błąd. Nie utrzymujesz? Błąd się potęguje. Jesteś sobą? Tracisz. Udajesz? Kim nie jesteś? Nic nie zyskujesz. Czujesz? Nie znajdujesz wzajemności. Nie czujesz? Odczuwa to, niekochany ktoś. Wbrew, jak i ty wbrew czujesz. Powiesz nie, winnym, się stajesz. Tak, zgodzisz się, nie zmusisz się, nie.

Nie udzielę ci pomocy. Nie chcę twojej. Zapomnij, ja zapominam. Życie po tobie jest Życiem. Życie bez ciebie jest Życiem. Żywotem. Moim, nie wspólnym. Z tobą. Ciebie nie ma. Nigdy nie było. Już nie ma. Mogło. Nie mogło. Zniknij. Znikam. Mało mnie, już tak mnie niewiele, nie przypominam siebie. Nic się nie stało, nic. Nie stanie nic się. Nic.

Uśmiecham się do wspomnień. Jak ja to dobrze znam. Ile razy wchodziłem do tej wody? Setki, tysiące? Zimnej, drżąc, nabierając gwałtem, ożywczego tchu. Gorącej, odskokiem, jak oparzony. Letniej, nieokreślonej, spokojnej, nie natchnionej. Nie zmienię tego co było, tak robiłem. Dlaczego woda jest teraz inna? Nie zbliżam się do niej. Nawet jeśli, mocząc w niej stopę, szybko ją cofam. Nie odczuwam. Przyglądam się jej. Jak płynie, faluje, nie porusza się. Lubię ją, nawet zielono nieprzejrzystą. Błękitną i szarą, po horyzont, niespokojną. Brudną, zanikającą, kałużami po deszczu. Wypatruję Wenus w kroplach, łzach, pocących się mgłą łąkach.

Wierzę wciąż. Kochanie. Wierzę w miłość. Nie tą wywspominaną. Nie tą z twarzami, kilku zapamiętanych, miłosnych. Miłość mimo, pomimo. Nie zamiast, nie z wyboru. Od zmroku do białych nocy. Nie poszukiwanej, prze opowiadanej. Stałej. Nie poddanej.

Kategorie
Psychika Życie

Lekcja. Beserk

Dostałem szału. Wewnętrznego. Berserk. Zacisnąłem zęby. Wydusiłem kilka najgrzeczniejszych zdań, które mogłem, przywracających kogoś do porządku, bez skargi. Bez krzyku i wyzwisk, cisnących się przez napięte mięśnie warg. Potrzebie złapania za gardło i zaduszenia. Każdy może mieć zły dzień. Ja ich mam za dużo. Każdy ma. Ten miał być dobry.

Byłem w sklepie, ostatniej Almie. Kto zna Kraków wie. Gdzie i co. Mogę mieć na myśli. Za drogim. Jedynym w okolicy, do którego nie muszę iść kilometrami, nie muszę jechać. Mogę dojść. Do spacerować.

Ja i córka. Zabrałem ją na Drogę. Krzyżową drogę. Dziecinnie ładną. Dziecinnie krótką i nie przerażającą. Potem zakupy. Tato to, tatusiu proszę. Tatku, tatku. Zobacz. Musimy to mieć. Czyli musi malutki człowieczek z pomysłem. Wie jak prosić, nie zmuszając. Uroczo. Ciepło. Pomysłowo.

Zanim była Droga, był samochód. Za wycieraczką liścik. Panie kierowco, proszę nie parkować przed czyimś domem. Ciśnienie wysoko wyskoczyło. Pewnie policzki, jak uszy, wypełniły się karminem. Miałem w ręku flagę? Robotniczą? Majową? Ulice, jak przypuszczam, nie należą do nikogo. Pod domem, gdzie teraz mieszkam, za który płacę, bo mój mi odebrano, zmianą testamentu, ulica pełna jest samochodów. Kielecki numer rejestracji? Odkupiłem. Wciąż nie zamieniłem na mój, miejscowy. Pół roku na zmiany. Stałem już raz w kolejce. Stanę ponownie. Idziemy dalej. To był mandat, zapytało dziecko? Idziesz do więzienia? Nie. Pulsuję. Wasze ulice, nasze kamienice. Teraz i ulice. Dysocjacyjnie, żydożerczo, z procentami Żyda w sobie. Nie konstrukcyjnie? No nic. Kto to jest debil? Pytanie. Debil? Powiedziałeś, że mandat napisał debil. Debila córeczko, poznajemy po tym, jak pisze. Co mówi, jak się zachowuje. To był kretyn. Kretyn? Potem zobaczyła, kim jest i debil i kretyn.

Kasjerka patrząca na mnie. Z obrzydzeniem. Bo mam na twarzy przekłute kawałki metalu. W większości ukryte pod niezbędną maskującą maseczką. Patrząca ze współczuciem na córkę. Rzucając we mnie prawie zakupami, nie tanimi. Proszę poczekać, nie nadążam za panią. Niech pakuje! Niech pakuje? Słucham panią? No pakuj, świrze, pod nosem dopowiedziane! Coś ty powiedziała? Córka przybliżyła się do mnie, wyczuwając zagrożenie. Powtórz jeszcze raz. Cisza. Co ty sobie wyobrażasz? Jesteśmy na ty? Zamiast pani, mam ci powiedzieć gruba krowo, bo masz nadwagę? Cisza. Mam skomentować poobgryzane paznokcie? Odrosty? Cisza. Nie podoba ci się praca? Zmień na inną. Chyba że nie dasz rady? Cisza. Brak ruchu. Zakupy już nie suną z prędkością rozpędzającego się samolotu. Czekają. Coś ci we mnie przeszkadza? Byłem niegrzeczny? Czujesz się lepsza ode mnie? Cisza. Wzrok wbity w ekran kasy. Dobra, chciałbym zapłacić i zapomnieć. Pani też powinna. Przepraszam powiedziałem, nie usłyszałem.

Ta pani to był debil? Kretyn, zapytało dziecko? Myślę, że jedno i drugie, tylko nie naprawdę. Ta pani nie szczególnie lubi samą siebie. Nie powinna. To była taka lekcja, dla niej i dla mnie. Musimy ciągle uczyć się żyć wspólnie, nawet gdy bardzo się różnimy. Zresztą, niczym się różnimy. Szanujmy się. Tak, ale zawsze… Córka dopowiedziała sobie resztę. Nie przerwałem jej. Potem przytuliliśmy się mocno. Tuliłem ją tak długo, aż wyschły mi zły. Przykrości, nie żalu.

Kategorie
Religia Życie

Nie nadążam za Tobą

Tyle razy mój Boże na Ciebie narzekałem. Że Cię nie ma. Nie ma, gdy potrzebuję. Wybacz, przepraszam. Byłeś wczoraj. Musiałeś być. Nie pozwoliłeś się skurwić. Być tylko występkiem. Chęcią wyzwolenia z przestrzegania tego, czym i kim dotąd nie byłem, nie musiałem być.

Błogosławię i polecam siebie i innych, równie upadłych i podłych. Upodlonych. Błogosławię. Ciebie.

Nic nie jest jakie było, mój Ty. Nie tylko wiszący na szyi, nie tylko ukryty w kieszeni. Nie koralikami, nie tylko. Nie w mojej jedynie. Nie tylko za karę, nie popełnioną, nie na krzyżu Mój, nie w pacierzu i słowami zwiastowania. Mój, który nie pozwoliłeś mi się skurwić.

Trudno jest się nie poddać. Ludzkim odruchom. Dłoni dotykającej dłoni. Przesuwającej się. Dłoniami w ciało. Nieznane, pełne. Musiałeś być, Gaszący, pożar zajęty od iskier w oczach, rozpalający, moich i nieznanej mi, której poznałbym tylko gorączkę, wywołaną i podsycaną moją.

Brakowało tylko sekund, krótkich. Do bycia, jakim dotąd byłem. Jakim się znałem. Brakowało potwierdzenia. Tak. Chcę. Muszę. Niewypowiadalnego zatopienia w nieznane, piękno, czekające na moje, tak. Nie mamy przecież nic do stracenia. Nie będziemy i nie musimy na nic czekać. Na pozwolenie. Musimy sobie pozwolić. Wyzwolić. Siebie. Zostać jednym, w jednej chwili, której wspólnie się doczekamy. Dotrzemy.

Tylko tak bym Cię zapytał Boże? Na koniec modlitwy. To na pokuszenie? Przecież to nie był sen? To była kobieta. Sam ją stworzyłeś. Z urodą przed którą klęknął bym, jak robię to przed Twoimi ołtarzami. Wiesz, że już jej nie poznam. Takim jak ona się nie odmawia. Tacy jak ja nie odmawiają. Jednak. Wybór, czy przypadek?

I raz jeszcze. Zapytam. Pamiętasz jak na mnie musiałeś patrzeć, gdy nie próbowałem nie kurwić się, jak robimy to wszyscy. Za nadzieję, za moment, za chleb, za srebrnik? Za dzień kolejny, w udawanym szczęściu? Dla kogoś? Dzieci. Rodziny. Spokoju. Zasad. I wiary? Końca i początku? Bez końca i początku? Bez. Niczego. Czym jest brak czegokolwiek? Zanim i potem?

Kim jesteś? Czym? Ktoś, czy Coś? Jesteś? Jednym z nas? Poszedłeś dalej. Nie nadążam za Tobą.

Kategorie
Spokojnie Życie

Czekam na cykliczność

Kończy się zima. Długa, przeciągnęła się na pięć pór roku. Sezon chłodu. Ocieplam się. Sprzątam, wymiatam, myję, układam. Czekam na Zmartwychwstanie. Boga i moje. On powstanie cieleśnie, we mnie odrodzi się duch. Nigdy nie brałem tego na poważnie. Nigdy dotąd nie żyłem jak teraz. Czysto. Prosto. Odwiedzam kościoły, modlę się. Spowiadam, klękam do komunii. Odnawiam postanowienia i decyduję się na nowe. Przyglądam się tylko półkom z ulubioną, płynną obietnicą zapomnienia, co trzeci raz zapalam papierosa, nie sięgam po zakazane. Kupiłem zeszycik. Mały, w kratkę. Uczę się algorytmu oszczędności. Namówił mnie, zesłany Anioł, który zawsze wie lepiej. Nie jest idealnie. Jest trudno, początki nigdy nie są łatwe.

Wymroził mnie chłód wydłużonej zimy. Postarzył. Poszarzył. Poniżył. Wdzięczny jej jestem, mimo braku współczucia. Zdziesiątkowała wielokrotnie szeregi przyjaciół, wskazała nowych, na których mogę polegać. Przestrzegła przed udawanymi. Zaciągnęła mnie na drugi koniec kontynentu, poszerzając horyzont widzenia. Przeobraziła w jałmużnika, zmusiła do myślenia, przypomnienia, przewidywania. Odebrała egoizm, oddała indywidualność.

Wiosna idzie. Powoli. Niezdecydowana. Czekam na nią. Zieloną. Przywracającą życie. Zapowiadającą złociste Lato i wielobarwne pejzaże Jesieni. Z nimi przywitam się, całując je w ręce, wyzwolony z lodowatego objęcia, w które przygarnęła mnie Zima. Czekam na cykliczność. Naturalną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Cień. Cierń

Nazwałem dobrego kolegę, pierdolonym chujem. Nie powinienem. Miałem rację. Pomyślałem tak. Nie tylko o nim. Nie wstydzę się. Chociaż? Zły dobór słów i niezrozumienie problemu. Zarzucił mi rozrzutność. Ogólną. I on też, miał rację. Swoją własną. Obraził się, ja nie. Zdolność do obrazy rozwiała się z mgłą pewności, której nikt nie powinien nigdy trzymać się, niematerialnie zanikającej. W jej braku. Przejrzystym. Nie wytłumaczę. Nie da się tego zrobić. Są doświadczenia, których nie zastąpi się opowieścią. Najlepszą.

Jak wytłumaczyć, że kiedyś była zabawa. Kosztowna. Teraz jest odnajdywanie się. Nie tańsze. Nikt nie pytał skąd. Tyle siły i oporu? Teraz pojawiają się pytania? Nieporozumienia? Nie ma ich. Jest szczerość.

Drodzy jesteście moi. Serdecznie i w moich kieszeniach. Głęboko sięgacie. Ja wszystko, wy niewiele. Ja zebrane darmowe owoce, na placach, po siódmej wieczorem. Nie morza. Obite jabłka. Wy dla siebie, ja dla innych. Nie pocieszeni wy i dotąd nie mający nic przeciw, nie oburzeni, gdy płacę za siebie i za wasze. Urywkami duszy, skrawkami życia. Zawodem i zawodami. Nie jest tak? Korzystacie? Kupuję was, czy się sprzedajecie? Ja piję, wy się delektujecie. Idziecie do domów. Niekochanych żon i mężów. Synów i córek, o których nigdy nie opowiadacie naprawdę. Dzwonicie do kochanek i kochanków. Z teraz, przedtem i możliwych. Mógłbym je opisać, namalować, gdybym miał taką zdolność. Robicie to przy mnie, mnie się spowiadacie. Brzydzę się i wysłuchuję. Rozrywany. Ty też tak robiłeś. Nie. Nigdy. Mam zrozumieć? Nie! Jest subtelna różnica. Ja niczego nie planuję. Nie jestem wyrachowanie przygotowany. Nie szukam. Odwracam się. Odrzucam, nie dla siebie, innych, przypadków, nie możliwości. Nie zawsze się udaje. Wstydzę się. Wam to nie przyjdzie do głowy?

Nie poproszę was o pomoc. Nigdy więcej. Gdy prosiłem, nigdy jej nie otrzymałem. Mam radzić sobie sam. Radzę. Sobie. Są tacy, którym się nie radzi. Pomaga. Byłem taki. Będę? Źle proszę. Nie poproszę. Proście. Będzie wam dane. Mnie nie. Niedane.

Słowa składające się na zdania. Jak litery na ich równoważność znaczenia. Za dużo mówię? Odpowiadam. Na ciszę. Męczę się. Wy pewnie także. Ja powiem że tak, wy że to jest najwyraźniej moja wina. Szkoda. Moglibyśmy sobie tyle powiedzieć. Monolog na monolog. Wybór. Cień. Cierń. Mróz.

Kategorie
Życie

Nie krzywdząc

Umówiłem się na randkę z szaloną Angielką. Znowu. Mamy ten sam problem, stres, który prowadzi nas na skraj zrozumienia, że nie możemy istnieć poza nim. Wrósł w nas, ogranicza nas, pozwala nam żyć, tak obserwujemy innych, tak tylko możemy wiedzieć czego od nas mogą chcieć. Robimy rzeczy, które nie są naszymi. Wyborami. Randka to za wiele, może za mało. Umowa niewerbalna, bez robienia, niczego, na siłę, nigdy lub zawsze. Nie zrobimy sobie krzywdy. Nie ma oczekiwań, będzie dużo do opowiedzenia.

Wypijemy dużo kawy, z dodatkiem koniaku. Ale bez pijaństwa, mamy do tego skłonność. Będę pytał, słuchał. Jak gdy się poznaliśmy przypadkowo, przejdziemy przez miasto, potem się obejmiemy, wiedząc, że mogło by być za dobrze, albo całkowicie nic by nie było. Bez pocałunków i zbędnych gestów nie pójdziemy do łózka. Umówimy się znowu, znowu będziemy żałować. Nie rozszarpiemy się na cząstki i nie poranimy. Toksyczna i Toksyczny. Oxford i Kraków. Anglia i Polska. Moje dwie ojczyzny po połowie i jej w trzech czwartych i jednej czwartej części.

Staniemy nad Wisłą w tłumie. Połamani własnym wysiłkiem. Nikt się nie domyśli. Wyglądamy jak niezniszczalni pół bogowie, z kolczykami na twarzy, wyzywający, atrakcyjni bez przyczyny, inaczej ubrani, pewni w gestach, stawianiu kroków. Wiemy, że trochę się nas boją, trochę wstydzą, nie wiedzą jak na nas reagować. Za grzeczni i za szczerze się uśmiechający jesteśmy. Z dystansem i nie na pokaz. Przyjrzymy się sobie ze zrozumieniem. Zapalimy dwudziestego, kolejnego papierosa. Znowu opowiemy o swoich miłościach, o tym jak bardzo nie umiemy kochać i nikt wie jak nas pokochać. Jak odpychamy, bo kochają nas nam nieznani, nie znający nas, tylko wyobrażenie. A nie chcemy ofiar. Nie wolno nam znowu być ofiarami. Jak czekamy i wypala się w nas nadzieja. Jak przekuwamy słowa pisane i wypowiadane na czyjąś złość. Nie pijemy powiem. Nie pijemy odpowie. Musimy być ostrożni. Nie wolno nam się dotykać. Potrafimy się powstrzymać. Powiem że jest post. Roześmiejemy się. Zapomniałam, katolik. Człowiek, przypomnę, niedoskonały.   

Staniemy pod jej domem, pod jej drzwiami. Popatrzymy sobie w oczy z pytaniami. Wchodzisz? Proszę nie wchodź. Chcesz abym wszedł? Proszę, nie chciej. I rozejdziemy się. Do następnych pytań.

Nie zawsze możemy być razem. Z kimś. Warto się wstrzymać. Nie wchodzić. Nie wracać. Być, na chwilę, chwile. Naprawdę. Pobyć. Zżyć się. Przeżyć. Dożyć.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Rozmawiać lub milczeć

Nie lubię już niedomówień. Niedopowiedzeń. Zadawanie pytania, innego niż retoryczne, wymaga wysiłku. Namysłu. Wywołane komentarzem, wymaga wysiłku podwójnego. Odpowiedź nie jest zawsze konieczna. Są pytania, które się wymknęły myślom, inne nie powinny być zadane. Same się zadają. Te, których powodem jest poznanie, zrozumienie więcej, nieodpowiedziane stają się stratą. Dopytywanie o nie jest językowym obskakiwaniem: powiedz, no powiedz… Dookoła, podskok, podskok. Jak szczenię. Powiedz, no powiedz… Zrzygałbym się na siebie, gdybym tak robił. Gdy odczuwam taką potrzebę czuję, robi mi się w ustach gorzkawo. Jak próbując zmusić do rozmowy, ważnych rozmów, gdy ich brak oddala na dystans, poza którym tylko nic już pozostaje.

Nie zawsze byłem uczciwy w rozmowach. Musiałem się nauczyć szacunku. Niepozostawiania domysłów, pozostawiających nadzieje, niepewność, wprowadzających w błąd, wikłających, zarzucanych sieciami przypuszczeń. Musiałem się nauczyć szczerości. Nawet gdy szczerze kłamałem, chcąc się kogoś pozbyć i rozczarować. Nie odpowiadać, zagadywać. Nie pozwolić zadać pytań, na które musiałbym odpowiedzieć. Nie manipulować, nie dominować, nie zastawiać pułapek, nie bawić się kimś, nie wykorzystywać. Nie przywiązywać do siebie słowem.

Nauczyłem się rozmawiać. Wymieniać myślami. Mówić wprost, niecenzuralnie. Ośmieszać się i ośmielać. Nie wyśmiewać, nie onieśmielać. Pytać i odpowiadać. Jak samemu sobie, prawdziwie. Tylko tak chcę rozmawiać. Tylko to jest rozmową. Ze śmiechem szczerym z samego siebie, wspólnym z kogoś, gdy się roześmieje. Gniewem, gdy należy się gniew. Przykrością, gdy jest powód do goryczy. Uzupełniając się. Tylko tak już chcę. Rozmawiać lub milczeć.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Niebo zakochanych

Wczoraj były Walentynki. Nie przesadzam z ich ważnością. Mam je w dupie. Ale jakoś tak było, niemrawo, jakbym wcale ich tam nie miał. Nikomu nic nie podarowałem, nie przesłałem, nie życzyłem. Nikogo nie przytuliłem, nikt nie przytulił mnie. Nie było kwiatów, wina, kolacji, okazji do wyjścia, spacerów, kąpieli ze świecami, dotyków, pocałunków, potarganych włosów, uniesień prowadzących do orgazmów, poprzez coraz mniej skromny seks. Nic się wielkiego nie stało. Zastanawiałem się, czy ja kiedyś będę w stanie kogoś kochać i z kimś się kochać, tak jak chcę, jak ktoś? Czy ja tylko kiedyś jeszcze kogoś przygodnie przelecę, z konfesjonałem w tle? Czy będą jeszcze ważne dni i daty, które przebiegną w zaangażowaniu, nie ze wzruszeniem ramion? Zatrzasnąłem wszystkie drzwi, aby nie musieć ich otwierać, jak więc mam otworzyć następne?

Była niedziela. Poszedłem na mszę do brzydkiego kościoła. Niewiele jest brzydkich w Krakowie. Brawa dla architekta, musiał mieć misję. Udało mu się! Chyba przez sprzeczność, nigdy nie widziałem tylu pięknych ludzi naraz, w jednym miejscu. Kościół był wypełniony, usiadłem za ołtarzem, taki projekt, na wprost tłumu wiernych. O ja nie pierdolę Boże, pomyślałem. Nie wierzę. Pod maseczką opadła mi szczęka. W pierwszym rzędzie zakonnice. Od staruszki, po dziewczyny w nowicjacie. Idealne, twarze w proporcjach artystycznych. Mogłem zobaczyć, zsuwały maseczki do komunii. Dalej pary i samotni mężczyźni i kobiety. W każdym wieku. Ładni, ładne, piękni, spokojni, rozmodleni, uważni, wyjątkowi.

Wychodząc przypatrzyłem się im jeszcze raz. Bałem się, że wszystko mi się wydawało, że to gra światła, półmrok, zmęczenie. Nie wydawało mi się. Znalazłem się na chwilę w niebie. Niebie zakochanych i kochających. Oby takimi pozostali. Nie tylko w taki dzień.

Kategorie
Toksyczny Życie

Jebnij innych losie

Miało być o włosach. Obcinanych, zapuszczonych, kolorowanych, siwych, spalonych utleniaczami, świętych. Pisanie jak co dzień, o 4.14 rano. Jak od, nie wiem nawet od kiedy. Rozpoczynane kilkoma linijkami przed zaśnięciem. Nic z tego. Innym razem. Dopadła mnie bezsenność. Brakuje mi kościołów w zasięgu słuchu i wzroku. Bolały mnie uszy, zrastające się na coraz mniejszych tunelach, które często muszę przemywać. Zapach nie przypomina perfum. Wyszedłem, przejść się. Daleko nie zaszedłem. Zaspy w środku miasta. Zobaczyłem na śniegu ślady krwi, jeszcze ciepłe, nie zamarznięte. W ciemności ulicy, na chodniku leżał on. Pozostawiony na śmierć, patrzący na mnie z lękiem. Bezdomny, duży, chudy, brudny i poraniony. Ranny pies, pozostawiony bez pomocy. Warczał na mnie, gdy się zbliżyłem. W telefonie znalazłem numer najbliższego weterynarza. Zadzwoniłem, mieszkał niedaleko, przyjechał w kilka minut. Zbadał zwierzę. Zawieźliśmy go do całonocnej przychodni. Chcieli go uśpić. Nie pozwoliłem. Leczenie będzie kosztować, to nie pański pies. Zabierze pan go do domu? Nie chciałem się tłumaczyć, że nie mam domu, zatrzymałem się chwilowo u przyjaciela. Zapłaciłem za RTG i zastrzyki, rano zawieźli go do schroniska, zrobiłem przelew. Pies przeżyje.

Cały dzisiejszy dzień zastanawiam się, czy mam go odwiedzić? Powinienem? Czy nie pojawi się poczucie odpowiedzialności i będę chciał go zaadoptować? Czy to dlatego, że kiedyś, kilka razy kopnąłem swojego psa, bo zjadał jakieś ścierwa na spacerach i srał po psiemu w posłanie? I mam wyrzuty sumienia, których nie umiem się pozbyć? Czy dlatego, że nie poszukałem kota, który mi uciekł w zimową noc i nigdy go już nie znalazłem, bo zamiast szukać zasnąłem, pijamy jak bela, wściekły, że znowu nasikał na fotel? I nie umiem sobie tego wybaczyć? Czy to dlatego, że nie mam nikogo, kto bezinteresownie by mi pomógł, bo nie jestem idealny? Czy to dlatego, że nie chcę do się nikogo przywiązywać i obdarzać uczuciem, bo boję się straty i że znowu coś zepsuję? I już przyjaźń wydaje mi się niebezpieczna.

Dlaczego tak często zdarzają mi się takie sytuacje? Dlaczego nie zdarzają się ludziom z czystym, czystszym sumieniem? Akurat ja musiałem znaleźć tego psa? Gdybym go nie znalazł, zamarzł by na śmierć, czy może znalazł go by ktoś inny? Czego los się po mnie spodziewa? Tak się staram być egoistyczny, epatować tym, zniechęcać, aby pozostawiono mnie na chwilę w spokoju. Gdy już go prawie czuję, jeb, znowu mi nie wolno. Litości. Jebnij innych losie, od czasu do czasu.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Śmiej się

Zakazy, nakazy, przykazania, zasady, prawa, oczekiwania. Tabu, oceny i podporządkowania. W każdym miejscu i czasie. Świat nie wybierany, przygotowany na pierwszą myśl, której nie zapamiętasz. Zbiór. Musisz tylko go uznać. Pokochać jak własny. Zasiać na nowo i nauczyć kolejnych siewców pielęgnacji. Nauczyć, że nie wolno. Inaczej. Wolno tak tylko, jak przygotowano.

Miłość, przyjaźń, radość, pocałunek, przytulenie. Zaufanie, pewność i zrozumienie. W każdym z nas. Uczucia, kierujące w niepoznawane, którego nie da się rozpoznać zanim nie nadejdzie. Niezrozumiane. Zapomniane. Odnawiane i zawsze przeżywane. Tylko tak wolno ci się uczyć o nietrwałości. Bez niej zabłądzisz.     

Wiedza, wiara, współczucie, praca, pomaganie. Pierwszy oddech, z przyrzeczeniem ostatniego. Biciem serca, ale nie na zawsze. Przygotowani na nie wolno, nie teraz, nie tutaj, nie tak. Zniechęceni do tak. Tak, wolno. Tak, teraz. Tak, tutaj. Tak, z nim, z nią. Zmęczeni. Przedmiotowi i niezrozumiali. Poddani i podporządkowani. Bez prawa wyboru. Prawa.

Morderstwa, wypadki, gwałty, znęcania i molestowania. Bicie, krzywdy i opanowanie. Każdego, zawsze. Rozpacz i szloch. Strach. Brak nadziei. Złożony. Tak tylko nauczysz się rozpoznawać ciemność i światło. Cienie i szarość. Co ci wolno, a czego nie? Nie płacz. To nieprawda. Wolno. Śmiej się.

Kategorie
Chaos Polityka Życie

Wystarczy. Wstęp

Każdy kto przeżył wojnę wie, że jest ona największą tragedią ludzkości. Spotkaniem ze złem, nieobliczalnym, w najbrudniejszej formie, które nikogo nie pozostawia bez winy. Zmienia na zawsze, wydobywa najniższe instynkty, najbardziej prymitywne, najmniej ludzkie. Zmienia osobowości, łamie charaktery, odbiera wiarę. Przetrwanie za wszelką cenę staje się jedyną wartością. Inne, osłabiające wolę przeżycia zanikają, przestają być ważne, stają się równie zabójcze jak wróg, który uległ takiej samej przemianie, degradacji. Albo my, albo oni, wojna nie pozostawia wyboru.

Wojny się kończą. Pozostają ofiary. Sieroty, inwalidzi, psychicznie złamani. Niedostosowani do życia bez wojny, która toczy się dla nich i w nich nadal. W nienawiści do sprawców ich nieszczęść, do siebie samych, zdolnych do czynów, których nie mogą wybaczyć ani sobie, ani tym, którzy stali się sprawcami ich popełnienia. Zło nie znika. Trwa nadal. Drąży, nie pozwala zapomnieć. Czeka. Na zemstę, która ma zadośćuczynić krzywdy. Oddać sprawiedliwość. Upewnić się, że to nie my ponosimy winę.

Budowanie życia na nowo, po doświadczeniach wojny, nigdy się nie kończy. Nawet po odejściu pokolenia, które przeżyło ją osobiście. Pamięć o niej tworzy bariery pomiędzy byłymi wrogami. Wygasły konflikt przenosi się do świata sztuki i nauki. Podsycany pytaniami, obrazami, bardziej lub mniej prawdziwymi. Historia okazuje się nie opisem rozwoju i ewolucji, ale niszczenia i rewolucji. Fałszywym.

Wojna, którą obserwowałem i stałem się uczestnikiem nie była przypadkowa. Miała powód. Nierozwiązany dylemat. Narodowości, religii, stron, po których należało się opowiedzieć, tożsamości. Wyboru. Ta wojna toczyła się setki lat. Nawet dłużej. W umysłach. Na tyle długo, że jej oczywistość i wybuch nie był zaskoczeniem. To co się podczas niej działo, jej rozmach i skutki, już tak. Jako obcy, znalazłem się w miejscu, które nie było moim. Nie wybierałem strony. Ona wybrała mnie. Wbrew każdej z możliwości. Poza jedną. Humanizmem i ofiarą, złożoną na każdym z ołtarzy, każdego wyboru. Wojna, której można było uniknąć. Która nie powinna się nigdy rozpocząć. Wywołana przez polityków, ich ambicje, brak wyobraźni, pożądanie władzy i posiadania. Nikt kto powinien, nie poniósł kary. Śmierć poniosło dwieście tysięcy ludzi, w większości bezbronnych, zamordowanych w czystkach etnicznych, nowoczesnej formy eksterminacji. Im poświęcam tę książkę.

Kategorie
Uczucia Życie

Moja kara, nie moja wina

Zemszczę się, na Boga zrobię to. Na Bogów. Nie pozostanę dłużny. Kropla krwi za każdą kroplę. Łza za łzę, oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego nie miał bym tego zrobić? Mam się powstrzymywać? Miałbym przebaczać, aż nie pozostanie ze mnie nic? Poza przeznaczeniem wybaczania? Muszę zaczynać od końca, nowiny, która odeszła i nie powraca? Mogę zacząć od początku. Noża Abrahama i ustalonej zasady. Coś ty mnie, ja tobie. Z satysfakcją spełnionego prawa, moim czynem, moim głosem, moją myślą. Stojąc na rozwidleniu dróg, trojakich, w trójcy, którąś muszę wybrać. Siłę, zbawienie, świadomość. Nie podzielę się, nie rozdzielę. Idąc jedną drogą, nie przejdę innymi dwoma, nawet jeżeli prowadzą do tego samego celu. Nie poznam tych, których nie przejdę. Będę ubogi w poznaniu, będę pozbawiony wiedzy o wydarzeniach na nieprzeszłych drogach.

Pierdolę. Taka zemsta nic nie jest warta. Błąkająca się po księgach, których nie nawiedził żaden bóg. Najbliższy tym księgom, jest może, gdy modlący się wzywają jego imię. Tylko które? Imion ma wiele. To które znam, nie jest znane innym. Innych nie jest znane mnie. Z moim jesteśmy na Ty. Rozmawiamy zamiast składania pokłonów. To nie On potrzebuje zemsty. Oczekuję jej ja. Wyrównania rachunków. I moje bóstwa domowe. Pamięć i miłość.

Inna zemsta mi się marzy. Delikatna jak powiew Zefira. Miła. Pogodna. Cnotliwa. Nie moja w wykonaniu. Boska. Wymierzona sprawiedliwie. Nie moją ręką. Jakby jej nie było. Odbierająca, czego nie będzie, mogące się zdarzyć i się nie wydarzy. W nieświadomości odchodzących możliwych, których nie będzie. Moja kara, nie moja wina. Nie zawsze moja, nie zawsze moje. Zemsta niewiedzy. Niewinna. Paląca oczekiwaniem, którego nie będzie. Niby nie zemsta, ale ja będę wiedział.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Nie zawiodę

Co się dzieje? Czym zasłużyłem sobie na przyjaciela, który mnie rozumie? Czy wybaczono mi, gdzieś, gdzie nawet boję się spojrzeć, wysoko? W głębie mojego szaleństwa, które porządkuje się z chaosu w układ kolorów tęczy. Dlaczego nie spadam już w przepaść? Skąd ta ręka, której nie poznając dotyku, uchwyciła i trzyma mnie mocno. Dlaczego rozumiem, to co dotąd nie było zrozumiałe. Gdzie mój egoizm, gdzie poczucie, że wiem, chociaż nie wiedziałem niczego?

Nie oczekuj, mówię sobie. Ciesz się. Nie każdemu jest to dane. I tak jest. Tak się staje. Powolną wymianą, uleczającą rany, zadane sobie i przez kogoś. Mnie i przyjacielowi. Od przyjaźni zaczyna się wszystko, co może nam być dane. Nie zakłamane, w przyjaźni nie ma miejsca na kłamstwo. Przyjaźń nie ma miejsca, czasu, gdy się zacznie, zdaje się trwać wiecznie, od zawsze.

Mój przyjacielu. Wybacz, że mogę czasem Cię rozczarować. Że mogę być niezrozumiały. Że mogę być zachłanny. Że będzie mnie czasami za dużo. Będę się starał, aby tak się nie działo. Nie zawiodę.

Krótko. O przyjaźni nie trzeba pisać wiele.

Kategorie
Polityka Psychika Życie

Covid to prowokacja

Zostałem sprowokowany przez znajomą, nieznajomą Niewidkę, która lubi komentować moje wpisy. Niech się stanie, moje światło. Napiszę, co sądzę o pandemii. Innym językiem niż zazwyczaj, zdarza mi się wciąż napisać coś, co jest czytane, nie tylko tutaj. Zmieńmy nieco więc styl. Ale zanim zacznę, zaklnę: kurwa, robią z nas idiotów. Warto sprawdzić, kim jest idiota. Poniższe przemyślenia nie zostały wcześniej opublikowane, nie są w żaden sposób miarodajne i stanowią jedynie moją własną opinię.

Nie ma pandemii, jest wirus. Nie pierwszy, który doświadczył ludzkość i z całą pewnością nie ostatni. Za słowem pandemia, groźnie brzmiącym, nie kryje się nic, co powinno wywoływać panikę, jest określeniem epidemii o większych rozmiarach. Słowo jest pochodzenia starogreckiego. Lubimy się poocierać o starożytność. Im szlachcic głupszy, tym więcej łaciny używa. Nadaje to wyższą rangę zdarzeniom, nawet zupełnie prozaicznym. Postraszyć się nią i podelektować świadomością brania udziału w czymś wyjątkowym, doprowadza do ekstazy umysły miliardów ludzi na całym świecie. Im większa wyobraźnia, tym bardziej nieprawdopodobne są jej wytwory. Pandemia to spiski, ciemne siły nacisku, manipulacje, polityka, kara za grzechy. Tylko wybierać i jest temat na niekończące się rozmowy. Ale nie przy piwie w knajpie, kawie w kawiarni, kotlecie w restauracji, nawet sojowym. W domu, pracy, w drodze do nich, na ulicy, w Internecie. W środowisku kontrolowanym. Liczbą biorących w niej udział i treścią wymienianych opinii, które nie umykają uwadze algorytmom Googla,  Facebooka i całej reszty podglądaczy.  

Nie będę zanudzał statystykami. Wystarczy poszukać. To nie jest blog edukacyjny. Dostęp do informacji jest wciąż nieomal nieograniczony (można wejść w Dark Web, jeżeli ktoś się nie boi). Wszechobecna przeżywana, tak zwana pandemia, nie ma nic wspólnego ze słowem które oznacza. Odsetek przypadków śmiertelnych w stosunku do zachorowań jest niski. Skandalicznie niski, chciało by się powiedzieć. Covid to nie grypa Hiszpanka, która zabiła więcej ludzi w latach 1919/20, niż ich poległo na wszystkich frontach pierwszej wojny światowej. A krew się na niej lała strumieniami. To nie dżuma, cholera, czy ospa. Dwie pierwsze choroby pozbawiły niektóre kraje, gdzie się pojawiły, nawet połowy mieszkańców. I to kilkakrotnie. Ostatnia wybiła dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, umożliwiając jej podbice w tempie ekspresowym. Efekty pandemii były także różne. Potomkowie przeżyłych w nich Brytyjczyków, dziedzicząc po zmarłych, stworzyli społeczeństwo demokratyczne i utworzyli imperium nad którym nie zachodziło słońce, podczas gdy potomkowie konkwistadorów stali się żebrakami, zapominając, że wysoka podaż złota, doprowadzi do obniżenia jego wartości i trzeba siać zboże, nie tylko je kupować. Mogli się tego spodziewać, mieli Hiszpańskich Scholastyków, ekonomistów na miarę, nawet dni dzisiejszych. A ospa, odra, gruźlica? Co z chorobami wenerycznymi? Z nimi, zamiast maseczek, pojawiły się skuteczne prezerwatywy, początkowo robione nawet z jelit. Co z rakiem, którego uleczalność w niektórych przypadkach równa jest zeru?

Jest pandemia? Raczej nie. Gdyby miała nią być, umarło by co najmniej miliard ludzi w ekstazie, nie półtora miliona. W najgorszym przypadku mielibyśmy już do czynienia z wymieraniem ludzkości i zaburzeniem struktur społecznych. Tak się nie dzieje, a przecież człowiek nigdy mnie był tak mobilny, jak obecnie, przenoszenie powinno nas wybić już do nogi.

O co chodzi z tą pandemią? O pieniądze i władzę? Nie zawsze o nie chodzi. Żyjemy w niecodziennych czasach. Przynajmniej my, w państwach bogatszych, o rozwiniętych gospodarkach. Jesteśmy pierwszymi pokoleniami ludzi rzeczywiście wolnych i sytych. Mamy prawa o których, naszym niedalekim przodkom, nawet się nie mogło śnić. Stajemy się zakładnikami wolności. Własnej i czyjejś. Nie w rozumieniu od, do, ale uniwersalnej. Wolności do wyboru, prawa do życia w sposób wybrany. Taki stan doprowadza do anarchii. Podważania autorytetów przez nowe pokolenia, które są bardziej wykształcone i świadome niż antyczni filozofowie, na których opiera się nie tylko kultura europejska, ale także Islamu, który prezentowany jest, jako jej wrogi. Wraz z reinterpretacją ich myśli, i ich następców, pojawia się zagrożenie walki wszystkich ze wszystkimi, nie ewolucji i pokojowej współpracy. Wprost niczego innego, niż życia w świętym spokoju. Ceną są ograniczenia, systemy prawne, podatkowe, moralne, etyczne, które z jednej strony pozwalają nam żyć dłużej, zdrowiej i bezpieczniej, dzięki opiece medycznej, policji i wojsku, edukować się, w zorganizowanym szkolnictwie, z drugiej groźba, że nie tylko jednostki, ale ich grupy wypowiedzą temu posłuszeństwo.

Pandemia jest idealnym pretekstem aby ograniczyć wolność i wypróbować jak daleko można się posunąć, aby nie doszło do otwartego buntu. Mamy być współodpowiedzialni za życie i śmierć nie tylko bliskich, ale własnego narodu i zbioru narodów, na przykład w sztucznym tworze politycznym jakim jest Unia Europejska. Z pomocą przychodzi propaganda i psychologia społeczna. Każdy, kto jest przeciwny nazwaniu stosunkowo niegroźnej choroby pandemią, staje się wrogiem wspólnoty ludzi odpowiedzialnych. Kto nie podda się, nie konstytucyjnym wytycznym, bo aby mogły się one stać ustawowymi aktami prawnymi, musiał by zostać wprowadzony stan wyjątkowy, jest karany mandatami i sądem, który zamienia się w proces pokazowy. Kto czytał Franza Kafkę, wie co mam na myśli. Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma także i inny wymiar. Przenosi odpowiedzialność za upadek i zadłużenie przedsiębiorstw na ich właścicieli. Państwa zamiast odszkodowań zaoferują pożyczki, dodatkowo obciążając podatników, wywiązujących się ze swoich zobowiązań, wciągając w uzależnienie finansowe, którego nie będzie można łatwo się pozbyć. W naukach społecznych jest określenie działań, które doskonale wpisuje się w obowiązujące zasady życia w warunkach pandemicznych. Jest to samo spełniająca się przepowiednia. Perfekcyjnie wykorzystali je naziści, którzy ostrzegali Żydów, że ich postępowanie spowoduje reperkusje, z którymi muszą się liczyć. Powtarzając to ostrzeżenie, wywołali taki skutek, że pogromy i Holokaust nie były potępiane, ale rozumiane jako zasadna kara. Zapytajmy od jak dawna pojawiają się ostrzeżenia o potencjalnej pandemii i jej skutkach, a konkluzja nasunie się sama. Zapytajmy o koniec nazizmu i czekajmy na koniec pandemii. Byle by nie ofiar.

Pojawia się jednak światełko w tunelu. Przekornie. Rządy i gigantyczne korporacje nie radzą sobie z wprowadzoną paniką. Przerosła ich. Niedostateczne przygotowanie służb medycznych, traktowanie chorób współistniejących jako przyczyny zgonów na koronawirusa, bankructwa firm świadczących usługi niewirtualne, rozrost ponad miarę firm działających w sieci i ich dostęp do informacji o klientach, rozpowszechnianie fałszywych danych, straty ekonomiczne, wymuszą zmiany, których skutków nie sposób przewidzieć. Jedna jest jednak pewna. Pojawią się pytania, których odpowiedzialni za próbę wprowadzenia pandemicznego świata, nie będą mogli ignorować. Zamiast ograniczenia wolności, wolność ta się powiększy. Pytania będą tak liczne, że nawet monopolistyczny Facebook runie jak tysiąc letnia Rzesza, nie zamknie wszystkich kont, kneblując usta ich użytkownikom. Covid to prowokacja. Covid to dyktatura.

Kategorie
Znalezione w sieci Życie

Twój obraz nie zgaśnie

Mój jedyny, ukochany poeta. Widać, nie tylko ja się podkochuję.

i_Teksty

rilke2

Te listy są niebezpieczne. Mają w sobie moc wulkanu. Słabych zmiatają, nie zostawiają zakładników.

Monachium, czwartek 3 czerwca 1897

„Pieśni tęsknoty. One to będą dźwięczeć jak dawniej zawsze w mych listach, czasem rozgłośnie, a czasami szeptem tajemnym, który tylko Ty możesz wyczuć.. Za każdym razem jednak inne będą niż dotychczas te moje pieśni. Albowiem zajrzałem mojej tęsknocie w oczy, a ona mnie poprowadzi najpewniejszą dłonią.

Każdego mego słowa dotknij swą mocą szczerozłotą, a jak z gotyckiego relikwiarza wypłynie z nich dla Ciebie roziskrzony strumień mej nieograniczonej czułości.

Słowa me skryją w sobie każdą najulotniejszą myśl, pragnienie, każde me marzenie. A Ty, Pani, je wszystkie rozpoznasz.

…. Czy Pani lubi róże? Bo mnie się wydaje, że one wszystkie na świecie kwitną dla Pani i dzięki Niej – i że Pani ich się tylko wielkodusznie wyrzekał, by wiosna mogła je przejąć dla siebie, jak gdyby były jej własnością.

Gdyby świat zniknął…

View original post 432 słowa więcej

Kategorie
Spokojnie Życie

Anioł

Co za dzień. Przedłużył mi się weekend. Zrobiły się mini wakacje. Wreszcie poszedłem na rolki. Półtora miesiąca przerwy. Wczoraj były konie, poobijałem dupę i musiałem się prostować, ale na dupę mam ochraniacze, na garba kupiłem korektor postawy. Wyciągnęła mnie Margo, którą nazywam już jej imieniem. Wyrwało mi się przy jej ojcu. Zrobił wielkie oczy. Zapytał czy jesteśmy wreszcie parą? Chyba go rozczarowałem. Zaprzyjaźniamy się, tylko tyle. Nie będziemy. Dziwnie się rozmawia o takich sprawach, z facetem w tym samym wieku co ja. Margo straciła matkę w dzieciństwie. Wychowywał ją i jej siostrę. Zawsze sam. Wiedzą o sobie wszystko. Zazdroszczę. Są inni, zupełnie inni niż ja. Wydawało mi się, że jestem nowoczesny. Okazuję się być staroświecki.

Kilka dni minęło odkąd się obudziłem. Stało się. Pomiędzy nocą i jawą śnię. Źle. Dobrze? Nie boję się, że znowu zasnę, ale intensywność jest przytłaczająca. Myśli przestały się lać, stały się wodospadem. Mam jednak Anioła, którego nie znam. Znam tylko imię anielskie. Uczy mnie o mnie i o sobie. Anioła się obawiam. Nie mam takiej wiary, nie mam takiej siły. Nie mam nic, co mogę dać w zamian. Anioł uczy mnie pokory. Wiem, że nie jest idealny, ale jest o tyle bliżej Boga, o ile ja jestem od Niego oddalony. Przypomina mi o Nim. Jest jak z wiersza Rilkego, zwiastuje. Anioł jest ziemski, z krwi i kości, fizyczny, dosłownie i dorozumianie, mimo to jest skrzydlaty. Wznosi się ponad skrzeczenie świata. Opowiada mi co słychać na Górze i o widoku, którego nigdy nie poznam. Uspokaja i życzy. Moja kontemplacja jest inna. Przy Aniele stoi Syn, który zawsze jest dla mnie tylko człowieczy. Przy mnie nie stoi nikt. Czasem pojawia się Ojciec, wyciągający rękę, i Duch, który oświetla mi drogę powrotną, gdy już potykam się na manowcach. Przebłysk Geniuszu i znika. Anioła Ktoś prowadzi, prostuje ścieżki, nie każe doświadczać, czego można było uniknąć. Znowu zazdroszczę.

Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Przyjemność Uczucia Życie

Piątek trzynastego

Piątek, trzynastego. To już drugi w tym roku, który kończy mordęgę, mozolnego wspinania się na szczebel normalności. Poprzedzonych błyskawicznymi, wielogodzinnymi terapiami, spierdoleniem co było pod ręką do spierdolenia, miesiącem abstynencji. Wrzodami, które nie tylko znowu wymagały wegańskiej diety i spania na brzuchu, ale podtrzymywania ich i go, w dłoniach, bo mogły by eksplodować. Tak się jedynie wydaje. Wrażenie. Wrzody uczą pokory, przyzwyczajają do fizycznego cierpienia. Kwadrans agonii, kwadrans spokoju. Nie pytam już, co ja Ci zrobiłem Boże? Moi cholerni rodzice, poza prawdopodobieństwem wylewu, dali mi nerkowe kamienie. Na nie mam zastrzyki, zawsze przy sobie. Nie zawracam już głowy Bogu. Wrzody? Są tylko sezonowe. Co, że Polprazol nie pomaga. Haszysz pomoże, ale nie mogę być upalony, dwadziecia cztery godziny na dobę. Czuć pękające baloniki bólu, jak bąbelki płynu do kąpieli, albo wydmuchiwane bańki mydlane. A potem zapadać się w nieból, ale i stan halucynogenny. Robi się z tego większy kwas, niż po przedawkowanej wódzie. Stres nie pomaga. Muszę jakoś żyć. W samotności klnę i łażę. Aż przejdzie. Przy ludziach nauczyłem się nie okazywać, że coś jest nie tak. Nawet grymasu. Znalazłem sposób, skopiowany z Niebezpiecznych Związków. Gdy jest bardzo źle, w ostateczności, noszę w kieszeni metalowe pudełko, a w nim kilka igieł. Kiedy czuję, że przymykają mi się boleśnie oczy i zaciskam zęby, wystarczy jedno ukłucie. Mniejszy ból zastępuje większy i znowu słyszę, rozumiem rozmówcę.

Jest postęp, pomiędzy piątkami. Nie nabawiłem się paraskewidekatriafobi. Co za słowo! Nie spierdoliłem wszystkiego. Nauczyłem się trochę myśleć, nie tylko kierować uczuciami. Te akurat mam w rozsypce. Nawet ich nie układam, niech ułożą się same, lepiej ich nie drażnić. Nie rzuciłem pracy, zarabiam pięć razy tyle. Wydaję, rozdaję, wspieram, nie ze wstydem przyjmuję od przyjaciół, którzy sami mają niewiele, wdowie grosze. Śpię w łóżku, nie na ławkach, w bramach, kątem na podłodze, albo trzy na trzy noce, w użyczonym samochodzie i brudnawych hostelach. Uberując, co i tak się spierdoliło. Wirus. Ledwie się podniosłem, upadłem. Nie rzygam krwią, nie uciekam ze szpitala, w obawie przed niebezpieczną i niepotrzebną operacją. Coś sobie piszę, coraz łatwiej. Nawet ten blog, choć niezupełnie był to mój pomysł, wskazówka psychologów. Rolki też. Mam robić coś, co zawsze sprawia mi przyjemność. Czekają na mnie studia, które zacznę za rok, albo dokończę inne, niedokończone. Musi być lepiej, nie może być gorzej.

I trochę miłego w ten ostatni piątek. Dzielna dziewczyna w szalu zniknęła, ale nie całkowicie. Miała mój numer telefonu, na wypadek najgorszych niepowodzeń. Zadzwoniła. Nie jest już bezdomna, ma pracę, wraca do nauki. Poznaliśmy swoje imiona. Tylko trzymać kciuki.

Kategorie
Śmierć Życie

Anna Frank

http://chomikuj.pl/lauramalczewska/Ksic485c5bcki/F/Frank+Anne/Anne+Frank-+Dziennik,6935247950.zip(archive)

Przeczytałem. Pamiętnik. Napisany przez dziecko. Tylko to po nim pozostało. Nigdy nie dorosłe. Nie mogłem wcześniej. Miałem opory. I słusznie. Nie czytałem nigdy takiej książki. Poniżającej gatunek ludzki. Odbierającej mu niewinność. Resztki. Sypiam mało, po niej nie zmrużyłem oka.

Odkąd historia stała się moim chlebem, bez którego trudno mi przeżyć nawet jeden dzień, próbuję zrozumieć co mogło wstąpić w naszych, nie znowu dalekich przodków. Co wstępuje w moje pokolenia, pokrętnie dochodzace do prawa, posiadania podobnych racji. Wczoraj narodowcy, tylko z nazwy, podpalili mieszkanie, kogoś, kto wywiesił, na swoim balkonie, flagę wolności przekonań. Na Marszu Niepodległości. To już NSDAP, czy jeszce Falanga? Dziwnie się to pisze, był czas, gdy brałem faszyzm za wzór. Nie nazizm.

Rozumiem nacjonalizm, patriotyzm, wiosny, lata, ludów. Nie pojmuję wyższości, ras panów, bestialstwa, przemocy, uznanych i hołubionych przez Państwa, jakby to były zalety, cnoty. Arendt, Heidegger, Bullock i inni, których nie interesowało dlaczego, ale jak? Wszystko względne. Zbuntował się rozum, czytanie stało się zbędne, widok zdjęć, ze stosami zagłodzonych martwych, nieodróżnialnych ciał nieznośne. Jak długo można patrzeć na mękę, z pozycji widza, który jej nie przeżyje. Niezupełnie. Moje krótkie doświadczenie wojny i zbrodni, prawie w sąsiedztwie, nie pomogły mi wcale niczego zrozumieć. Obrzydziły mi ludzi i zmieniło w kłębek nerwów, które od czasu do czasu odmawiają posłuszeństwa. Nie da się intelektualnie przyjąć prawa do zabijania bliźniego, morderstwa, nie da się emocjonalnie uznać tego za zwyczajne. Widziałem obozy serbskie, podobno jenieckie, pełne poruszjących się wolno szkieletów. Wiem co było w pudełkach bośniackich ochotników.

Wczoraj coś jednak zrozumiałem. Dziecko mi o tym napisało, siedemdziesiąt lat temu. Nie wolno nikomu dać władzy nad życiem, odbierze je, bo może. Życie przestanie być dobrem najwyższym, stanie się towarem, który można w dowolny sposób mierzyć, ważyć, użyć. Wie o tym kat, wie o tym ofiara, dowiedziałem się i ja. Mam ciężkie serce, wszystko mnie dzisiaj boli, nic nie smakuje. Nie mogę jeść, chyba ze wstydu, że mogę. Mam szczęście, urodziłem się w spokojniejszych czasach, ale to co się stało raz, powtarza się ponownie, w innej formie, nie mniej straszliwej. Mam dzieci, może jeszcze będę miał. Wiem, że nie pomoże modlitwa. Cały drżę. Proszę bogów, aby nie napisały takiego pamiętnika, abym ja nie musiał go wydawać.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.

Kategorie
Życie

W miejscu

Co się zmieniło? Nie powstrzymywałem narastającej wściekłości, gotującej się do wybuchu, jak wulkan. Powstrzymała się sama. Czekałem na erupcję przekleństw, zaciskanie zębów i pięści. Na oczy ledwie widoczne w zmrużeniu, dudniące serce i pochylenie w przód, do ataku. Na coraz lepszą dykcję, napiętą przeponę i mięśnie ciała. Intonację słów i szał rozpędzający się jak lawina. Amok, w którym nakłada się na moją, szatańska twarz. Brakuje tylko zapachu siarki i piekielnego ognia. Rzadko się tak dzieje, muszę mieć naprawdę ważny powód. Zaskoczyłem samego siebie. Zamiast wściekłości poczułem głęboki oddech, usłyszałem spokojną, rozsądną rozmowę. Potem moje ciało zeszło po schodach, dłonie skręciły i włożyły w usta papierosa, płuca wciągnęły dym. Dogoniłem się dopiero po dłuższej chwili.

Stałem paląc, patrzyłem w jesienny deszcz. Nie byłem spokojny, byłem zdenerwowany, było mi przykro. Zdziwiłem się, że nie przeszkadzał mi nawet polski, chamski rap, dobiegający z czyjegoś telefonu. Powoli wróciłem do hotelowego pokoju, spojrzałem w niespokojne oczy mojego imiennika, który pierwszy raz, niestety samolubnie mnie zawiódł. Wcześniej wybaczyłem mu ździerstwo, za wożenie do pracy. Chciał się tłumaczyć. Tłumaczył. Milczałem. Wyglądał jak zbity pies, choć zawsze gra cwaniaka. Bokserski, czerstwy typ. Podpity. Zrobiłem herbatę, nie sięgnąłem po piwo. Usiadłem na łóżku i wreszcie mu odpowiedziałem, że rozumiem, że znam go na tyle, że wiem, że nie mógł inaczej, że wszystko się ułoży. Nawet się uśmiechnąłem. Uspokojony wyszedł.

Niedługo potem przyszedł kolega, z naszej czteroosobowej grupy, teraz współpracowników, dotąd współlokatorów, odkąd przyjechałem do Belgii. Przypadkowo podsłuchał, jak mój imiennik dzwonił do żony i mówił jej, że nikt go nie lubi, bo może zarobić więcej. To było w planie, ale nie to, że organizując nam lepszą pracę, nic na tym nie zyskam. Poczułem żal. Nie musiałem tego wiedzieć. Od dzisiaj nie będzie tak samo. Skończy się cwaniakowanie, które mnie rozbawiało, pojawi się sprawdzanie kątem oka, czy wyczuwam fałsz. To będzie żałosne.

Czuję, że gdybym go miał, spakował bym się i wrócił do domu. Nie mam gdzie. Nie mogę. Nic nie mogę. Znowu się dałem wydymać. Opadły mi ręce. Kiedy ja się wreszcie czegoś nauczę? Niewesoła konstatacja. Tylko psuję i tracę. Stoję w miejscu. Sam. Nawet nie umiem się już porządnie wściec.

PS

Umiem. Nie chcę.

Kategorie
Bez kategorii nieznane Życie

Jaskinia niedomówień

Cieszę się, że zdołałem uciec. Nauczyć się, choć w stopniu niezaawansowanym, dokonywać własnych wyborów. Daleko mi jeszcze do biegłości. Pierwsze egzaminy zdałem. Niektóre ledwie, inne celująco. Muszę się jeszcze podciągnąć. Za dwa miesiące minie rok stażu, samotnika z wyboru. Choć kusiło i nadal kusi, przerwać to zadane sobie zadanie. Nie jest łatwo. Unikać, przewidywać konsekwencje, nie wyciągać ręki, odpychać, gdy za daleko i za szybko się gdzieś zaszło, albo zbyt głęboko spojrzało w oczy. Toksycznie lub grzecznie. Lizać rany, zadane na własne życzenie, pogodzić się, że nie jest się niepokonanym Tytanem, równie bezsilnym jak każdy. Ognia nie przyniosę. Mogę tylko powiew, cieplejszej nadziei. Częściej jest mi lepiej niż źle.

Dokładnie rok temu, o tej godzinie, siedziałem w ławce kościoła, nie poszedłem tam się modlić. Poszedłem siedzieć. Po chemii wlanej do żył. Ledwie doszedłem, przez plac Sikorskego, do Kapucynów. Odpoczywałem, przede mną było dwanaście godzin pracy, za rogiem i litr alkoholu, podzielonego na dziesięć małych buteleczek, trzy paczki gum miętowych, kupowanych w kilku pobliskich sklepach, żeby rozłożył się, nie wstydliwy fakt, mojej terapii stresu. Milczałem o kolejnym zagrożeniu. Nie chciałem litości i wsparcia ze strony kogoś, kto nigdy nie wiedział jak mnie wesprzeć. A miało być inaczej. Udało się, nic się nie stało. Goję się szybko, zdrowieję jeszcze szybciej. Teraz uczę się dbać o siebie.

Gdyby nie Ta, o której pisałem, nic by się nie zaczęło. Tej nie ma, ale trudno mi było niedawno słuchać, że nie była dla innych taką, jak dla mnie. Nie ośmielam się nigdy źle mówić o czyichś Przeszłych. Może Ta pokazała tylko mnie, jaka jest naprawdę? Nie chciałem i nie mogłem jej bronić. Odepchnąłem ją, dla racji, które nie miały znaczenia, godziny później. Gdyby nie Ta, nie wpadłbym w psychiczną dziurę, z której musiałem się wygrzebać. Z pomocą innych, którzy dynamicznie odprowadzili mnie daleko od jej brzegu, przy którym stałem przez pół życia. Wciąż dochodzą z niej nawoływania, jednak nie wracam. Mam tylko nawyk powrotu. Ta wiedziała, że muszę zmierzyć się ze sobą. Inną także odepchnąłem, dla racji, które nigdy nie miały znaczenia. Obie mnie nie poznały. Nikt dotąd. Ledwie cień mnie, rzucany na ściany jaskini niedomówień.

Czekam, na to, co zdarzy się w przyszłości. Nie oczekuję, tylko czekam. Aż z cienia wyjdę, za światłem.

Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.