Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Ogarnięty jestem. Toksycznie nudny

Jest dobrze? Jest lepiej? Jest właściwie? Przewidywalnie jest? Już? Ogarnąłem się. Bóg jeden wie, jak nie lubię tego, się ogarnij. Prawie jak, na klatę. Prostackie, niby nowoczesne. Karaczate. Pokraczne. Tak współcześnie. Z tatuażami bez znaczenia, pokazywanymi, na napuchniętych sterydami bi i tri, nawet quarto cepsami, napinającymi szwy przydrogiej marynareczki. Pod rękę, z bezrozumem cud gibkim, na motylej diecie, po liftingu wąskiej kreski warg. Nienaturalnie lśniących, od czoła po brodę. Od Tatr po Bałtyk. Od Bugu po Odrę. I dalej na Zachód. Marzenie. Weź się kurwa ogarnij. Popatrz na nas. My jesteśmy. My. Mięśnie i usta. Ruch i słowa. Wynik i parcie. Bierz przykład. Lepiej wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Podziękuję. Na samą myśl czuję w wyobraźni, jak z zaciśniętych zwieraczy, mimo wysiłku, biegnąc najkrótszą drogą do przystani najbliższego sedesu, wybucham. Uf. W ostatniej chwili. Zdążyłem. Potem wstając mogę alegorycznie popatrzeć z wysoka, na ogarnianie się. Żałując, że nie dostrzegę wyraźniejszych kształtów, poprzez zasłonę papierowej celulozy z wybielonych, segregowanych pudełek po pizzy z dowozem, w pojemnikach z Ikei. Ukrytych w kuchennych szafkach na zamówienie, zaplanowanych, w mieszkaniach z balkonem, domach ukwieconych, z przystrzyżonym trawnikiem. Na kredyt. Za gotówkę. Za pracę w korporacji. Za niewolę wymuszonego śmiechu z niezabawnych żartów szefa. Niewolę wykorzystywania siebie i kto się pozwoli. Niewolę pokaż się, a zastaw się, a sprzedaj matkę, a i przyjaciela. Instagramatyczną tyranię, spływania z prądem, na fali. Jak moje brązy i pomarańcze w otchłań klozetu. W nic. W szambo. Zapomnienie. Pulvis es et in pulverem reverteris. Kark nie musi mieć karku. Niewiasta przy boku może być mężczyzną. Plastycznie dziewiczym. Niczego to nie zmieni. Czy to ktoś ogarnie?

Przeniosłem się. Z samochodu do kawalerki. Czwarty dzień mija. Tanio. Wygląda drożej. Budzi mnie słońce. Teraz ostre jak sztylet. Nie pijąc, płacę za godność, rozumianą jako nie pozostawanie bezdomnym wstydem. Nie tak dawno była by to równowartość dwudniowego wynagrodzenia, na ucieczce, w Belgijskim azylu. Nadal sprzątam czyjeś nieporządki. Simply fab. W skrócie, czyjś SYF. Nie narzekam. Średnią krajową przekraczam. Nie umiem się ustawić. Nieprawda, nie chcę. Brzydzi mnie to. Cwaństwo. Umiem ciężko pracować. Lubię, naprawdę. Kawalerka jest dużym pokojem z wygodami. Na suficie widać nieznacznie, gdzie stały wyburzone ściany. Taka moda. Próbuję urządzać. Jest czysto. Wylizałem. Oszczędzam wodę i prąd. Namydlam się i obmywam. Lodówka ledwie chłodzi. Gaszę światło. Nie zapalam. Niewiele mam. Większość tego co miałem, poszło na śmieci, zanim powróciłem z wygnania. Szkoda książek i płaszcza. Zemsta, złośliwość byłej? Partnerki? Przy niej to słowo nabiera nowego sensu. Ciała. Gaszę papierosy w popielniczce z pasztetowego aluminium. Gotuję w małym garnuszku z supermarketu. Na patelnie przyjdzie czas. Ale kupiłem roślinę w doniczce. Czerwona pokrzywa. Złotych 2,99. Gdy całkowicie oszaleję, będę z nią rozmawiał. Powiesiłem obrazy i lustro, jedyne pamiątki po ojcu. Z małego patrzy na mnie Jezus. Pamiętam go od zawsze. Sentymentalnie.

Nikogo już nie kocham. Poza dziećmi i babką, którą widuję tylko na zdjęciach. Suchą jak wiór. Miłości chrześcijańskiej się uczę. Powoli. Ciągle się w niej gubię. Jestem chłodny. Stałem się zbędny. Mam nie pomagać. Tylko sobie. I sobie podobnym. Zaplątanym. Nikt nie pomaga mnie. Próby kończą się fiaskiem, nie wystawiam się na pomoc, chyba że w modlitwie. Czekam na spotkanie z córką. Już ponad miesiąc. Może spotkamy się wszyscy. Na ślubie syna. Młodszy przyjedzie z dalekiej północy. Zamieszka u mnie. Jestem sam. Nie samotny. Trzymam się z daleka. Nie patrzę, nie rozmawiam, nie wdaję się. Nie zostawię, nie usłyszę zostaw mnie. Czasami tęsknię. W błyskawicach skurczy serca. Czego chcieć więcej? Ogarnięty jestem. Bardzo. Toksycznie nudny. Ja pierdolę!

Kategorie
Pamięć Psychika

Zamiana

Nie nakazuj mi zmieniać tego co zmieniłem.

Pozwól pozostać zmienionym. Jaki jestem.

Nie zmienię. Nie próbuj. Nie oczekuj.

To nie zmiana. Zamiana. Przywracana.

W zawodzie nie jestem ja, jesteś ty, tylko.

Nie moje oczekiwania. Rozczarowania.

***

Nic ci nie oddam. Niczego. Minęło.

Nie mam niczego do przywracania.

Było dobrze, źle nie tylko. Było.

Odetchnij. Rozejrzyj. Zaczekaj.

Przypomnij i zapomnij.

Sobie. Siebie. Mnie.

Obudź. Się. Wstań. Idź. Odejdź.

Kategorie
Mam to w dupie Przyjemność

Nie zapomniałem o niej

Widziałem ją. Dwa razy tego samego dnia. Musiała przyjechać. Nie podszedłem, ukryłem nieznacznie. Minąłem ją. Niewidzialny. Drugi raz się zapatrzyłem. Dyskretnie. Nie wydawało mi się. Była warta zniechęcenia. Za dobra dla mnie. Żywa, prawdziwa. Dobra. Normalna. Piękna. Jej oczy! Nie patrzące na mnie. Nogi chciały mnie do niej zaprowadzić. Nakazałem im zmianę kierunku. Nie podszedłem. Nie szukałem niezręcznego milczenia. Po powitaniu, bez tematu. Kontynuowanego milczenia. Nie wiedziałbym jak się wytłumaczyć. Nie zmienił bym tym obojętności, którą wytworzyłem, starannie.

Wróciłem piechotą. Wsłuchałem się w muzykę. Nawet w tę, której ona słucha. Pomarzyłem. Gdybym postąpił inaczej? Co by było? Było by jej ze mną dobrze? Była by szczęśliwa? O czym byśmy rozmawiali? Gdzie chodzili, z kim się spotykali, co pili, gdzie byśmy pojechali. Jakie zbieralibyśmy wspólne wspomnienia? Czy śmiała by się do mnie, równie serdecznie jak do przyjaciół, z moich żartów. Czy umielibyśmy by się kochać? Czy umieli pieścić, dawać przyjemność. Czy pokonalibyśmy przeszkody, rozwiesili mosty? Czy pozwoliła wierzyć? Czy to było to? To co mnie i ją ominęło? Nie? A gdyby to była pomyłka? Nie dowiem się.

Zasypiałem myśląc o niej. Przy niej. W niej. Dotykałem piersi, obejmowałem biodra, wplatałem ramię pod jej głowę, całowałem szyję, zachwycając się urodą. Mówiłem do niej. Czule ją czułem. Szukałem wspomnienia zapachu, który poznałem w wychyleniu. Z telefonem w ręku, patrząc na numer, którego nie wybrałem. Numeru, którego nie muszę już zachowywać, ale nie chcę się pozbyć. Imię z dopisanym, Jedyna najpierw i Tylko potem. Mógłbym ją zaprosić, mam już gdzie. Z nadzieją.

Nie zapomniałem o niej. Takich jak Ona się nie zapomina. O takich się pisze. Takie kobiety powinno się kochać. Myśleć o tym.

Kategorie
Psychika Śmierć

Gdy się zrozumie

Mieć dosyć. Wybierać kiedy można, chce się. Nie podlegając. W jednym ruchu. Kończąc. Pozostając. Nie wierzyć. Nie myśleć. Nie być. Oddalić się. Odpłynąć. Odlecieć. W przestać. Nie być. Być inaczej. Już. Nie czekając.

Nie mam odwagi sprawić bólu. Nie sobie. Ostatecznego, trwającego do końca, nie mojego. Jestem tchórzem. Próby to nieskuteczność. Myśl o bólu przeplatam z prostymi w myślach pytaniami. Jak, gdzie. Jak skutecznie? Samobójczo? Zasnę, wykrwawię, odbiorę oddech, połamię? Jak ukryć pozostałe po życiu ciało? Wysadzić się, zatopić, spalić? Kwas, ług, wysokie napięcie? Szybko. Skutecznie. Na dobre. Nikt mnie nie znajdzie. Nie mnie, to co po mnie zostanie. Zaginę, zgubię. Ocalę nadzieję, złe o sobie przekonanie. Osądy niskie. Pozory.

Jak się odważyć? Nie zawahać się. Alkohol, narkotyki, leki? Wszystko razem? Techniczne przygotowanie. Konstrukcja planu. Egzekucja. Sobą. Jest tylko jedna szansa. Inna się nie nadarzy. Nie chcę tragedii, chcę szczęśliwego zakończenia. Nie pierwszy jestem, nie ostatni. Nie pierwszy się przyznaję. Nie ostatni obmyślam. Nie ma w tym niczego niezrozumiałego. Gdy się zrozumie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Przepraszam siebie

Upadek i upadki. W pogoni, jak zwierzęta w rui. Nic nowego. Moje. Znowu wydałem i rozdałem co miałem. Nie zamieszkałem na ulicy, nie wynająłem śmierdzącego hostelowym potem piętrowego materaca. Zasypiam i budzę się w samochodzie, który zdążyłem kupić, zanim zamieniłem go na kilka tysięcy grejpfrutowych małpek, stówki wkładane w kieszenie potrzebujących, paczki dla tych, którzy nie mają nad sobą nawet dachu jaki mam ja. Nie wytrwałem, nie zorganizowałem się na czas. Miałem wyjechać. Po raz kolejny chciałem zakończyć ten przewidywalny ześlizg końca, końcem ostatecznym. Nie zakończyłem. Powiedziałem. Zostałem ukarany. Nie widuję już dziecka, dla którego pozostałem. Mam się ogarnąć. Ogarniam się. Nie piję. Ciężko pracuję. Sprzątam czyjeś domy. Przyglądam się roztropnym, którzy mają rodziny i domy. Mogą wstać i się umyć. Wstać i się wysrać, spuścić wodę. Nie parkować, niedaleko otwartego wychodka. Nie wiedzą jakie to nienormalnie normalne. Nie kąpać się na dworcu, udając podróżnego, albo zastosować technikę nawilżonych chusteczek. Ogolić się, nie używając kubka z gazowaną wodą i wstecznego lusterka. Uczesać czyste, nie odświeżone włosy. Zagotować wodę na herbatę. Rozprostować wygodnie nogi, zamiast podkurczać je, oparte o drzwi samochodu, z zawieszonymi marynarkami i kurtkami, tak aby nikt nie zauważył, że ktoś w nim, na tylnym siedzeniu, stara się odpocząć. Zastanawia się jak naładować komputer, aby nim naładować telefon? Ile dni można nosić skarpetki? Czy jeszcze kocham, czy już zapomniałem?

Oszczędzam, prawie każdy grosz. Muszę coś wynająć. Stać się znowu, zwyczajnie stać się. Udaję, że jest ze mną wszystko w porządku. A nie jest. Wrzody rozsadzają mi żołądek. Jestem na diecie. Mięsnej. Wegetarianin. Pszenny chleb i najtańszy pasztet. Przynajmniej to łatwo trawię. Marzy mi się ciepła zupa.

Modlę się. Nie dlatego, że trwoga do Boga prowadzi. Modlę się tak samo jak chwilę temu, gdy było zwyczajnie. Spowiadam się. Przyjmuję komunię. Proszę. Staram się i czekam. Mam małe potrzeby. Uczę się. Nie myśleć już o wielkości. O kolejnym niewielkim postępie. Bóg mi pomaga. Zawsze pomaga. Zaczynam to rozumieć.

Jestem w dobrym nastroju. Wiem, że to dopiero początek. Poprawy. Nie czuję złości. Nie gniewam się. Nie mam pretensji. Nie rozczulam się. Nad sobą. Staję się sobą. Uczciwie. Ufnie. Poddałem się, aby się nie poddać. Nie przepraszam innych. Przepraszam siebie.

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć sie kolwiek dzieje:

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,

Jako prze zimne czasy

Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,

A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie,

Ten śnieg z nienagła zéjdzie

A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,

W rozliczne barwy znowu sie odzieje.

Nic wiecznego na świecie:

Radość sie z troską plecie,

A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,

W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje,

Gdy mu sie dobrze dzieje;

Więc też, kiedy go Fortuna omyli,

Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie

Serce ma być jednakie;

Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi,

To da, to weźmie, jako sie jej widzi.

Ty nie miej za stracone,

Co może być wrócone:

Siła Bóg może wywrócić w godzinie;

A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.

Jan Kochanowski, Pieśni, Księgi wtóre. Pieśń IX

Kategorie
Brak Pamięć Życie

Nie wpasujesz się

Spełniające się proroctwa tych, którzy źle nam życzą. Pewnych, że życzą dobrze. Uczą twardości charakteru. Janczarskiego. Słuchaj powtarzających się proroctw tak długo, aż staną się częścią twojej osobowości. Zadręczonej, niepodważalną pewnością, że jesteś wcieleniem braków, wybrakowanie szkodzącym tym, którzy ich nie posiadają. Cokolwiek byś nie zrobił, udowadniając, że nie, jednak nie, całkowicie nie, zupełnie nie, nie jest ważne. Wystarczy jedno potknięcie i wiesz, że mieli rację. Ich błędy nie szkodzą im, tylko tobie, są bezbłędni we własnych. Wysiłek poprawy, którego nigdy być nie powinno, bo nic poprawy nie wymagało, wali się jak ułożony dom karciany. Powalony świadomością upadku, kolejnego i potwierdzającego. Byłeś nikim, będziesz nikim, jesteś nikim. Niezmiennie, powtarzanie. Nie ułożysz nigdy niczego do końca, trwale i bezpiecznie. Nie będziesz nawet fundamentem. Nie zrozumiesz, że bycie w błędzie przynosi zysk, kosztem winy i niższości innych, którzy albo uznają tę zasadę, albo zostaną wypchnięci poza granicę układu, opartego na szczerym nie przyznaniu się do winy. Bez niego nie będą mogli zrzucić jej na ciebie. Nie będą posiadać tego, co odebrali tobie. Bycia równym w poszukiwaniu.   

Możesz być wykształcony, tryskać wiedzą, rozumem, inteligencją, witalnością, talentami, żartem i siłą. To nie ważne. Złamaną duszą, potrzaskanym sobą widzisz, że wokół siebie nie znajdziesz nic, poza wypaloną przestrzenią. Nie umiesz kochać, nie umiesz szczerze, nie wiesz jak być, kiedy i dlaczego. Tylko jesteś. Nie wiesz na jak długo, po co, w jakim celu. Nie przychodzisz, nie ma cię, nie odchodzisz. Jedyne co wiesz, że przyjdzie kres. Jak niezliczone końce, rozpoczętych i nie zakończonych. Listów, zdań, spowiedzi, rozmów, planów, chęci, nadziei, strachu. Pretensji, żali, kolejnych prób, rozwiązania, nawiązania, przepraszania, tłumaczenia, że na krótki moment byłeś, a nie było cię. Słuchałeś swojego głosu, który wiesz, że należy do ciebie. Obserwując swoje ciało, którym poruszasz. Odczuwasz ty, ale nie to ty jednak, to ktoś, kogo nie znasz. Wszystko twoje, a jednak nie. Czyjeś. Twojo, nie twoje. Czyjoś, nie czyje, nie mojo moje. Nie moje spełnienie, nie ja jestem jego przyczyną.

Rozpoczynasz wszystko od nowa. Po raz kolejny. Następny. Cieszysz się rozpoczynaniem, tylko to umiesz. Jesteś początkiem. Czasami udaje ci się przeciągnąć to rozpoczynanie, aż do początku budowania. Łudzisz się, że może tym razem nie zobaczysz powstających pajęczyn pęknięć. Odwrócisz wzrok, udasz że ich nie ma. Im dłużej udajesz, tym pęknięcia stają się szersze. Gdy się odwrócisz zobaczysz ruinę. Jeżeli się nie odwrócisz wiesz, że nie zobaczyłeś ruin, które pozostawisz. Zazwyczaj wiesz, że zanim zaczniesz zaczynanie, nie doczekasz się nawet i tego. Twój, nie twój głos powie, co musi być powiedziane, twoje ciało, nie twoje, rozwieje nadzieje. Potem skurczysz się, zwiniesz, schowasz. Na jakiś czas. Rozwiniesz się, powstaniesz. Staniesz pewnie, czekając na kolejną porażkę.

Krzywdzisz. Nie chcesz. Chcesz być taki jaki jesteś. Nie wolno ci. Możesz być tylko taki jak inni. Na gruzach budować kolejne gruzy, które nazwiesz osiągnięciem. Nie swoimi rękami. Tych, którzy położyli kamienie węgielne wierząc, że tworzą coś więcej niż tymczasowość, wiedzących, że to jedynie wiara, nadzieja, nie pewność. Jak spojrzenie w oczy, dotykające serca, gdy serce nie okaże się oczekiwanym, gdy zboczysz na ścieżkę innego rytmu jego bicia. Staniesz się kamieniem odrzuconym, którego nikt nie podniesie. Nie zostałeś obtłuczony na miarę, pozbawiony krawędzi właściwych samemu sobie i nie wpasujesz się w oczekiwaną trwałość nietrwałości. A tego nigdy nie chciałeś. Pozostaje ci własne bycie w niebycie. Masz chociaż to. Niczego innego nie poznałeś. Pozostajesz, jesteś, zanikasz.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Trędowaty

Trzymać się z daleka. Zapomnieć. Przestać podglądać. Obco i bez przyjemności. Wymuszając emocje. Zapomniane. Na siłę, przekornie, szkodząco. O co chodziło? Co było? Czego nie ma?

Podłe uczucie. Samopoczucie. Pielęgnuję chorobę. Samookaleczam. Dręczę. Nie pozwalam na spokój. Ratuję się, upijam. O czym zapomniałem? Kim byłem? Kim się nie stałem. Kim jestem, pozostałem?

Podlewam uschnięte drzewo w zimowe wieczory. Właśnie dlatego, że go nie wskrzeszę. Mój Łazarz pozostanie martwy. Taka jest kolej przemian. Będę go wspominał. Naturalnym biegiem historii.

Przekonuję się, że warto. Tak postępuję, trzymając się zasad. Wysypując z dłoni popiół czasu przeszłego. Zebrany ze stosu niepowracalnych dni. Wiernie. Wiedząc, że nie miałem racji, że się pomyliłem.

Trędowaty. Przenośnia brudu, którego należy unikać. Zarażający. Nieuleczalny. Epitafium. Ostrzeżenie. Taki się staję. Takim mam się czuć. Tego po mnie oczekiwano. Takim zobaczono.

Kategorie
Uczucia Życie

Wenus w kroplach

Nie interesujesz się? Źle. Interesujesz się? Bardzo źle. Gorzej. Utrzymujesz dystans? Błąd. Nie utrzymujesz? Błąd się potęguje. Jesteś sobą? Tracisz. Udajesz? Kim nie jesteś? Nic nie zyskujesz. Czujesz? Nie znajdujesz wzajemności. Nie czujesz? Odczuwa to, niekochany ktoś. Wbrew, jak i ty wbrew czujesz. Powiesz nie, winnym, się stajesz. Tak, zgodzisz się, nie zmusisz się, nie.

Nie udzielę ci pomocy. Nie chcę twojej. Zapomnij, ja zapominam. Życie po tobie jest Życiem. Życie bez ciebie jest Życiem. Żywotem. Moim, nie wspólnym. Z tobą. Ciebie nie ma. Nigdy nie było. Już nie ma. Mogło. Nie mogło. Zniknij. Znikam. Mało mnie, już tak mnie niewiele, nie przypominam siebie. Nic się nie stało, nic. Nie stanie nic się. Nic.

Uśmiecham się do wspomnień. Jak ja to dobrze znam. Ile razy wchodziłem do tej wody? Setki, tysiące? Zimnej, drżąc, nabierając gwałtem, ożywczego tchu. Gorącej, odskokiem, jak oparzony. Letniej, nieokreślonej, spokojnej, nie natchnionej. Nie zmienię tego co było, tak robiłem. Dlaczego woda jest teraz inna? Nie zbliżam się do niej. Nawet jeśli, mocząc w niej stopę, szybko ją cofam. Nie odczuwam. Przyglądam się jej. Jak płynie, faluje, nie porusza się. Lubię ją, nawet zielono nieprzejrzystą. Błękitną i szarą, po horyzont, niespokojną. Brudną, zanikającą, kałużami po deszczu. Wypatruję Wenus w kroplach, łzach, pocących się mgłą łąkach.

Wierzę wciąż. Kochanie. Wierzę w miłość. Nie tą wywspominaną. Nie tą z twarzami, kilku zapamiętanych, miłosnych. Miłość mimo, pomimo. Nie zamiast, nie z wyboru. Od zmroku do białych nocy. Nie poszukiwanej, prze opowiadanej. Stałej. Nie poddanej.

Kategorie
Psychika Życie

Lekcja. Beserk

Dostałem szału. Wewnętrznego. Berserk. Zacisnąłem zęby. Wydusiłem kilka najgrzeczniejszych zdań, które mogłem, przywracających kogoś do porządku, bez skargi. Bez krzyku i wyzwisk, cisnących się przez napięte mięśnie warg. Potrzebie złapania za gardło i zaduszenia. Każdy może mieć zły dzień. Ja ich mam za dużo. Każdy ma. Ten miał być dobry.

Byłem w sklepie, ostatniej Almie. Kto zna Kraków wie. Gdzie i co. Mogę mieć na myśli. Za drogim. Jedynym w okolicy, do którego nie muszę iść kilometrami, nie muszę jechać. Mogę dojść. Do spacerować.

Ja i córka. Zabrałem ją na Drogę. Krzyżową drogę. Dziecinnie ładną. Dziecinnie krótką i nie przerażającą. Potem zakupy. Tato to, tatusiu proszę. Tatku, tatku. Zobacz. Musimy to mieć. Czyli musi malutki człowieczek z pomysłem. Wie jak prosić, nie zmuszając. Uroczo. Ciepło. Pomysłowo.

Zanim była Droga, był samochód. Za wycieraczką liścik. Panie kierowco, proszę nie parkować przed czyimś domem. Ciśnienie wysoko wyskoczyło. Pewnie policzki, jak uszy, wypełniły się karminem. Miałem w ręku flagę? Robotniczą? Majową? Ulice, jak przypuszczam, nie należą do nikogo. Pod domem, gdzie teraz mieszkam, za który płacę, bo mój mi odebrano, zmianą testamentu, ulica pełna jest samochodów. Kielecki numer rejestracji? Odkupiłem. Wciąż nie zamieniłem na mój, miejscowy. Pół roku na zmiany. Stałem już raz w kolejce. Stanę ponownie. Idziemy dalej. To był mandat, zapytało dziecko? Idziesz do więzienia? Nie. Pulsuję. Wasze ulice, nasze kamienice. Teraz i ulice. Dysocjacyjnie, żydożerczo, z procentami Żyda w sobie. Nie konstrukcyjnie? No nic. Kto to jest debil? Pytanie. Debil? Powiedziałeś, że mandat napisał debil. Debila córeczko, poznajemy po tym, jak pisze. Co mówi, jak się zachowuje. To był kretyn. Kretyn? Potem zobaczyła, kim jest i debil i kretyn.

Kasjerka patrząca na mnie. Z obrzydzeniem. Bo mam na twarzy przekłute kawałki metalu. W większości ukryte pod niezbędną maskującą maseczką. Patrząca ze współczuciem na córkę. Rzucając we mnie prawie zakupami, nie tanimi. Proszę poczekać, nie nadążam za panią. Niech pakuje! Niech pakuje? Słucham panią? No pakuj, świrze, pod nosem dopowiedziane! Coś ty powiedziała? Córka przybliżyła się do mnie, wyczuwając zagrożenie. Powtórz jeszcze raz. Cisza. Co ty sobie wyobrażasz? Jesteśmy na ty? Zamiast pani, mam ci powiedzieć gruba krowo, bo masz nadwagę? Cisza. Mam skomentować poobgryzane paznokcie? Odrosty? Cisza. Nie podoba ci się praca? Zmień na inną. Chyba że nie dasz rady? Cisza. Brak ruchu. Zakupy już nie suną z prędkością rozpędzającego się samolotu. Czekają. Coś ci we mnie przeszkadza? Byłem niegrzeczny? Czujesz się lepsza ode mnie? Cisza. Wzrok wbity w ekran kasy. Dobra, chciałbym zapłacić i zapomnieć. Pani też powinna. Przepraszam powiedziałem, nie usłyszałem.

Ta pani to był debil? Kretyn, zapytało dziecko? Myślę, że jedno i drugie, tylko nie naprawdę. Ta pani nie szczególnie lubi samą siebie. Nie powinna. To była taka lekcja, dla niej i dla mnie. Musimy ciągle uczyć się żyć wspólnie, nawet gdy bardzo się różnimy. Zresztą, niczym się różnimy. Szanujmy się. Tak, ale zawsze… Córka dopowiedziała sobie resztę. Nie przerwałem jej. Potem przytuliliśmy się mocno. Tuliłem ją tak długo, aż wyschły mi zły. Przykrości, nie żalu.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Strach

Zabraliście mi poezję. Skurwysyny. Zabieraliście ją, wyrywając rytm, rym, zgłoski, pieśń wypowiadaną. W rodzinie, która zapomniała kim jest, była i będzie. W szkołach, gdzie zamiast uczyć się i uczyć wspólnie, obijałem każdą część ciała, o ciała, udowadniając, że będzie bolało mniej mnie, niż złości, których ojcowe rozbijali butelki na ich głowach, gwałcili i bili bardziej, nie aż tak precyzyjnie, aż niż, jak moja atletyczna, boska rodzicielka. Atena? Śmiertelnym synem jestem, ale i ja mogę być Zeusem. Ja też mogę wypatrzeć, ze skały Olimpu. Siedząc wśród ruin Sparty. Zgnieść ateńskim uchwytem. Złotą podkową.

Myślicie skurwysyny, teraz starcy, bez wyobraźni, bez honoru i bez wstydu, że nie wiedziałem? Widziałem jak zabieracie nam poezję. Z czerwoną gwiazdą na czołach, błyskawicami, skradzionymi symbolami skrzyżowanych belek? Te twarze. Puste. A wy nowi? Wiara w wolność, której smak odbieracie każdemu, kto myśli o wolności? Bo albo jak wy, albo niczego już nie może być więcej? Rasizm, kolor skóry, mniejszości? Wizy, paszporty, decyzje? Naród, którego dotąd nikt nie zdefiniował? Ja was nie wybrałem do reprezentowania. Nas. Mamy was zgnieść? Rozszarpać na części nierozpoznawalne. Krassusami możecie być zawsze, wlejemy wam w gardła tani wrzątek. Wodę, która ma wartość złocistą. Macie nie tylko nasze, zaciskające się, kleszczące metalem, nie spadające ostrza. Mocne liny, zaciskające się, nie po, zanim. Nie możecie spać? Nie dziwię się. Stoimy nad wami skurwysyny. Zawsze. Czekamy. Wiecie na co.

Rozkładam ręce. Rozkładam. W kąty odebranej poezji, kieruję wzrok. Rozkładamy ręce. Rozkładamy siebie. Baczyńskimi, powstańcami, zapomnianymi w nieznanym miejscu, za nasze, nie wasze. Nadzieje. W każdym kraju i czasie. W każdym kącie. Gdzie zabieracie poezję. Chcecie ją zabić. Jak nas. Wytrwale czekających. Nikomu nie znanych. Wam tak. Nie jest tak? Boicie się? Nie? Dodamy wam strach. Strach i poezję. Nie zdepczemy waszych kości. Będą zapomniane. A zanim? Zatańczymy nad nimi Nie poeci. Ci! Nie zapomniani.

Kategorie
Religia Życie

Nie nadążam za Tobą

Tyle razy mój Boże na Ciebie narzekałem. Że Cię nie ma. Nie ma, gdy potrzebuję. Wybacz, przepraszam. Byłeś wczoraj. Musiałeś być. Nie pozwoliłeś się skurwić. Być tylko występkiem. Chęcią wyzwolenia z przestrzegania tego, czym i kim dotąd nie byłem, nie musiałem być.

Błogosławię i polecam siebie i innych, równie upadłych i podłych. Upodlonych. Błogosławię. Ciebie.

Nic nie jest jakie było, mój Ty. Nie tylko wiszący na szyi, nie tylko ukryty w kieszeni. Nie koralikami, nie tylko. Nie w mojej jedynie. Nie tylko za karę, nie popełnioną, nie na krzyżu Mój, nie w pacierzu i słowami zwiastowania. Mój, który nie pozwoliłeś mi się skurwić.

Trudno jest się nie poddać. Ludzkim odruchom. Dłoni dotykającej dłoni. Przesuwającej się. Dłoniami w ciało. Nieznane, pełne. Musiałeś być, Gaszący, pożar zajęty od iskier w oczach, rozpalający, moich i nieznanej mi, której poznałbym tylko gorączkę, wywołaną i podsycaną moją.

Brakowało tylko sekund, krótkich. Do bycia, jakim dotąd byłem. Jakim się znałem. Brakowało potwierdzenia. Tak. Chcę. Muszę. Niewypowiadalnego zatopienia w nieznane, piękno, czekające na moje, tak. Nie mamy przecież nic do stracenia. Nie będziemy i nie musimy na nic czekać. Na pozwolenie. Musimy sobie pozwolić. Wyzwolić. Siebie. Zostać jednym, w jednej chwili, której wspólnie się doczekamy. Dotrzemy.

Tylko tak bym Cię zapytał Boże? Na koniec modlitwy. To na pokuszenie? Przecież to nie był sen? To była kobieta. Sam ją stworzyłeś. Z urodą przed którą klęknął bym, jak robię to przed Twoimi ołtarzami. Wiesz, że już jej nie poznam. Takim jak ona się nie odmawia. Tacy jak ja nie odmawiają. Jednak. Wybór, czy przypadek?

I raz jeszcze. Zapytam. Pamiętasz jak na mnie musiałeś patrzeć, gdy nie próbowałem nie kurwić się, jak robimy to wszyscy. Za nadzieję, za moment, za chleb, za srebrnik? Za dzień kolejny, w udawanym szczęściu? Dla kogoś? Dzieci. Rodziny. Spokoju. Zasad. I wiary? Końca i początku? Bez końca i początku? Bez. Niczego. Czym jest brak czegokolwiek? Zanim i potem?

Kim jesteś? Czym? Ktoś, czy Coś? Jesteś? Jednym z nas? Poszedłeś dalej. Nie nadążam za Tobą.

Kategorie
Spokojnie Życie

Czekam na cykliczność

Kończy się zima. Długa, przeciągnęła się na pięć pór roku. Sezon chłodu. Ocieplam się. Sprzątam, wymiatam, myję, układam. Czekam na Zmartwychwstanie. Boga i moje. On powstanie cieleśnie, we mnie odrodzi się duch. Nigdy nie brałem tego na poważnie. Nigdy dotąd nie żyłem jak teraz. Czysto. Prosto. Odwiedzam kościoły, modlę się. Spowiadam, klękam do komunii. Odnawiam postanowienia i decyduję się na nowe. Przyglądam się tylko półkom z ulubioną, płynną obietnicą zapomnienia, co trzeci raz zapalam papierosa, nie sięgam po zakazane. Kupiłem zeszycik. Mały, w kratkę. Uczę się algorytmu oszczędności. Namówił mnie, zesłany Anioł, który zawsze wie lepiej. Nie jest idealnie. Jest trudno, początki nigdy nie są łatwe.

Wymroził mnie chłód wydłużonej zimy. Postarzył. Poszarzył. Poniżył. Wdzięczny jej jestem, mimo braku współczucia. Zdziesiątkowała wielokrotnie szeregi przyjaciół, wskazała nowych, na których mogę polegać. Przestrzegła przed udawanymi. Zaciągnęła mnie na drugi koniec kontynentu, poszerzając horyzont widzenia. Przeobraziła w jałmużnika, zmusiła do myślenia, przypomnienia, przewidywania. Odebrała egoizm, oddała indywidualność.

Wiosna idzie. Powoli. Niezdecydowana. Czekam na nią. Zieloną. Przywracającą życie. Zapowiadającą złociste Lato i wielobarwne pejzaże Jesieni. Z nimi przywitam się, całując je w ręce, wyzwolony z lodowatego objęcia, w które przygarnęła mnie Zima. Czekam na cykliczność. Naturalną.

Kategorie
Znalezione w sieci

Jeden wiersz, którego nie zdążyłem wysłać na pewien konkurs jednego wiersza

Maciej Skomorowski

Przestałem odróżniać poezję, filozofię i copywriting. To jeden zespół spraw, którymi się zajmuję codziennie, które są moją działalnością, pracą, zawodem, najgłębszym zainteresowaniem, wartościami, a nawet – być może mogę tak powiedzieć – „powołaniem” lub „losem”. I w tym wirze wydarzeń spóźniłem się o kilka godzin z dostarczeniem wiersza na pewien konkurs poetycki. Więc przynajmniej zaprezentuję go na Stronie Tekstu. Pretensji publikacyjnych do tego wiersza nie mam teraz, ale być może jeszcze ich nabiorę.

View original post 186 słów więcej

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Cień. Cierń

Nazwałem dobrego kolegę, pierdolonym chujem. Nie powinienem. Miałem rację. Pomyślałem tak. Nie tylko o nim. Nie wstydzę się. Chociaż? Zły dobór słów i niezrozumienie problemu. Zarzucił mi rozrzutność. Ogólną. I on też, miał rację. Swoją własną. Obraził się, ja nie. Zdolność do obrazy rozwiała się z mgłą pewności, której nikt nie powinien nigdy trzymać się, niematerialnie zanikającej. W jej braku. Przejrzystym. Nie wytłumaczę. Nie da się tego zrobić. Są doświadczenia, których nie zastąpi się opowieścią. Najlepszą.

Jak wytłumaczyć, że kiedyś była zabawa. Kosztowna. Teraz jest odnajdywanie się. Nie tańsze. Nikt nie pytał skąd. Tyle siły i oporu? Teraz pojawiają się pytania? Nieporozumienia? Nie ma ich. Jest szczerość.

Drodzy jesteście moi. Serdecznie i w moich kieszeniach. Głęboko sięgacie. Ja wszystko, wy niewiele. Ja zebrane darmowe owoce, na placach, po siódmej wieczorem. Nie morza. Obite jabłka. Wy dla siebie, ja dla innych. Nie pocieszeni wy i dotąd nie mający nic przeciw, nie oburzeni, gdy płacę za siebie i za wasze. Urywkami duszy, skrawkami życia. Zawodem i zawodami. Nie jest tak? Korzystacie? Kupuję was, czy się sprzedajecie? Ja piję, wy się delektujecie. Idziecie do domów. Niekochanych żon i mężów. Synów i córek, o których nigdy nie opowiadacie naprawdę. Dzwonicie do kochanek i kochanków. Z teraz, przedtem i możliwych. Mógłbym je opisać, namalować, gdybym miał taką zdolność. Robicie to przy mnie, mnie się spowiadacie. Brzydzę się i wysłuchuję. Rozrywany. Ty też tak robiłeś. Nie. Nigdy. Mam zrozumieć? Nie! Jest subtelna różnica. Ja niczego nie planuję. Nie jestem wyrachowanie przygotowany. Nie szukam. Odwracam się. Odrzucam, nie dla siebie, innych, przypadków, nie możliwości. Nie zawsze się udaje. Wstydzę się. Wam to nie przyjdzie do głowy?

Nie poproszę was o pomoc. Nigdy więcej. Gdy prosiłem, nigdy jej nie otrzymałem. Mam radzić sobie sam. Radzę. Sobie. Są tacy, którym się nie radzi. Pomaga. Byłem taki. Będę? Źle proszę. Nie poproszę. Proście. Będzie wam dane. Mnie nie. Niedane.

Słowa składające się na zdania. Jak litery na ich równoważność znaczenia. Za dużo mówię? Odpowiadam. Na ciszę. Męczę się. Wy pewnie także. Ja powiem że tak, wy że to jest najwyraźniej moja wina. Szkoda. Moglibyśmy sobie tyle powiedzieć. Monolog na monolog. Wybór. Cień. Cierń. Mróz.

Kategorie
Bez kategorii Mam to w dupie

Być i to wszystko

Znalazłem pracę. Nową. Dziwną. Stałem się ludzkim liczydłem, pokieruję liczydłami. Jesteśmy Abakusami, uzbrojonymi w skanery, świecące czerwonymi krzyżami, z małą kropką pośrodku, kierowaną na kody, których poprzeczne kreski, różnej grubości, wygrywają melodie, o różnym stopniu znośności dla ucha. Wystarczy przycisnąć żółty, jedyny taki przycisk, jak język spustu i celnie skierować jaskrawą czerwień. Wpisać cyfrę, oznaczającą liczbę liczonych przedmiotów i już. Enter. Enter. Pomyłka? Escape. Domyślę się jak wybrnąć. Lista, kursor. Góra, dół. Enter znowu i The End. Do kolejnych kresek, mających wartość, liczoną wartością, określoną.  

Pieśni Skanerów nie są moimi. Odcinam się od nich, słuchając moich, wybranych elegii, o przemijaniu w latach radosnych, w słuchawkach, mocno wciśniętych. Piątych już w tym miesiącu. Psują się. W ten sposób mam czas. Tylko mój. Dla siebie. Płynie muzyka, słowa nabierają znaczenia, zarabiam, myślę, nie jestem bezużyteczny. Płacę, przelewam, zasługuję na szacunek.

Co jakiś czas pojawia się chęć ucieczki. Co ja też tutaj robię? O! Zabezpieczyłem się. Jestem o kilkaset kilometrów od poduszki, do której mogę się przytulić. Nie mogę wyjść. Opuścić pracy, która pozwala mi pisać bzdurki jak te, pisane teraz i więcej ich jeszcze, które układają się w twory, moje utwory. Nie aż takie złe, nie za dobre. Takie na jakie mnie dzisiaj stać.

Zaczynam doceniać. Nie lubić. Nie kochać i nie przyjaźnić się. Nie przyglądać się, poznawać nowych twarzy, widzieć ich. Nie słuchać głosów dotąd nieznanych. Nie słuchać i rozmawiać. Być i to wszystko. Nie być wszystkim. I to. Elegio? Jesteś we mnie, czy jesteś gdzieś, w nieznanym tam, moim Czarnolesie?

Kategorie
Bez kategorii Bez kategorycznie

Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo

Zachwyciłem się. Śmiałem, jak dawno się nie śmiałem. Rozumieliśmy się jak, powinno się rozumieć. Łzy ze śmiechu, cała ich twarz. Cała twarz uśmiechu. Do kaszlu, wywołanego brakiem oddechu. Zaraźliwego.

Zmieniłem się tak bardzo, czy zmiany następują zupełnie niezależnie? Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo. Z zapachem nieperfumowanego potu. Prawdopodobnie cukier. Nie zapytam. Nie umiem być bezpośrednio niegrzeczny. Wcale mi to nie przeszkadzało. Ten zapach. Było w zamian tak wiele. Ona wie. Ja wiem.

Czy tak mogą kochać kobiety? Mimo wszystko? Odkrywam w sobie kobiece cechy, głębsze niż te, o których wiedziałem? Jeżeli tak, to mogę okazać się wpół kobietą. Nie zakocham się, ale zachwyt noszę od tylu dni, że już wiem, że nie przeminie.

Wsłuchiwałem się w głos. Niewiele poznałem nowych ostatnio. Głos jest jak pismo. Kiedy słucham zamykam oczy, nie mogąc, oczy odwracam. Głos ma rytm, faluje, płynie. Jak zdania. Czytam i zamykam oczy. Czuję zdania pisane, pozostawione i te poprawiane. Wiatr i plucie w żagiel. Ten głos był dla mnie, nie cenzurowany. Otwarty. Ten był głosem. Własnym.

Dziewczyno z łydką grubszą niż moje udo, zostaniesz na dłużej? Zostań. Zrozumienia nie spotyka się za często. Takiego jak ty, rzadko i niezapowiedzianie.

Poza tym FUA?

Kategorie
Bez kategorii

Serce

Serce.

Szukam. Szukam Cię. Odnajdując nie wiem? Jesteś?

Daję się Tobie. Wydaję się. Ty gdzieś w gwieździe.

Już strzelali przeciw Tobie, nie ja jeszcze.

Ty oddałeś się za mnie, za moje dni lepsze.

Boże.

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć

Ostrzegawcze wspomnienie

Nas, nikogo, nie dotyczy bycie. Miałem dzisiaj powtórkę sprzed roku. Nie mogłem dostać się do domu, w którym mieszkam, za który płacę. Jeden zestaw, niezwykle wyszukanych i precyzyjnych kluczy. Nie w moich rękach. Zimno na ulicach. Klamka, brama, zamknięte. Otwarte. Zimno jak przed otwarciem. Poznałem zasady. Brak kaloryfera, szukam dalej. Niczego nie mogę wynająć. Hotele zamknięte. Otwarte podobno, nikt nie odpowiada. Mam kasę. Mógłbym zapłacić. Mam jej cały plik, spięty gumką do włosów. Nic nie jest warta, gdy nie można się nią posłużyć. Zasnąłem w śmietniku. Ocieplonym. Cały nim śmierdzę. Ustawiony budzik na dwie godziny. Zdrętwiałem. Wynoś się stąd skurwysynu, łajzo, bo zadzwonię po straż miejską, czuję szarpanie za ramię. Wstaję. Zaskoczenie. Nie wyglądam jak oczekiwała wykrzywiona morda, czerwona z poczucia wyższości. Pogłaskałem jej psa, przestał szczekać. Wychodzę. Przepraszam słyszę, bardzo ciche, za plecami. Spluwam. Chodzę. Długo. Czuję się jak śmieć. Jestem nim. Nic się nie zmieniło, zdałem sobie sprawę. Zostałem podrzucony, za karę, że jestem, tym którzy pozwoli mi żyć. A miało mnie nie być. Jestem i nie. Jestem bytem, nie będącym. Przypadkowym. Gdziekolwiek bym nie był. Z dala. W oddali. Czekający na koniec, który nigdy nie nadchodzi. Aż nadejdzie. Nie różem, z rozpuszczonej krwi płynącej w tętniących żyłach. Trafem, wiekiem, przypadkiem. Bo chcę, muszę się przedostać przez ucho igielne, do gdzieś, bo może tam już nie będę szukał. Odnaleziony. Nie tylko byt określa świadomość. Jest jeszcze pamięć, której nie sposób się pozbyć. Trzymająca mnie w zamknięciu, wbrew mojej woli.  

Szedłem Plantami. Płakałem. Nie był to płacz taki sobie. Lało się. Zamarzały mi łzy na twarzy. Marznący wiatr wprost w oczy. Zrywałem spod nich zamarznięte rzeki łączących się, słonych kropli. Modliłem się za Aniołów, spadających z nieba, wprost w bród ziemi. Upadłych. Rozumiem ich. Skrzydła nam podcieli i nie możemy się wznieść tak wysoko, jak się wnieść chcemy. Mijamy się, rozpoznajemy bez słów. Nie muszę widzieć ich aureoli, żarzących się po zmroku. Wiem kim są. Bezgłośnie odmawiamy wyznanie wiary, prosząc o pomoc, o wybaczenie. Optymiści kosmicznego bezmiaru.

Rano znalazłem w kieszeni kluczyki do samochodu. Kurwa. Nie musiałem zasypiać na mrozie. Może musiałem. Zachować wspomnienie, ostrzegawcze. Uważaj, wszystko może się powtórzyć. Znowu zaczynasz być dumny. Tracisz pokorę. Uważaj.

Kategorie
Śmierć

Umarli, bo żyjemy, przewrotnie

Umarł ktoś. Wczoraj. Dziewczyna w dalekim kraju. Indiach. Nie moja, nieznana mnie. Prawie nikomu nieznana. Ulica. Wypadek. Śpiączka. Potylica i czoło. Połamane, nieposkładalnie. Śmiertelne. Znana tym, którym powinna. Będzie już znana z opowieści tylko, nie za życia. Nie będzie żoną, matką, lekarzem, babką, pra. Nie doczeka. Więcej niczego, w kierunkach, kolorach, wysokościach i stopniach. Odeszła do Ciszy, gdzie pozostanie, albo narodzi się na nowo. Nie ona. Inny ktoś. Wierzyła w to. Była dobrem, może poczęła się już dzisiaj, odrodzona.

Modliłem się za nią. Nie tylko ja. Modliliśmy się w wielu językach, różnych modlitwach, religijnie w religiach. Ta noc. Ciężka jak dzień. Zapamiętam tę noc, jak pamiętam dzień. Rodzice dziewczyny modlili się równie mocno, jak ja i jej matka za nasze córki. W tym krótkim odcinku czasu, modliliśmy się wspólnie. Razem. Nie mogło się udać.

O czwartej rano wybuchło. Racz jej dać Panie, wieczne odpoczywanie. Potem sen i piętnaście minut i rozerwało mnie. Nic. Jak wtedy. Nie ma jej i mojej nie ma. Odmawianie zdrowasiek, szybko. Może zdążę? Jeszcze szybciej. Zdania jak litery i jeszcze i jeszcze. A potem czarna nicość. Obudziłem się i słuchałem. Zwinąłem się w kłębek. Umarła. Słyszysz? Tak. Powiedziałem, że się modliłeś do rana. Nie bo przestałem. Nie mam takiej mocy, odpowiedziałem. I ty nie masz, bo widziałem, że modliłeś się równie mocno. Nie o nas chodziło, o nią. A pamiętamy tylko o sobie.

22 lata. Talent. Medycyna. Samo dobro. Przypadek. Karma i Jezus. Bóg i jej Bogowie. My. Wszyscy. Umarli, bo żyjemy, przewrotnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Omega, omegom

Zażenowany? Zaskoczony? Rozmieszony? Ha. I ha. Dokładnie. Nie zaskoczony. Reszta niech pozostanie. Chodzi o najwyższe uczucie. Wyzbycie się siebie. Dla Ciebie. Wieloosobowo. Każdego.

Zakochiwanie się jest skomplikowane. Wymaga dużej dozy pokory. Przed rozczarowaniem. Zanim. W trakcie i prawdopodobnie po nim. By nie było, wiedziałem. Okazało się. Spodziewałem się. Nie było, czego nie miało by nie być.

Zakochiwanie jest proste i prostolinijne. Niczego nie wymaga. Kocha się i nie można się rozczarować. Wie się. Od początku do końca.

Żenada jednak, gdy miłości obiekt jest żenujący i nie wolno tego przyznać. Przyznać się innym, najbardziej sobie. Zaskoczenie? Przychodzi w sobie zdaniu sprawy. Z oczywistości tej sprawy. Rozśmieszenie. Tak. Nie śmiech kosztem kogoś. Roześmiać się. Śmiać się. Kogo ja w tobie mogłem widzieć, kogo ty mogłaś we mnie zobaczyć.

A kochanie? Jakie może być? To całkiem inna sprawa. Innych par kaloszy, których nikt nie spłoszy. Kochanie jest skomplikowane. Pokorne i nie. Wypierdalające. I może też łatwo: wypierdolić.

Nie kocham Cię jak myślisz. Mam Cię. Nigdy nie kochałem. Nic z tego nie zrozumiałaś. I pewnie tak się nie zdarzy. A że Ty nie kochałaś? Kochałaś i kochasz. Oddałaś. Nie oddałaś. Nie wróci. Nic nie z wróci. Oddania i nie przyjęcia. Ja nie przyjmę. Kochania.

Znosiłem Twój brak satysfakcji. Z samej siebie. Brak zadowolenia, z siebie samej. Teraz radź sobie z sobą. Ja sobie poradziłem z sobą, Tobą i Tobie podobnymi. Poradź sobie z podobnymi Tobie. Omega, omegom. Na koniec. Zakończenie.

Nigdy nie byłaś jak ta muzyka. Nie byłaś muzyką. Nie byłaś mną. Musisz się bardzo postarać, aby być czyjąś.

Kategorie
Nic

Nikomu niczego

Nie zabiorę nikomu nikogo. Nawet cząstki. Małego kawałka, niczego. Tak nieważnego, że tego nie zabraknie, zostanie nie zauważone. Pozornie nie ważne. Przezornie podważone.

Boże. Czemu mi to robisz? Dlaczego nie robiłeś tego wcześniej? Pytam. Na kolanach. Głową opierając się na schodach nie mojego domu. Twojego domu. Z krzyżem. Nad naszym domem. Nie moim. Twoim.

Pierwszy raz, odkąd przyrzekłem, że tego nie zrobię, nie dojadłem. Mam żal do siebie. Zostawiłem. Odszedłem. Bo nie chciałem odbierać. Czasu. Którego było aż za dużo. Komuś. Dla kogoś. Ociągając się.

Naprawię to. Oddam. Wydam. Będę niedojadał. Nic nie będę. Mało mnie, może być mniej. Mnie. Nie mnie. Ich. Onych. Tamtych. Siebie. Sobie samych. Samotnie pozostawionych.

Zniechęciłem się. Przedwcześnie. Uciekaj. Zamiast tego podwinąłem rękawy. Nachyliłem się. Chciałem słyszeć. Usłyszałem. Kogoś. O sobie. Kimś. O niczym. Zupełnie. O czymś. Czymś.

Pierdolę to szczerze. Nikomu za to nic nie zrobię. Przecież. Bo zapamiętam. Będę pamięcią. Bo. Czas. W niewczasie.

Kategorie
Życie

Nie krzywdząc

Umówiłem się na randkę z szaloną Angielką. Znowu. Mamy ten sam problem, stres, który prowadzi nas na skraj zrozumienia, że nie możemy istnieć poza nim. Wrósł w nas, ogranicza nas, pozwala nam żyć, tak obserwujemy innych, tak tylko możemy wiedzieć czego od nas mogą chcieć. Robimy rzeczy, które nie są naszymi. Wyborami. Randka to za wiele, może za mało. Umowa niewerbalna, bez robienia, niczego, na siłę, nigdy lub zawsze. Nie zrobimy sobie krzywdy. Nie ma oczekiwań, będzie dużo do opowiedzenia.

Wypijemy dużo kawy, z dodatkiem koniaku. Ale bez pijaństwa, mamy do tego skłonność. Będę pytał, słuchał. Jak gdy się poznaliśmy przypadkowo, przejdziemy przez miasto, potem się obejmiemy, wiedząc, że mogło by być za dobrze, albo całkowicie nic by nie było. Bez pocałunków i zbędnych gestów nie pójdziemy do łózka. Umówimy się znowu, znowu będziemy żałować. Nie rozszarpiemy się na cząstki i nie poranimy. Toksyczna i Toksyczny. Oxford i Kraków. Anglia i Polska. Moje dwie ojczyzny po połowie i jej w trzech czwartych i jednej czwartej części.

Staniemy nad Wisłą w tłumie. Połamani własnym wysiłkiem. Nikt się nie domyśli. Wyglądamy jak niezniszczalni pół bogowie, z kolczykami na twarzy, wyzywający, atrakcyjni bez przyczyny, inaczej ubrani, pewni w gestach, stawianiu kroków. Wiemy, że trochę się nas boją, trochę wstydzą, nie wiedzą jak na nas reagować. Za grzeczni i za szczerze się uśmiechający jesteśmy. Z dystansem i nie na pokaz. Przyjrzymy się sobie ze zrozumieniem. Zapalimy dwudziestego, kolejnego papierosa. Znowu opowiemy o swoich miłościach, o tym jak bardzo nie umiemy kochać i nikt wie jak nas pokochać. Jak odpychamy, bo kochają nas nam nieznani, nie znający nas, tylko wyobrażenie. A nie chcemy ofiar. Nie wolno nam znowu być ofiarami. Jak czekamy i wypala się w nas nadzieja. Jak przekuwamy słowa pisane i wypowiadane na czyjąś złość. Nie pijemy powiem. Nie pijemy odpowie. Musimy być ostrożni. Nie wolno nam się dotykać. Potrafimy się powstrzymać. Powiem że jest post. Roześmiejemy się. Zapomniałam, katolik. Człowiek, przypomnę, niedoskonały.   

Staniemy pod jej domem, pod jej drzwiami. Popatrzymy sobie w oczy z pytaniami. Wchodzisz? Proszę nie wchodź. Chcesz abym wszedł? Proszę, nie chciej. I rozejdziemy się. Do następnych pytań.

Nie zawsze możemy być razem. Z kimś. Warto się wstrzymać. Nie wchodzić. Nie wracać. Być, na chwilę, chwile. Naprawdę. Pobyć. Zżyć się. Przeżyć. Dożyć.

Kategorie
Chaos

Gdy

Gdy nie pozostaje nic,

Nic poza i gdy.

Pojawia się więc i co?

Co więc, nic i kiedy?

Widząc i nie,

Nie widząc, patrząc.

Czując i będąc bez czułym.

Trwając, nietrwale.

W bycie i w niebycie.

Co było zanim,

I było wcześniej?

Jest, czy nie jest?

Będzie, czy nie było?

Prawdopodobnie.

I nie.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Urodziny

Moje urodziny przypadają w środę popielcową? Zdziwiłem się trochę. To jakiś znak po ostatnim okresie naprawczo-powracająco-nawróceniowym? Od kilku dni staram się nie palić, palę mniej. Staram się nie pić. I tak mało piję. Nie będę się katował. To ma być wybór, nie przymus. Zaczyna się post. I tak nie jem mięsa. Niewiele jem. Mam 40 dni. Na poprawę, nie na świętość. Będę gotowy na wezwanie.

Wróciłem do mojego kraju, który kochając, równie mocno nie znoszę. Rok temu moje urodziny spędziłem na ulicy, po wydaniu ostatnich pieniędzy. Popielec poleciał. Nawet o nim nie pamiętałem. Dzień przed nimi, stałem się wygnańcem, gdy już nie moja matka, a już nie jej syn, zadzwoniła mówiąc, że nie mam już rodziny, nawet nie odpowiedziałem. Urodziny w samotności. Nie z wyboru, z przymusu. Ze wstydu.

Dzisiaj byłem w kościele. Wybrałem ten brzydki. Słuchałem w spokoju kazania, chociaż powinienem raczej krzyczeć. Próbujcie pogodzić się, godzić się, z bliskimi i tymi, z którymi się poróżniliście. Próbowałem. Chciałem. Wyciągnąłem rękę. Ręce, nogi, całe ciało wygiąłem w nich. Nic z tego. Mam dalej próbować? Już przebaczyłem, zrozumiałem. Mam się spalić na stosie? Udowodnić, że obracając się w proch, w ogniu, szybko, zamiast w ziemi, długimi latami, uznaję moją winę. Wszystkie winy. Jakiekolwiek winy, kogokolwiek. Mam być prochem, którym obsypią sobie głowy Ci, którzy nigdy za nic winy nie ponoszą? Do nich wszystkich mam wyciągać się cały? Ich to nie obchodzi. Przepraszam. Odejdź. Nie chcemy cię nigdy więcej widzieć. Nie chcemy nic o tobie wiedzieć. To nam komplikuje życie. Nie chcemy wiedzieć, co o nas wiesz. To nam odbiera spokój. Im nie jest to potrzebne. Ja to zrobiłem. Nie czuję jednak czystego sumienia. Spierdalajcie. Nic wam po mnie. Spaliłem już dla was lata. Za wiele lat. Pierdolcie się! Po katolicku. Czas na was!

Czytanie przyjąłem spokojnie. (Mt 6, 1-6. 16-18). Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Oddaję ile mogę, nie chwalę się tym, robię to anonimowo. Nie udaję pokuty, nie udaję religijności, nie głoduję na pokaz. Co mam otrzymać? Nic nie chcę. Lepiej niech dostaną to inni, którzy o siebie nie mogą już zadbać, nich to im Bóg pomoże. Niczego nie robię dla nagrody, nawet ukrytej.

Mam jednak postanowienie. Pozostawię je w tajemnicy. Niech będzie anonimowe. Zgodnie z oczekiwaniami Pisma. W moje urodziny.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Rozmawiać lub milczeć

Nie lubię już niedomówień. Niedopowiedzeń. Zadawanie pytania, innego niż retoryczne, wymaga wysiłku. Namysłu. Wywołane komentarzem, wymaga wysiłku podwójnego. Odpowiedź nie jest zawsze konieczna. Są pytania, które się wymknęły myślom, inne nie powinny być zadane. Same się zadają. Te, których powodem jest poznanie, zrozumienie więcej, nieodpowiedziane stają się stratą. Dopytywanie o nie jest językowym obskakiwaniem: powiedz, no powiedz… Dookoła, podskok, podskok. Jak szczenię. Powiedz, no powiedz… Zrzygałbym się na siebie, gdybym tak robił. Gdy odczuwam taką potrzebę czuję, robi mi się w ustach gorzkawo. Jak próbując zmusić do rozmowy, ważnych rozmów, gdy ich brak oddala na dystans, poza którym tylko nic już pozostaje.

Nie zawsze byłem uczciwy w rozmowach. Musiałem się nauczyć szacunku. Niepozostawiania domysłów, pozostawiających nadzieje, niepewność, wprowadzających w błąd, wikłających, zarzucanych sieciami przypuszczeń. Musiałem się nauczyć szczerości. Nawet gdy szczerze kłamałem, chcąc się kogoś pozbyć i rozczarować. Nie odpowiadać, zagadywać. Nie pozwolić zadać pytań, na które musiałbym odpowiedzieć. Nie manipulować, nie dominować, nie zastawiać pułapek, nie bawić się kimś, nie wykorzystywać. Nie przywiązywać do siebie słowem.

Nauczyłem się rozmawiać. Wymieniać myślami. Mówić wprost, niecenzuralnie. Ośmieszać się i ośmielać. Nie wyśmiewać, nie onieśmielać. Pytać i odpowiadać. Jak samemu sobie, prawdziwie. Tylko tak chcę rozmawiać. Tylko to jest rozmową. Ze śmiechem szczerym z samego siebie, wspólnym z kogoś, gdy się roześmieje. Gniewem, gdy należy się gniew. Przykrością, gdy jest powód do goryczy. Uzupełniając się. Tylko tak już chcę. Rozmawiać lub milczeć.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Niebo zakochanych

Wczoraj były Walentynki. Nie przesadzam z ich ważnością. Mam je w dupie. Ale jakoś tak było, niemrawo, jakbym wcale ich tam nie miał. Nikomu nic nie podarowałem, nie przesłałem, nie życzyłem. Nikogo nie przytuliłem, nikt nie przytulił mnie. Nie było kwiatów, wina, kolacji, okazji do wyjścia, spacerów, kąpieli ze świecami, dotyków, pocałunków, potarganych włosów, uniesień prowadzących do orgazmów, poprzez coraz mniej skromny seks. Nic się wielkiego nie stało. Zastanawiałem się, czy ja kiedyś będę w stanie kogoś kochać i z kimś się kochać, tak jak chcę, jak ktoś? Czy ja tylko kiedyś jeszcze kogoś przygodnie przelecę, z konfesjonałem w tle? Czy będą jeszcze ważne dni i daty, które przebiegną w zaangażowaniu, nie ze wzruszeniem ramion? Zatrzasnąłem wszystkie drzwi, aby nie musieć ich otwierać, jak więc mam otworzyć następne?

Była niedziela. Poszedłem na mszę do brzydkiego kościoła. Niewiele jest brzydkich w Krakowie. Brawa dla architekta, musiał mieć misję. Udało mu się! Chyba przez sprzeczność, nigdy nie widziałem tylu pięknych ludzi naraz, w jednym miejscu. Kościół był wypełniony, usiadłem za ołtarzem, taki projekt, na wprost tłumu wiernych. O ja nie pierdolę Boże, pomyślałem. Nie wierzę. Pod maseczką opadła mi szczęka. W pierwszym rzędzie zakonnice. Od staruszki, po dziewczyny w nowicjacie. Idealne, twarze w proporcjach artystycznych. Mogłem zobaczyć, zsuwały maseczki do komunii. Dalej pary i samotni mężczyźni i kobiety. W każdym wieku. Ładni, ładne, piękni, spokojni, rozmodleni, uważni, wyjątkowi.

Wychodząc przypatrzyłem się im jeszcze raz. Bałem się, że wszystko mi się wydawało, że to gra światła, półmrok, zmęczenie. Nie wydawało mi się. Znalazłem się na chwilę w niebie. Niebie zakochanych i kochających. Oby takimi pozostali. Nie tylko w taki dzień.

Kategorie
Przyjemność Religia

Dobrze, po prostu

Jestem katolikiem. Zawsze nim byłem, ale nie była to religia pierwszego wyboru. Nie miałem go, urodziłem się w katolickiej rodzinie. Musiałem dojrzeć do uznania, że nim jestem. Bardziej przemawiał do mnie Buddyzm, Islam, Hinduizm, szkoły filozofii klasycznej, porwała mnie metafizyka Krishnamurtiego, spełnionego etyka, niedoszłego nauczyciela świata, który zawsze bronił się przed uznaniem go za takiego. Chrystus wydawał mi się nieprzystępny oczekiwaniami przyjęcia wszystkich jego nauk. Irytowały mnie jego słowa, potwierdzające, że jest i Mesjaszem i synem jedynego, trudnego do pojęcia, talmudycznego Boga, który aby wiarę bardziej skomplikować, wysłał dodatkowo niezidentyfikowanego Ducha. Katolicyzm był dla mnie obcy, żywy dowód arogancji barbarzyńskich potomków tych, którzy zniszczyli mój wyidealizowany, antyczny świat humanizmu. Kościół był dla mnie szyderstwem z Chrześcijaństwa, sektą szaleńców, walczącą z innymi sektami, nie mniej obłąkanymi, w niekończącym się sporze o nieistotne racje, odmawiającym wiernym prawa do interpretacji pism pozostawionych, jeżeli rozumieć to wprost, przez Boga, w przyjętej przez Niego, ludzkiej postaci. Religii zawsze nieszczęśliwych i niezadowolonych z siebie. Nudnych.

Buddyzm mnie zmęczył. Jego tybetańska forma (przepraszam podążających tą ścieżką, także znajomych Tybetańczyków, z którymi wiele razy protestowałem pod Ambasadą Chin w Londynie i nadal jesteśmy w kontakcie), najlepiej mi znana, z młynkami modlitewnymi i niejasną kosmologią, którą można nagiąć do oczekiwań każdego, okazała się nie do przyjęcia na dłuższy czas. Dalaj Lama z przyklejonym, infantylnym uśmiechem, nigdy nie odpowiadający wprost na pytania, wydał mi się równie niedorzeczny jak następujący po sobie, dobrotliwi Papierze. I on i oni, elekcyjni władcy absolutni. Islam mnie przeraził. Słuchając monologów imamów, miałem często ochotę uciec z meczetu. Po wielokrotnym przeczytaniu Koranu, przestałem mieć złudzenia, logika nauk była jego zaprzeczeniem, nienawiść do Żydów i Chrześcijan prawie nie ukrywana, seksizm tak oczywisty, że ograniczenie kobiet do posługi zakonnej, okazało się ideałem emancypacji (na szczęcie nie dotyczy to wszystkich muzułmanów). Przez Hinduizm się prześlizgnąłem. Pozostała mi po nim głęboka niechęć do determinizmu, ale także umiejętność medytacji, pomagająca się wyłączyć i głębiej modlić. Mahabharatę i Ramajanę wymęczyłem, było jednak warto. Niedościgniona poezja. Wstydź się Homer, wstydź. Stoicyzm na zawsze będzie dla mnie kluczem do zrozumienia złożoności ludzkich wyborów. Krishnamurti nie przestaje mnie zadziwiać celnością przemyśleń, chociaż trudno mi się zgodzić ze wszystkim co przekazał. W okrężnej drodze do Chrześcijaństwa poznałem jednak wielu niezwykłych ludzi, którym zawdzięczam tolerancję i otwartość, bez których nie byłbym jakim się stałem.

Nawrócenie nie jest właściwym słowem na określenie stanu w jakim się znajduję. Powróciłem z dalekiej wyspy na archipelagu czekających, rzadko nawiedzanych. Od jakiegoś czasu prowadzę codzienną rozmowę z Aniołem. Nie modlę się do niego. Modlę się za niego. Nie jest to niematerialna postać. Tak nazywam człowieka, kobietę, żyjącą, oddychającą, czującą, wrażliwą, trochę doskonałą, trochę nie. Ma anielskie imię. Anioł pomógł mi zdobyć się na odwagę i wsiąść do łodzi, którą dopłynąłem z wygnania, do celu, który powoli poznaję. Przekonał mnie, że chociaż nasza wiara jest jedna, nikt nie musi wierzyć dokładnie tak samo i nie ma w tym nic, co może mnie wstrzymać w byciu lepszym, choć trochę, każdego dnia. Anioł nie jest nudny i nieszczęśliwy. Jest interesujący, myślący. Cierpliwy. Zabawny. Uczy mnie jak akceptować niepowodzenia i do kogo się zwrócić o pomoc, konsekwentnie. Przebaczać sobie i działać. Biblia przestała parzyć. Przybycie Anioła zamknęło rozdział poszukiwań w moim nienormalnie intensywnym życiu. Bycie katolikiem przestało być ciężarem, staje się naturalne, oczywiste. Nic nie waży. Jest częścią mnie. I jest mi z tym dobrze, po prostu.

Kategorie
Toksyczny Życie

Jebnij innych losie

Miało być o włosach. Obcinanych, zapuszczonych, kolorowanych, siwych, spalonych utleniaczami, świętych. Pisanie jak co dzień, o 4.14 rano. Jak od, nie wiem nawet od kiedy. Rozpoczynane kilkoma linijkami przed zaśnięciem. Nic z tego. Innym razem. Dopadła mnie bezsenność. Brakuje mi kościołów w zasięgu słuchu i wzroku. Bolały mnie uszy, zrastające się na coraz mniejszych tunelach, które często muszę przemywać. Zapach nie przypomina perfum. Wyszedłem, przejść się. Daleko nie zaszedłem. Zaspy w środku miasta. Zobaczyłem na śniegu ślady krwi, jeszcze ciepłe, nie zamarznięte. W ciemności ulicy, na chodniku leżał on. Pozostawiony na śmierć, patrzący na mnie z lękiem. Bezdomny, duży, chudy, brudny i poraniony. Ranny pies, pozostawiony bez pomocy. Warczał na mnie, gdy się zbliżyłem. W telefonie znalazłem numer najbliższego weterynarza. Zadzwoniłem, mieszkał niedaleko, przyjechał w kilka minut. Zbadał zwierzę. Zawieźliśmy go do całonocnej przychodni. Chcieli go uśpić. Nie pozwoliłem. Leczenie będzie kosztować, to nie pański pies. Zabierze pan go do domu? Nie chciałem się tłumaczyć, że nie mam domu, zatrzymałem się chwilowo u przyjaciela. Zapłaciłem za RTG i zastrzyki, rano zawieźli go do schroniska, zrobiłem przelew. Pies przeżyje.

Cały dzisiejszy dzień zastanawiam się, czy mam go odwiedzić? Powinienem? Czy nie pojawi się poczucie odpowiedzialności i będę chciał go zaadoptować? Czy to dlatego, że kiedyś, kilka razy kopnąłem swojego psa, bo zjadał jakieś ścierwa na spacerach i srał po psiemu w posłanie? I mam wyrzuty sumienia, których nie umiem się pozbyć? Czy dlatego, że nie poszukałem kota, który mi uciekł w zimową noc i nigdy go już nie znalazłem, bo zamiast szukać zasnąłem, pijamy jak bela, wściekły, że znowu nasikał na fotel? I nie umiem sobie tego wybaczyć? Czy to dlatego, że nie mam nikogo, kto bezinteresownie by mi pomógł, bo nie jestem idealny? Czy to dlatego, że nie chcę do się nikogo przywiązywać i obdarzać uczuciem, bo boję się straty i że znowu coś zepsuję? I już przyjaźń wydaje mi się niebezpieczna.

Dlaczego tak często zdarzają mi się takie sytuacje? Dlaczego nie zdarzają się ludziom z czystym, czystszym sumieniem? Akurat ja musiałem znaleźć tego psa? Gdybym go nie znalazł, zamarzł by na śmierć, czy może znalazł go by ktoś inny? Czego los się po mnie spodziewa? Tak się staram być egoistyczny, epatować tym, zniechęcać, aby pozostawiono mnie na chwilę w spokoju. Gdy już go prawie czuję, jeb, znowu mi nie wolno. Litości. Jebnij innych losie, od czasu do czasu.

Kategorie
Znalezione w sieci

Transhumanizm (polemika) — Panoptikum

Przez przypadek trafiłem na interesujący esej o transhumanizmie. Nakłonił mnie on do przemyśleń, których efektem jest ta polemika. Tematem transhumanizmu nie interesowałem się dotychczas zbyt szczególnie, nie studiowałem go, raczej … … 7 more words

Transhumanizm (polemika) — Panoptikum
Kategorie
Nic

Zapominam o was

Piszę o Was, Muzy, nie niemuzyczne. Pamiętam o Was, Mojry, nie nieśmiertelne. Patrzę na Was, nie niewidzialne, nie moje, Pagitriaty. Stojące przede mną. Tylko dla mnie. Z rękami rozpostartymi jak skrzydła w locie, delikatnym muślinem, płynącym szlakiem, uchwyconym w dłoniach, palcem wskazującym przyciśniętym do dłoni, na zrębku skrzydeł. Słyszycie jeszcze mnie przy strumieniach, schylone, szukające odbicia naszych oczu? Koniec nas. Zabiera nas. Konieczność. Dwie strony źródła. Lustrzanie uniesione, nasze, nie nasze my. Od zawsze.

Pamiętasz mnie Melpomeno? Obrotem, gdy nie mogliśmy się rozpoznać w takcie? Kaliope? Zawsze mająca rację. Daleka, ponad słów podziałem, na dźwięczne sylaby? Talio, mogąca żartem budzić śmiertelność do ruchu? Terpsychoro, tańcem ciągnąca mnie do granicy pamięci? Uranio, której nie poznałem dobrze, nie miałem głowy. A chciałem. Erato? Jesteś jeszcze tam? Oddająca się, oddalająca.

Kloto, z przędzą moich sekund. Lachesis, przyczajona.  Atropos, tyle razy bezradna.

Myhkei, córko. Gajo, matko. Loto, siostro. Nikt o Was nie pamięta? Wróżki, czy nazwy? Jestem ostatni? Kłaniam się. Wam. Pozostały Wasze odcienie.

Widzicie zebrani nad nami? Nie jestem ślepcem. Nie opowiadam. Zapominam o was. Jak zapominacie o nas. Na jawie. Nie, gdy nad wami tylko my czuwamy.

Poganie.

Nie wiecie o co chodzi.

One tak. Dziękujcie im.

Kto jest, a nie jest, bogowie?

Kategorie
Spokojnie

Aleia

Aleią zielonych traw, długą, opasującą, idę

potykając się o stopnie, wznoszące ponad horyzont,

daleką i niepoznaną, kwiecistą w wielu kolorach.

Nic.

Słucham wiatru w szumiących liściach, opadających

jesiennie, wiosną rosnących, zapachem lata,

ostatnich wiszących, pod iskrami zimnego lodu.

Nie.

Z wysoka patrząc, aleia się zawęża, zanika

początkiem, wyżej nikle otwiera się poświatą

migoczącą, srebrzyście szeroką w oddali.

Ma.

Aleia. Znaków. Znaczenia.

Kategorie
Znalezione w sieci

JESTEM WIERZĄCA — AUTENTYCZNA

Dlaczego wierzę? Gdzie leży źródło moich przekonań? Dzisiaj mam w głowie jeden obraz. Dzisiaj on może, choć odrobinę, przybliżyć moje spojrzenie na religię. Dzisiaj właśnie on wydaje mi się słuszny. Dzisiaj ja się w nim odnajduję i go rozumiem. Za to dzisiaj, jutro i wczoraj, dokładnie ta, wiara trzyma, trzymała i będzie mnie trzymać przy […]

JESTEM WIERZĄCA — AUTENTYCZNA
Kategorie
Psychika Spokojnie

Nie ranicie. Wkurwiacie

Nigdy nie dokończona wymiana myśli z przyjaciółmi. Rozmowy, listy, wiadomości. Z nowymi i tymi od zawsze.  Z takim samym wnioskiem. Tracę czas. Miała być wesoła impreza, zrobiło się smutno.

– Strata czasu. Nie rozumiem?

– Nie rozumiesz. Kierujesz się uczuciami. Nie myślisz o kolejnym dniu. Każdy grosz pali ci się w ręce. Rozdajesz. Utrzymujesz, nie oczekujesz niczego w zamian. Szkoła w Afryce? Przelew. Bezdomni? Biegniesz do bankomatu. Ktoś stracił pracę? Płacisz rachunki, kupujesz jedzenie, dajesz pieniądze. I zawsze po cichu, bezimiennie. Bez wdzięczności.

– Nie potrzebuję wdzięczności.

– Pewnie. Kto by pomyślał? Nie pozwalasz się poznać. Arogant, dumny i bezduszny. Dziwkarz, pijak, niestały, niepewny. Prowokator, gotowy na każde szaleństwo. Który nigdy nie słucha. Gniewny, obrażający, nie przyznający racji. Uciekający od odpowiedzialności. Psychologicznie zaburzony.

– I co z tego? Jestem widocznie taki.

– Jaki? Zmęczony udawaniem. Najbardziej normalny człowiek, którego znamy? Ile kosztuje cię pozbywanie się każdej osoby, którą możesz pokochać? Jak długo potem żałujesz?

– Dlatego staram się nie kochać. Teraz na pewno.

– Od kiedy? Od roku? Co takiego się zmieniło? Przeraziłeś, obrzydziłeś, zgniotłeś. Nikomu z nas nie powiedziałeś, że potrzebujesz pomocy. Bo ty jej nigdy nie potrzebujesz. Nikogo nie chcesz potrzebować. Przyznać, że tak nie jest.

– Mylicie się. Pozbyłem się oczekiwań, których nie mogłem spełnić. Najszybciej, gdy to zrozumiałem. Żałuję jak, żałuję, że musiałem. Za dużo ludzi, za dużo się działo. Szukałem pomocy, w złych miejscach. Przekonałem się. Nie stwarzam pozorów. Nie trudno mnie poznać. I ja za dużo oczekiwałem. Poznania, nie oczekiwania. Zaprzyjaźniam się. Jestem prawdziwy, jak z wami. Tego potrzebuję. To też uczucie. Nim się kieruję. Wy pomagacie tylko sobie i sobie nawzajem. Ja oddaję. Nie widzicie różnicy. Wy tylko zbieracie. Ja też się starałem. I zostałem z niczym. Tak miało być. Tego się spodziewałem. Zawsze mogę zebrać, więcej niż wy, razem. Ale nie sam. I wiecie o tym. Już to zebrałem i oddałem. Tak chciałem. Uczuciami się kieruję? Zawsze. Ale choć tak jest, nie jestem takim jak wam się wydaje. Wiem ile mogę. Ja oddam, wam mogą tylko zabrać. Ja zbiorę, was pozbawią. Ja zbiorę w wielu miejscach, wy znacie tylko jedno.

– I co teraz? Jesteśmy przyjaciółmi. Szczerzy. Ranisz nas.

– Tak. Jesteśmy. Jestem szczery. Nie czuję ran. Nie ranicie. Wkurwiacie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Śmiej się

Zakazy, nakazy, przykazania, zasady, prawa, oczekiwania. Tabu, oceny i podporządkowania. W każdym miejscu i czasie. Świat nie wybierany, przygotowany na pierwszą myśl, której nie zapamiętasz. Zbiór. Musisz tylko go uznać. Pokochać jak własny. Zasiać na nowo i nauczyć kolejnych siewców pielęgnacji. Nauczyć, że nie wolno. Inaczej. Wolno tak tylko, jak przygotowano.

Miłość, przyjaźń, radość, pocałunek, przytulenie. Zaufanie, pewność i zrozumienie. W każdym z nas. Uczucia, kierujące w niepoznawane, którego nie da się rozpoznać zanim nie nadejdzie. Niezrozumiane. Zapomniane. Odnawiane i zawsze przeżywane. Tylko tak wolno ci się uczyć o nietrwałości. Bez niej zabłądzisz.     

Wiedza, wiara, współczucie, praca, pomaganie. Pierwszy oddech, z przyrzeczeniem ostatniego. Biciem serca, ale nie na zawsze. Przygotowani na nie wolno, nie teraz, nie tutaj, nie tak. Zniechęceni do tak. Tak, wolno. Tak, teraz. Tak, tutaj. Tak, z nim, z nią. Zmęczeni. Przedmiotowi i niezrozumiali. Poddani i podporządkowani. Bez prawa wyboru. Prawa.

Morderstwa, wypadki, gwałty, znęcania i molestowania. Bicie, krzywdy i opanowanie. Każdego, zawsze. Rozpacz i szloch. Strach. Brak nadziei. Złożony. Tak tylko nauczysz się rozpoznawać ciemność i światło. Cienie i szarość. Co ci wolno, a czego nie? Nie płacz. To nieprawda. Wolno. Śmiej się.

Kategorie
Przyjemność Psychika Religia

Trucizną i lekiem

Zapomniałem jaką przyjemnością jest przejście się ulicami swojego miasta. Nie wybranego, do którego wrócę w odwiedziny. Tego w którym się urodziłem. Z którego uciekłem, uciekałem. Nie chodzić ulicami miast, które wyczerpały moją cierpliwość, które przyjęły mnie dobrze, z uśmiechem, grzecznym, jednak chłodnym.

Stanąć w centrum znanego wszechświata, okazać się takim samym, całkowicie odmienionym. Zmęczonym przekonywaniem się, że jestem złem wcielonym, winnym i obcym. Uspokojony wiedzą, że winy się rozkładają i bliżej mi do dobra. Nie tłumaczyć się już, nie złościć, nie obiecywać, nie odpowiadać na oczekiwania.

Spotkać się z przyjaciółmi i tymi których lepiej rozumiem, którym wybaczyłem, jak siebie, jak sobie. Stanąć oko w oko z przeszłością, której bardziej się bałem, niż powinienem. Z nadzieją i pewnością, że pokonywanie przeszkód doprowadzi mnie do właściwego celu, który dopiero poznam. Trzeźwo spojrzeć na siebie, jakim się stałem. Trucizną i lekiem.

Uklęknąć przy dziecku i wyznać, że wierzę w jeden powszechny katolicki kościół, od którego oddaliłem się, prawie do zwątpienia. Mieć pomoc anielską, która podtrzyma mnie na duchu. Nie mieszać się w spory, nierozwiązywalne. Uznać, szanować, skoro już do tego dotrwałem. Z głębi serca, nie obowiązku. Pozwolić sobie tęsknić. Pozwolić kochać. Tęsknić, kochać. Być.

Kategorie
Pamięć Psychika Religia

Niewiele nam potrzeba

Uciekłem z ucieczki. Wróciłem. Odbyłem rozmowę o toksycznościach. Odkryłem, że nie są do siebie podobne. Ofiarą jest niewinne dziecko, które niczego nie rozumie. Jest rozdarte pomiędzy miłością i oczekiwaniem. Znam to. Pamiętam. Mojego ojca stojącego w progu mojego domu. Widzę oczami mojego dziecka, jak patrzy na swojego. Syf. Nie do przyjęcia. Mój ojciec wybrał i ja wybrałem będąc ojcem. Moglibyśmy sobie uścisnąć ręce. Udało nam się wszystko zepsuć, chcąc naprawiać. Zrobimy to zza grobów, równie zaniedbanych, oddalonych.

Nie masz nic, jak to możliwe, usłyszałem? Nie jesteś bezradny. Możesz więcej niż inni. Rozdałem, wydałem. Wróciłem, bo nie potrafię wykorzystywać, mając poczucie winy. Jestem bezradny z wiarą i nadzieją, niesłabnącą. I rozdam i wydam. Gdybym spotkał kogoś, kto pozwoli mi to zrobić, dbając o siebie i innych zostałbym filantropem, a tak jestem nikim, którego pamiętają ci, którym oddałem ostanie grosze, nie zapamiętają niczego, nie potrzebujący. Nie spotkałem. Fatum nie postawiło mnie w miejscu gdzie Gloria szydzi z Filozofii. Bóg mi znany nie chciał tego uczynić, obawiając się o moją duszę, ratując ją przebaczeniem, uśmiechem.

Ludzie jak ja, żyją jak przestępcy. Chowający się w miejscach niedostępnych nikomu. W świetle lamp, pod smrodem łachmanów, otulających w zimową noc samotność. Patrzący od zawsze w przestrzeń, gdzie nie ma nic, tylko czekanie. Upodabniający się do innych, nie podnoszący głosu, bo i tacy są, wyglądający na gorliwych, radosnych i zakładających maski, dostoswane do oczekiwań. Winni win tych, o których dawno zapomniano i się pamięta. Zatrzymani, w drodze, spadający w nieskończoną się przepaść. Niewiele nam potrzeba. Okruszyn z chleba wybawienia nie naszych oczekiwań. Dajcie nam to, wtedy wrócimy. Wszyscy.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dwanaście krótkich miesięcy

Koniec. Minął rok odkąd pozbawiono mnie życia jakie znałem, którego pozbawiłem się dokonując wyboru, godząc się, że odtąd nie będę miał rodziny, jaką znam, związki krwi okażą się słabsze niż przyjaźń, nie będzie pomocy innej niż wzajemna. Rok poświęcony zawodom, których byłem powodem, miłości, których nie potrafiłem rozpoznać i uszanować, tak jak na to zasłużyły. Rok przebaczania, sobie i innym. Własnej i innych złości. Chęci zemsty i jej porzucenia. Wycofania się i powrotu. Ucieczki i pozostania. Nienormalny, nieprzewidywalny, rok tylko ze sobą i zmianami, które stały się same. Miały być obok, są we mnie. Miały być w innych, stały się mną. Rok, gdy upomnienia okazały się tylko obciążeniem, upominanie się o siebie i innych, do mnie podobnych, niczym więcej niż nieporozumieniem, którego zrozumienia się nie spodziewam. Chuj. Chujowo. Najwyraźniej tak miało być. Nie trafiam na tych, którzy zechcą zrozumieć, mają odrobinę wyobraźni, wykraczającej poza oczekiwania, że bycie odmiennym, nie oznacza, że jest się podobnym, bo także są odmienni. A jeżeli trafiam, nie chcę niczego zmieniać i muszę się oddalać, bo moja obecność toksyczna, pozbawia radości poznawania bycia odmiennym. Zamknięta i nierozwiązywalna pętla nieskończonych możliwości. We mnie rozrywana, w bycie zawsze silniejsza, niż wyjście trafu poza siebie.

Walka o siebie, która nie była odebraniem nikomu niczego. Tylko sobie. Nie ja albo, albo oni. Nie albo ktoś, albo mnie cokolwiek miało dotyczyć. Rozczarowałem się tym rokiem. Ucieszyłem się tym rokiem. Nie, mam to w dupie. Tak, mamy cię w dupie. Osobno i zbiorowo. Rok temu, we własnej desperacji, miałem sobie skrócić życie. Nieważny. Jestem miliardem, w miliardach takich samych nieważnych. W cieple wody, cieplejszej niż krew, która zabarwiła by ją ledwie na różowo. Nie stało się i dobrze. Nie było by warto. Przekonanie, że jesteśmy warci tyle, ile rozczarowanie, jest złudne. Jesteśmy szalą, na której ważą się losy tych, którzy nie chcą niczego więcej niż bycia jak my, którzy przypominają, że bycie sobą jest prawem, nie przypodobywaniem się nikomu, opatrywaniem czyichś ran, rozumienia, rozdrapywania naszych ran, czynienia krzywdy. Bo my zrozumiemy. Przebaczymy. Będziemy w końcu tacy sami. No nie będziemy. Nigdy nie jesteśmy. Nasza wrażliwość, nasza naszość, chęci i porażki. Kroki w przód, w tył, w każdą stronę są warte tylko ile to, że jesteśmy, a nie powinno nas być. Bo tylko przeszkadzamy. Jesteśmy wyrzutem sumienia. Nie naszego, czyjegoś. Nikt ich nie chce, a przecież one są nami, w każdym z nas.

Minął rok. Dwanaście krótkich miesięcy, najdłuższych składających się na nie dni.

Kategorie
Chaos Polityka Życie

Wystarczy. Wstęp

Każdy kto przeżył wojnę wie, że jest ona największą tragedią ludzkości. Spotkaniem ze złem, nieobliczalnym, w najbrudniejszej formie, które nikogo nie pozostawia bez winy. Zmienia na zawsze, wydobywa najniższe instynkty, najbardziej prymitywne, najmniej ludzkie. Zmienia osobowości, łamie charaktery, odbiera wiarę. Przetrwanie za wszelką cenę staje się jedyną wartością. Inne, osłabiające wolę przeżycia zanikają, przestają być ważne, stają się równie zabójcze jak wróg, który uległ takiej samej przemianie, degradacji. Albo my, albo oni, wojna nie pozostawia wyboru.

Wojny się kończą. Pozostają ofiary. Sieroty, inwalidzi, psychicznie złamani. Niedostosowani do życia bez wojny, która toczy się dla nich i w nich nadal. W nienawiści do sprawców ich nieszczęść, do siebie samych, zdolnych do czynów, których nie mogą wybaczyć ani sobie, ani tym, którzy stali się sprawcami ich popełnienia. Zło nie znika. Trwa nadal. Drąży, nie pozwala zapomnieć. Czeka. Na zemstę, która ma zadośćuczynić krzywdy. Oddać sprawiedliwość. Upewnić się, że to nie my ponosimy winę.

Budowanie życia na nowo, po doświadczeniach wojny, nigdy się nie kończy. Nawet po odejściu pokolenia, które przeżyło ją osobiście. Pamięć o niej tworzy bariery pomiędzy byłymi wrogami. Wygasły konflikt przenosi się do świata sztuki i nauki. Podsycany pytaniami, obrazami, bardziej lub mniej prawdziwymi. Historia okazuje się nie opisem rozwoju i ewolucji, ale niszczenia i rewolucji. Fałszywym.

Wojna, którą obserwowałem i stałem się uczestnikiem nie była przypadkowa. Miała powód. Nierozwiązany dylemat. Narodowości, religii, stron, po których należało się opowiedzieć, tożsamości. Wyboru. Ta wojna toczyła się setki lat. Nawet dłużej. W umysłach. Na tyle długo, że jej oczywistość i wybuch nie był zaskoczeniem. To co się podczas niej działo, jej rozmach i skutki, już tak. Jako obcy, znalazłem się w miejscu, które nie było moim. Nie wybierałem strony. Ona wybrała mnie. Wbrew każdej z możliwości. Poza jedną. Humanizmem i ofiarą, złożoną na każdym z ołtarzy, każdego wyboru. Wojna, której można było uniknąć. Która nie powinna się nigdy rozpocząć. Wywołana przez polityków, ich ambicje, brak wyobraźni, pożądanie władzy i posiadania. Nikt kto powinien, nie poniósł kary. Śmierć poniosło dwieście tysięcy ludzi, w większości bezbronnych, zamordowanych w czystkach etnicznych, nowoczesnej formy eksterminacji. Im poświęcam tę książkę.

Kategorie
Bez kategorycznie Brak Chaos Śmierć

Na nic

Kluczy jest wiele. Otwierających i tych, które nie otworzą. Niczego. Całe pęki. Do zapomnianych drzwi, wymienionych zamków. Po schodach, windami w górę, do jasności i w dół, ponad, niżej, do ciemności, podziemi. Do miejsc  gdzie byliśmy i nie. Gdzie jesteśmy. Gdzie będziemy. Do drzwi, do których otwarcia, nie mamy klucza. Do próśb o ich otwarcie. Do chęci o zamknięciu ich na zawsze. Do nieznanych schodów, kluczy i stania przed, nigdy za drzwiami. Czekający. Odchodzący. Sami i nie sami. Z czekającymi za nimi, na nasze odejście, na pozostanie i czekanie. Nie bycie przed nimi. Drzwiami Do, drzwiami Z.

Gdy w miejscach niepoznanych staniesz, bez oczekiwań, nie myśląc o tym, co już poznałeś i czego poznać nie możesz, zapomnij. Siebie i poznane i niepoznane. Tylko bądź. Pomyśl, że jesteś. Gdy jesteś. Bo jesteś. Bo wiesz, że tak jest. Na zawsze.

Klucze, które przypominają o swoim istnieniu. Ciężkie i lekkie, upięte razem. Nieoznaczone, których nie rozpoznamy. Ciążące. Zebrane. Nie ten, może inny?

Nie mam już kluczy. Do niczego. Oddałem je. Do drzwi serdecznych. Przyjaznych. Miłych. Szczerych. Nienawistnych. Udawanych. Żadnych. Nie wyrzuciłem ich.

Nie o was tu chodzi, o mnie. Klucze? Otwierające i zamykające?  I tyle. Na tyle. Na nic. Zależy? Tak zależy. Biegnij. Świecie. Niezrozumiany.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Fałszywi prorocy

Przestańcie mi wreszcie kurwa wieszczyć, co się ze mną stanie. Dziać się będzie, co będzie się działo, co wybiorę, na co nie mam wpływu, na co jakiś jednak mam. Staram się nie przez wzgląd na was, podglądacze i życzący niby dobrze, dla których zawsze nie jest jednak tak, jak powinno. Nie staram się, bo mi przepowiadacie, frazesy, banały i wasze niepowodzenia. Fałszywi przyjaciele, fałszywi prorocy, w bezpiecznych miejscach, w wygodzie, albo ambicji, zjadającej was, jak zazdrość, że to nie wy wybieracie, ale mnie zdarzyło się to robić. Przyglądacie się z miną mędrca, który nie ma pojęcia w czym rzecz, czym się rzecz kieruje, czy waszą rzeczą jest mieć pojęcie i prawo w ingerencję rzeczy. Moich, nie waszych.

Przestańcie wieszczyć innym, inni przyjaciele, innych, których chcecie uczynić podobnymi do siebie. Pozostawcie nam nasze życie, niekompletne, jak wasze. Pozwólcie nam być sobą, nie wami. Stańcie się oparciem, którego potrzebujemy, nie krytyką i osądem. Potrafimy ocenić się sami. Moglibyśmy ocenić was. Nie robimy tego, nie chcemy was zmieniać. Pomóżcie nam raczej wytrwać w trudnych postanowieniach, wyborach niełatwych, z poczuciem winy, że chcąc żyć inaczej, możemy krzywdzić tych, których kochamy, niechcący. Nie wszyscy muszą być jednakowi, nie wszyscy są, nie wszyscy mogą. Nie czujemy się lepsi, nie grozimy waszym odczuciom. Nie zmuszajcie nas do czucia się gorszymi, bo tylko tak pozwalacie nam na znalezienie miejsca w świecie, który nie tylko należy do was, ale jest i nasz, wspólny. Nie zamykacie nas w więzieniu odmienności. Dożywotnio. Śmiertelnie.

Niewiele chcemy. Jeszcze mniej nie chcemy. Nie jesteśmy w inności tacy sami. Możemy widzieć inaczej, kochać inaczej, czuć inaczej, gubić się inaczej, poszukiwać inaczej, wierzyć inaczej, być szczęśliwymi inaczej. Jeżeli tego nie rozumiecie, zapomnijcie o nas, wyrzućcie z pamięci. Nie przeszkadzajcie, będzie nam lżej i wam. Innym.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dwie strony mantry

Nie da się osiągnąć niczego ponad to, co można.

Nie da się.

Nie da się osiągnąć.

Nie da się osiągnąć niczego.

Nie da się osiągnąć niczego ponad.

Nie da się osiągnąć niczego ponad to.

Nie da się. Osiągnąć niczego. Ponad to. Co można.

Nie da. Się osiągnąć. Niczego ponad. Co. Można.

*

Można osiągnąć więcej, ponad to, co da się.

Można osiągnąć.

Można osiągnąć więcej.

Można osiągnąć więcej, ponad.

Można osiągnąć więcej, ponad to.

Można osiągnąć. Więcej. Ponad to. Co da się.

Można osiągnąć. Więcej, ponad to. Co. Da się.

Kategorie
Uczucia Życie

Moja kara, nie moja wina

Zemszczę się, na Boga zrobię to. Na Bogów. Nie pozostanę dłużny. Kropla krwi za każdą kroplę. Łza za łzę, oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego nie miał bym tego zrobić? Mam się powstrzymywać? Miałbym przebaczać, aż nie pozostanie ze mnie nic? Poza przeznaczeniem wybaczania? Muszę zaczynać od końca, nowiny, która odeszła i nie powraca? Mogę zacząć od początku. Noża Abrahama i ustalonej zasady. Coś ty mnie, ja tobie. Z satysfakcją spełnionego prawa, moim czynem, moim głosem, moją myślą. Stojąc na rozwidleniu dróg, trojakich, w trójcy, którąś muszę wybrać. Siłę, zbawienie, świadomość. Nie podzielę się, nie rozdzielę. Idąc jedną drogą, nie przejdę innymi dwoma, nawet jeżeli prowadzą do tego samego celu. Nie poznam tych, których nie przejdę. Będę ubogi w poznaniu, będę pozbawiony wiedzy o wydarzeniach na nieprzeszłych drogach.

Pierdolę. Taka zemsta nic nie jest warta. Błąkająca się po księgach, których nie nawiedził żaden bóg. Najbliższy tym księgom, jest może, gdy modlący się wzywają jego imię. Tylko które? Imion ma wiele. To które znam, nie jest znane innym. Innych nie jest znane mnie. Z moim jesteśmy na Ty. Rozmawiamy zamiast składania pokłonów. To nie On potrzebuje zemsty. Oczekuję jej ja. Wyrównania rachunków. I moje bóstwa domowe. Pamięć i miłość.

Inna zemsta mi się marzy. Delikatna jak powiew Zefira. Miła. Pogodna. Cnotliwa. Nie moja w wykonaniu. Boska. Wymierzona sprawiedliwie. Nie moją ręką. Jakby jej nie było. Odbierająca, czego nie będzie, mogące się zdarzyć i się nie wydarzy. W nieświadomości odchodzących możliwych, których nie będzie. Moja kara, nie moja wina. Nie zawsze moja, nie zawsze moje. Zemsta niewiedzy. Niewinna. Paląca oczekiwaniem, którego nie będzie. Niby nie zemsta, ale ja będę wiedział.

Kategorie
Znalezione w sieci

BUNT

AUTENTYCZNA

Bezsilność przytłacza. Jest niczym zamknięcie w cisnej klatce. Przed oczami pojawiają się obrazy, których nie chcesz widzieć. Sceny, które pragniesz za wszelką cenę zatrzymać. Sytuacje, które przerażają. Jesteś bezpieczny, ale ci, którzy wyłaniają się i znikają nie. Ból, słabość, niemoc, determinizm, zależność od innych. Możesz tylko krzyczeć. Płakać, łkać. Zdzierać skórę szarpiąc za kraty, łamać paznokcie mocując się z żelastwem. To twoja jedyna możliwość buntu.

Jednak oni są silniejsi. Mają nad tobą pełną kontrolę.

Wyrywasz się sznurom, które mają opleść twoje nadgarstki. Kopiesz na oślep, licząc ze trafisz w rękę, która próbuje złapać za kostki. Mają zdecydowanie więcej siły. W końcu musisz się poddać. Zalany łzami, pokonany, zniewolony. Przyglądasz się, bo tego żądają. Masz poczucie, że z każdą sekundą coraz więcej w tobie umiera. Gaszą te delikatne światło, które się w tobie tli. Odbierają nadzieję. Pozbawiają cię wszystkiego, co powoduje, że chcesz kochać. Dopada cię bezsens.

W geście rezygnacji rozluźniasz…

View original post 197 słów więcej

Kategorie
Pamięć Spokojnie

Gdybym Cię nie kochał

Było by tak łatwo, gdybym Cię nie kochał. Nie było by zawodu, zabijania kochania na siłę, narzucania zawodu, którego nie było i być nie powinno. Poświęciłem kochanie, dla dobra niekochania. Poświęciłem przyjaźń, dla dobra jej braku. Pozostałem bez obu. Pozostałem bez Ciebie. Nawet nie wiesz jak mi z tym źle.

Nie obwiniam Cię, że Cię nie ma. Nie miało Cię przecież być. Byłaś. Stałaś się, nie wyczekiwana, nie znana, nie spodziewana, na krótko moja. Na długo wytęskniona. Czas pomaga zapomnieć. Pamięć nie pozwala pozbyć się gestów, głosu i słów. I niech tak pozostanie. Pamięć nikomu nie szkodzi, nikomu nic nie zabiera.

Myślę często o Tobie. Boję się często o Ciebie. Zawsze dobrze Ci życzę. Szkoda mi kochania, szkoda mi przyjaźni i wiedzy, że jesteś. Tak zadecydowałem. Za szybko, na zawsze. Mogę winić tylko siebie. Musiało tak się stać, gdyby nie musiało, pozostała byś, mimo moich zabiegów, aby tak było.

Gdybym tylko Cię lubił. Nie było by zawodu. Nie zabiłbym w Tobie uczuć, które powinny pozostać. Myślałem, że będziesz jedną z wielu. Okazałaś się jedną, o którą nie potrafiłem się starać. Uciekłem przed Tobą. Za dużo tego kochania, myślałem. Nikt mi tego nie podaruje.

Zawód zamienia się we wspomnienie. Coraz milsze i spokojniejsze. Zaczynam się cieszyć, że byłaś, zamiast żałować, że Cię nie ma. Kochanie zamienia się w serdeczność. Serce bije mi radośniej. Dla Ciebie, na myśl o Tobie. Pozostaniesz we mnie. Na zawsze. Dobrze.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Klucz

Nic od Ciebie nie chcę. Klucz. Otwierający potrzeby, których nie ma, bo nie może ich być. Słowa, których nie powinno się wypowiadać. Nic nie chcę. Od Ciebie. Są jak sieć zarzucona na wodę, w której niczego nie uda się złowić.

Tacy jesteśmy, niczego nie potrzebujący, bo potrzeba okaże się wyzwaniem, któremu nie koniecznie uda nam się sprostać. Ucieczka jest prosta. Obrót i jak najdalej. Do zmęczenia i zapomnienia. Snów, nie realności, nad którą nie udaje się zapanować.

Znasz to? Ja aż za bardzo. Nie odważę się. To musi samo przyjść. Gdy już przyjdzie, nawet tego nie rozpoznam i ty nie. Zwiniemy się w kłębki pewności, że to nie mnie i tobie się zdarzyło. Innemu, innej. Dalej, jak najdalej. Nie pytaj czemu. Tak musi być. Prościej. Rozsądniej. Bo ktoś tak chce?

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Zło można pokonać tylko dobrem

Nowy rok już nie za rogiem. Rozpoczęty i zaczyna się toczyć kolejnymi dniami. Plan z poprzedniego wykonałem ze specjalnymi dodatkami, którego nie dzieliłem ze światem, zajętym pandemicznymi problemami. Miałem inne, osobiście dotykające i trudne do przewidzenia. Spotkałem egoizm, brak zrozumienia, niespełnione oczekiwania, nawiedziły mnie duchy przeszłości, wykluczenie, odepchnięcie. Nie tylko. Znalazłem przyjaźń, pomoc udzieloną i którą się dzielę, siły w sobie, o których nie wiedziałem, albo zapomniałem, altruizm, wytrwałość, w końcu nadzieję, spokój, modlitwę, podaliśmy sobie ręce z Bogiem, który wysłał mi anioła. Jestem wciąż równie niedoskonały, niepochamowany, zachłanny, pełen złości i żalu. Ale mniej tego we mnie. Równoważę się. Nie mogę stać się doskonalszy, muszę zachować twardość, niezależność ocen.

Nie byłem w tym sam. Przyglądanie się nieszczęściu innych, zmieniło mnie na zawsze, na dobre. Nie chciałem tego. Przyglądania się, zmian. Przyglądania się, jak nieszczęście zmienia, aż nic nie zostaje ze wspomnień o szczęściu, poza przetrwaniem, które się nimi żywi. Nieszczęście jest jak choroba, pogłębiająca się, im dłużej trwa. Niszczy duszę, zamienia ciało w łachman, nałogami dającymi coraz mniej wytchnienia, zabójczymi, po dzień nadania skrótu nowemu imieniu. NN. Nieznany mężczyzna. Nieznana kobieta. Im już nie pomogę, mogę jeszcze innym.

Współczuję. Ale nie nieszczęsnym, są ofiarami błędów i stwardniałych serc, tych, którzy zamiast je okazać, uznali się za sędziów, wyrokujących i skazujących na karę wygnania i powolnej śmierci, w bezimiennej kloace, poza nawiasem, na dnie. Nieszczęśni odbyli wyroki, niektórzy dożywotnie. Wybaczyli sędziom, którzy nie poniosą kary. Lepszym, czującym się sprawiedliwymi. O to chodziło? Pozbyć się, udowodnić że za zło odpłaca się tylko złem, nie widząc go w sobie samym. Zło za zło. Wybaczcie sędziowie, jeszcze nie czuję dla was litości. Wybaczcie sami sobie, gdy zrozumiecie, że zło można pokonać tylko dobrem.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Pamięć. Trwała

Jak czuje się człowiek, który zawdzięcza życie poświeceniu innych? Czy pamięta o nim, każdego dnia? Czy święci matkę i ojca? Dawców życia, śmierci? Czy oddaje cześć przodkom, jest świadomy przekazanych przez nich genów, pozwalających mu przetrwać, rozwijać się, tworzyć, dociekać, i że jest jedynie wynikiem dostosowania? Czy czci Boga, Bogów, Przypadek, Los, którzy sprawili, które sprawiły, że jest i będzie. Do końca czasu, który go czeka. Od czasu tych, których już nie ma, a którzy żyją wciąż w nim, w porządku pokoleń, gatunków, form, komórek, związku molekuł, pustki? Od czegoś do braku czegokolwiek?

Człowiek, ten nowoczesny, nie odczuwa potrzeby takiej pamięci. Jest ona abstrakcją, z której się wyzwolił, tak mu się przynajmniej wydaje. Dysponując wiedzą, której zakres codziennie się podwaja, pozostaje obojętny na oczywiste fakty, oślepiony wiarą w swoją wyjątkowość. Staje się coraz bardziej indywidualny i egoistyczny. Przeciwstawia siebie ludzkości, którą traktuje jako zagrożenie, nie jedyną siłę, raz poruszoną, nie ustającą, która pozwoliła mu znaleźć się tu gdzie jest i istnieje. Dzieli ludzkość. Grupuje. Religie, kultury, rasy, narody, opinie, mniejszości, każdego rodzaju, z którymi się identyfikuje, mające go chronić lub się im przeciwstawia, uważając je za wrogie i niebezpieczne. Czyni wszystko byle się nie zanurzyć w człowieczeństwie. Uniwersalnie słabym, zależnym, błądzącym, niszczącym wszystko, co nie zostało dopasowane do przeżycia. Do kolejnego oddechu, kosztem innego. Nie rozumiejąc, że to nie ludzkość jest tego powodem, ale on sam z miliardami każdych, takich jak on. Nie rozróżniających kim są, od tego jakimi są.   

Pamięć nie jest abstrakcją. Jest zbiorem zdarzeń, które pozostają. Przeżywane, odtwarzane, interpretowane, układając się we wzory, nadające znaczenie kolejnym. Nie ma istnienia poza pamięcią. Uczeniem się, rozważaniem, postępem, cofaniem się, zbaczaniem i powracaniem. Jest pamięć poza istnieniem. Gdy zabraknie nas, ale pamięć pozostanie. Nie tej, której nie poznam, ale która odnajdzie mnie wśród pamięci poznawanych. Moją i naszą pamięcią. Trwałą.

Kategorie
Bez kategorycznie Rodzina

Wyciszyć potrzebę zemsty

Mam już tylko to, co zajmuje średniej wielkości walizka. Reszta poszła się jebać. Nie mam już czarnego, pogrzebowego garnituru, zawsze modnego, w którym pożegnałem zmarłą córkę, trzymając jej trumienkę, wyglądającą jak pudełko po butach, oklejoną tanią koronką, z pineskami w czterech kontach karteczki z jej imieniem i błędną datą urodzeniowej śmierci. Brytyjczycy byli równie bez serca, jak Ta, którą opuściłem. Przeszkadzało jej kilka worków z pamiątkami, wykradzionymi tajemnicami i wzorzystymi gaciami, zakładanymi na zimę, zalegającymi w podsypialnianym garażu. Był remont w domu, któremu nic nie brakowało. Była chęć pokazania, że posiadając, można z braku potrzeby, wynaleźć konieczność zmiany. Na żadną. I chuj. Nie wypiłem wystarczającej dawki i nie miałem kilofa, którym rozpierdoliłbym z chęcią kafelki, zawisły kibel, pralki i niepotrzebne sprzęty, upewniając się wcześniej, że żyjąca córka, nie zobaczy mnie w szale wyrównywania szali wagi, której języczek przechyla się na stronę sprawiedliwości. Moją. Nie mylę się. Za cenę tego, co nie było potrzebne i nie musiało być już nie upokarzające, bo nie jest, można by pomóc, skutecznie, takim co nie mają nic. Zapytałem dlaczego? Nie umawialiśmy się, taką otrzymałem odpowiedź. Taką samą, gdy zapytałem, dlaczego córka ma być pochowana w kartonie, zamiast drewnie. Mam za wysokie wymagania. Wobec siebie. Wobec innych za wysokie oczekiwania. Nie pytam i nie upewniam się, w pewności, że znając siebie, niczego podobnego bym nie uczynił. Na nic byłyby moje słowa. Przełknąłem w ciszy pigułkę goryczy, bardziej gorzką, niż mogłem się spodziewać. W nie poddawaniu się, nie ma miejsca na stratę. Widocznie nic z tego, co straciłem nie było warte zachowania. Zrobiło się miejsce na nowe, warte posiadania. Nie muszę przybierać oblicza karmy, stać się Biczem Bożym. Mogę mieć to w dupie. Spokojnie nie rozumieć i wyciszyć potrzebę zemsty, której serdecznie nie potrzebuję.

Nie spędziłem Wigilii samotnie. Dotrzymał mi towarzystwa inny samotny. Równie poplątany jak ja, Kubańczyk. Zamiast barszczy piliśmy rum, zamiast jarskości było mięsnie. Przewrotnie. Nie jadam na co dzień mięsa, jadłem go w dzień, gdy katolik go unika. Nie było wyboru. W jedynym jeszcze otwartym sklepie w Krakowie, nikt nie przewidział, że pojawimy się my, chcący czegoś, co powinniśmy już mieć w nadmiarze, przekraczającym poziom sytości. Nie wiedzieliśmy, że ktoś, z dalekiej Nigerii pozostał sam, w domu należącym do Hindusa, którego żona już go nie chce, ale stwarza pozory rodzinne. Nigeryjczyk miał najmniej z nas szczęścia. Jego żona nie stwarza niczego. Chce być utrzymywana, nie otrzymywać. Gdyby świat był sprawiedliwy, Wigilia była by nasza. Czterech mężczyzn, z czterech kontynentów, usiadło by do stołu, z dziećmi, które po wypróbowaniu tego, co tylko najlepsze, przygotowane przez ojców, poznały by, że nie ma ras i jesteśmy nie podobni, tacy sami. Świat jest sprawiedliwy. Tak jeszcze się stanie. Będzie taka Wigilia. Nasza. Wspólna.

Kategorie
Psychika Toksyczny Toksycznym

W jedną całość

Rozmowy nikt nie podejmuje, nie podejmie. Słów napisanych nikt nie czyta, nie przeczyta. Nikt, nie Nikt. Tak powinno być. Nie tak. Nie, nie pozostawia mi szansy wyboru. Tak, chciało by było inaczej. Nie i Tak zrównuje się niczemu, znosząc nawzajem, wynosząc nic. To co czuję. Nic.

Dziwię się sobie. Staram się czuć. Gdy już czuję, czekam na koniec uczucia. Staram się ufać. Gdy już ufam, czekam na jego przeciwność. Zawsze się doczekuję. Nie powinienem. Starać się i oczekiwać. Zaczynać i kończyć. Powinienem pozostawać przy niczym. Od początku do końca.

To nie gra słów. Mamy dwie osobowości. Zależne od siebie. Zlane w jedną całość, zamieszkujące jedną duszę. Nie mają imion, są przydomkowe. Zło i dobro, strach i odwaga, nadzieja i apatia, skromność i pycha. Przeciwważne wedle uznania. Takie są. Spotykając się, umykają. Poznaniu.

Jestem taki sam. Jestem różny. Bezcelowo celowy. Cel osiągnąłem. Pozostawię po sobie bezcelową celowość. Życie, którego stałem się przyczyną, które o tym samym kiedyś się przekona. Pętla bycia się zaciśnie w czasie, którego nie wybiorę, nie wybierze jej życie. Stanie się Czas.

Czy jesteśmy więcej czymś, niż jesteśmy? Nie i Tak i przydomki tylko odpowiedzą na to pytanie. I odpowie Czas. Nie prosiliśmy o pytanie, samo się zadaje. Od pierwszej myśli, w bezmyślność braku odpowiedzi. Do niczego, tylko byciu.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.