Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie tresuj

Powtarzałem to całymi latami. Nie dociera. Ze wszystkich znanych mi narodowości, tylko polskie kobiety, niezależnie od wieku, postanowiły zostać treserkami. Muszą się przypierdalać, nie mogą się powstrzymać, nie umieją inaczej. Z nieznanych powodów ich matki i babki przekazały im, chyba w genach, konieczność nieustannego upominania swoich partnerów; czemu to robisz, dlaczego tak, nie rób tego, idź tam, gdzie leziesz, wróć tu natychmiast, no chodźże, nie pij, nie obżeraj się, jesteś do niczego, z tobą tak zawsze… I tak w kółko, całymi dniami. Przy tym traktują swoich mężczyzn jak dzieci, większą wersję swoich synów, jeżeli dane było im ich urodzić.

Polka nie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które czyha po każdym przypierunku. Pół biedy, gdy dzieje się to zaciszu domowym, które w Polsce oznacza szkołę cierpliwości. Prawdziwa akcja zaczyna się w miejscu publicznym, gdzie można będzie wykazać się w pełni, współzawodniczyć z innymi profesjonalistkami. Samochód. Napierdalająca baba, młoda, dojrzała, stara. Wkurwiony, milczący facet. Sklep, ulica. Podniesiony kobiecy głos. Czerwony, nie rumiany, wściekły facet. Autobus, tramwaj, pociąg. Władczy, upominający głos. Każdy facet już wie. Współczująco myśli: ma chłop przejebane. Jak dobrze, że jadę sam, moja by się też, zaraz pochwaliła swoim talentem i na wszelki wypadek patrzy bezmyślnie przed siebie, jakby jego połowica miała by się nagle, magicznie pojawić na sąsiednim siedzeniu.

Dzień po dniu z mężczyzn uchodzi uczucie. Nie taką Ankę, Agusię, Nelkę poznałem. Nie w takiej się zakochałem. Dlaczego ona się zmieniła? Przecież tyram jak wół, sprzątam, gotuję, zmywam, prasuję. Oddaję pieniądze, o wszystko pytam. Nie jestem idealny. Ona też. Z wiekiem staje się gruba, brzydnie frustracją. Seks staje się męką, nawet gdy jest lekarstwem na złości.

Polka zapomina, że są inne kobiety. Też być może mają wrodzonego wkurwa. Ale na swoich, nie obcych samców. Chętnie przygarną i wytresują nową ofiarę, jeżeli są wolne. Jeśli nie, przytulą mocniej, na chwilkę, na chwilę, dla przyjemności.

Dodając nieco otuchy, polscy mężczyźni potrafią także być wiecznie wkurwieni. Niekoniecznie z powodu złożonego charakteru swoich wybranek. Mają tak po prostu. Nic nie jest wystarczająco dobre. Jest nieciekawe, nudne i bez przyszłości. Narzekacze. Można odnieść wrażenie, że jest to wyraz narodowej dumy, w szowinistycznym wydaniu macho. Dla nas wszystko jest do dupy.

Oba przypadki są zaraźliwe. Wystarczy dłużej pobyć w naszym nadwiślańskim raju, aby prędzej czy później, w zależności od płci, odkryć w sobie zaczątki tych chorób. Zapadają na nie nawet obcokrajowcy. Najwięksi optymiści, prędzej czy później też z nami dostają pierdolca.

Może to się kiedyś zmieni? Było by cudownie. Uśmiechnięte panie i panowie. Umiarkowany optymizm. Chce się żyć! Co? Nie wolno pomarzyć?

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Uczucia Życie

Szukam

Szukam Ciebie,

wśród twarzy, które chciałbym zapomnieć

i najbardziej mi bliskich.

Ustach, których smaku nie mogę rozpoznać,

a które smakują jak wiosna.

Słowach zbyt krótko słyszanych.

W nie poznanych myślach,

szukam Ciebie.

Nie szukam Ciebie,

wśród ciał, które chciałbym zapomnieć

i najlepiej mi znanych.

Pamięci, której nie wolno odwiedzać,

w dawnej świeżości wspomnień.

Zapachu zmieszanym z innymi.

W niewyrażonych gestach,

nie szukam Ciebie.

Nie wolno Cię szukać,

w splotach miejsc, które muszę zapomnieć,

twoich, naszych, ich, gdzie nie dotarłem.

Nadziei, której zapas musiałem wyczerpać,

stopami kreślonych kształtach.

Objęciach pociechy i dni i dat.

W kwiatach danych i nie zebranych,

nie wolno Cię szukać.

Jeśli Cię spotkam,

wśród ludzi znanych i nieznanych,

nawet nie poznam, nie poznasz Ty.

Mnie zatrze nowe starym.

Jeśli Cię spotkam. Nie.

Wiersz co dekadę. Dla przyjaciela, którego straciłem na zawsze.

Kategorie
Życie

Wegetarianin

Pewnego dnia stałem się wegetarianinem. Nie dlatego, że pokochałem zwierzęta. Lubię je i prawie całe życie miałem jakieś przy sobie. Przekonałem się do kotów, nie jestem już tylko psiarzem, wędkarzem akwariowym, klatkowym ornitologiem. Byłem kilka razy na polowaniach i strzelałem, jak inni myśliwi, do dzików, saren, nawet wyprawiłem się na łosia, w lasy dalekiej północy. Jadłem mięso i czasami mi go brakuje. Kiedy je zjem, robi mi się źle, nudno, odzwyczaiłem się.

Dzień na wegetarianizm przyszedł zupełnie znienacka. Od kilku tygodni przygotowywałem posiłki dla mojej babci, która znowu zapomniała, że nie ma trzydziestu lat, tym razem złamała sobie biodro i trzeba było jej pomóc, zamieszkać z nią na jakiś czas. Serki, szyneczki, bitki, sosiki, ubijane z mlekiem i masłem ziemniaki, kotlety, sznycelki, zawsze płaskie jak plasterek krakowskiej, zupy na dwa dni, bo świeże, na rosołach, gotowanych godzinami. Wycinanie tłustych przerostów, żyłek i kosteczek, idealnych dla żebrzącej pod nogami suki. Młotkowanie schabowych, nawet kurczaków, czekanie aż makaron albo ryż, staną się przezroczyste, prawie jak woda. Jestem niezłym kucharzem, ale musiałem dojadać, wiadomo, księżniczka ma kaprysy. A tu wrzody, znikąd niby, ale zapowiadały się już od dłuższego czasu. Nie mogę spać, nie mogę obejść się bez leków, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Więc zmiana, ja gotowanie na parze, dla staruszki jak lubi, na smalcu i margarynie. Jest piątek, jem rybę z parowara. Nie mogę, smak papieru toaletowego, konsystencja kartonu. Sobota, jem smażone, nie mogę, czuję jak walczy mój żołądek. Niedziela, znowu para, tym razem wieprz. Nie mogę, z sentymentem wspominam piątkową rybę. Ale warzywa zjadam i nie boli mnie nic. Poniedziałek, nie dotykam mięsa. Miesiąc później? Nawet nie przychodzi mi do głowy, że mogłem je kiedykolwiek jeść.

Moi znajomi wegetarianie i weganie mają inaczej: zawsze brzydziłem się mięsożercami. Jak można zabijać niewinne stworzenia? Miałam trzynaście lat. Na wakacjach na wsi, widziałam jak robili kaszankę i kiełbasy. Nigdy więcej. Zaczęliśmy z moim mężem medytować. Zła karma. Po poznaniu faktów uznałem, że nie potrzebuję tego typu białka, mogę go zastąpić, tym zdrowszym. Jestem buddystą, to oczywiste. Tylko dieta wegańska zapewni nam czystość. A ty? Opowiadam szczerze jak było. Czekam na reakcję, konsternacja i prawie zawsze zawód. No sorry. Nie miałem snu proroczego, nie zakochałem się w wegetariance, która tak mnie zachwyciła, że do dzisiaj o niej pamiętam i co jadła, nie zmieniłem przyzwyczajeń, bo mnie religijnie olśniło, nie padłem w objęcia kwiatu lotosu, nie zmusiłem się do oglądania filmów z ubojni. Nie mogłem normalnie egzystować, siedzieć na kiblu godzinami, który wrzynał mi się sedesem w chude pośladki i udawać, że czuję się bosko, bo przeczytałem gazetę leżącą na pralce, już trzeci raz, od deski do deski.

Moi znajomi, jedzący mięso: odkąd to go nie jesz? Odpowiedź ta sama. Reakcja? Od, o Jezu, o kurwa, do dupy. Od współczuję, do, masz przejebane, szkoda, te wrzody. Ojca, ciotkę, kogoś tam, też załatwiły. Co, yyy? Nic wielkiego się nie dzieje. Czuję się zupełnie dobrze, jedząc to, co jem. Ale buty ze skóry nosisz? No noszę. Musisz się nabawić z tymi trawami? Czasem. A pijesz? No pewnie. Przynajmniej tyle, jak z wegetarianami.

A ty wiesz, oglądałem ostatnio film, o takim jednym, chyba Niemiec, też wegetarianin. On strasznie silny jest. Na sałacie, całą masę na sałacie zrobił … Wiem, widzaiałem.

Kategorie
Toksycznym Życie

Mali dyktatorzy

Narzucanie swojej woli za wszelką cenę. Każdemu, wszędzie. Musisz się ze mną zgodzić, mam rację, tylko ja ją mam. Musisz ją poznać, polubić, zaakceptować, uznać za własną. Sprawię, że tak się stanie. Uszczęśliwię cię moją prawdą, przekonam. Udowodnię że się mylisz, użyję argumentów, nawet poniżę. Wymuszę. Wywołam poczucie winy. To dla twojego dobra.

Strategie każdego, kto naprawdę głęboko wierzy, że jego idea jest jedyna, prawdziwa, najważniejsza. Mocno denerwujące, jednak nie najgorsze z możliwych. Przebijają je manipulacje, propagandy i prania mózgu, które potrafią zmienić czyjeś opinie, nawet w taki sposób, że może się wydać, że dokonało się tego samodzielnie i z własnej woli. To już nie powinno denerwować, ale doprowadzać do prawdziwego, głębokiego, szczerego wkurwienia i protestu. Nie ma elementarnego szacunku do przekonywanych, ich zdania i niezależności. Jest pełna skala niedomówień, ograniczonych informacji lub ich zupełne wyłączenie i zastąpienie kłamstwem. Ludzie poddani takim technikom są tak skutecznie wprowadzeni w błąd, że próby nawiązania dialogu są skazane na niepowodzenie, nawet gorzej, mogą oznaczać agresję. Niebezpieczne, może się to ciągnąć przez całe ich życie, nawet być przekazane następnym pokoleniom.

Znam takich dyktatorów, znam także ich ofiary. Pierwsi odznaczają się zazwyczaj ponad przeciętną inteligencją, drudzy dużą wrażliwością (zaskoczenie, co? Ofiary powinni być przygłupami? Nic z tego, bywają dużo mądrzejsze). Do dyktatorów także nie dociera się łatwo. Uważają otoczenie za ograniczone, czują się lepsi, uprawnieni do narzucania swoich opinii, nawet jeżeli nie są do nich sami przekonani. Im są lepiej wykształceni tym bardziej bywają aroganccy, ale też mniej zmotywowani do wywierania nacisku. Powinniśmy brać każde słowo z ich ust za objawienie albo przyznać, że jego sensu lub znaczenia nie potrafimy pojąć. Wówczas w swojej wyrozumiałości nas oświecą. Ale tylko w bezpiecznym dla siebie zakresie. Ofiary (może niegrzecznie je tak nazywać?), powoli przekształcają się w wyznawców, wiernych, fanów i im podobnych. Są zauroczone, zachwycone, zlizują krynicę mądrości. Będą ich bronić zażarcie, nie widząc swojego fanatyzmu i rosnącej śmieszności.

Dawno temu, na szczęście, obserwując dyktatorów (kieszonkowych), postanowiłem wejść w ich buty. Okazało się, że nie jest to specjalnie trudne. Było jednak wyjątkowo nużące. Nieustanne upewnianie się, czy moje ofiary otrzymują właściwy zestaw informacji i czy są na bieżąco kontrolowane, po niedługim czasie mnie zniechęciło. Wycofałem się, co trwało dłużej niż ta nieuczciwa zabawa, widząc innych dyktatorów z radością przyjmujących nową masę pod swoje skrzydła, do dalszego przemiału.

Gra w dyktatora dużo mnie nauczyła. Od tamtego czasu, niełatwo już narzucić mi swoje zdanie. Mimo nadwrażliwości wiem, że bacznie obserwując pracę tyrana, mogę dostrzec każdy jego fałsz, przeciętność i brak pewności siebie, który stara się ukryć. Wystrzegam się ich do dzisiaj. Podobnie jak ich poddanych. Udaję, że niczego nie widzę. Nie zacząłem nikomu współczuć (bez przesady, to nie mój problem, kto jaką rolę wybierze). Nie ma powodu, dla większości ludzi taki jest porządek świata. Z mniejszością możemy sobie puszczać oko. Robimy to jednak bardzo dyskretnie. Nie głosujemy w wyborach, nie protestujemy politycznie. Siedzimy cicho, spokojnie.

Kategorie
Religia Życie

Zły katolik

Ja, katolik. Coraz mniej to dla mnie znaczy. Jestem chrześcijaninem, znaczy dla mnie więcej. Urodziłem się katolikiem, aby to potwierdzić zostałem ochrzczony, otrzymałem pierwszą komunię, byłem bierzmowany. Jedynie nie miałem katolickiego ślubu, nie chciałem go zawierać, nie byłem pewien uczuć, i swoich, i czyichś, jak się okazywało słusznie. Może przed śmiercią ktoś mnie namaści, na drogę do drewnianej skrzyni, dwa metry pod ziemią, w nieznane, ciemność, w proch. Długi czas przekonywałem się, że jestem członkiem Kościoła. Powszechnego, etycznego, niezmiennie trwającego przy dogmatach dobra, wywiedzionych z pism, natchnionych przez Boga, zapamiętanych słów, wypowiedzianych przez Niego, zapisanych także dla mnie. Spowiadałem się, często nie otrzymywałem rozgrzeszenia. Miałem tego samego spowiednika, starego księdza Jezuitę, spotykaliśmy się na kawie w sali seminarium, zamiast w konfesjonale. Byłem bezradny wobec jego oczekiwań, wiedział o tym. Rozumiałem go, przyznać mu racji zazwyczaj nie mogłem. Miałem swoje. Mam je nadal.

W wieku lat piętnastu odkryłem antyczną filozofię. Pamiętam do dzisiaj lekcję historii, gdy nauczyciel, jedyny który wywarł na mnie wpływ, opowiadał o greckich mitach i religii starożytnych. Słuchałem go z zainteresowaniem, którego nie podzielali moi nowi koledzy i koleżanki. Po powrocie do domu, po raz pierwszy w życiu sięgnąłem po encyklopedię, aby się czegoś dowiedzieć, nie odrobić kolejne zadanie. Nie było wtedy jeszcze internetu. Następnego dnia poszedłem do szkolnej biblioteki. Pożyczyłem kilka książek, przeczytałem, oddałem. Byłem zafascynowany. Znalazłem bibliotekę przy ulicy Rajskiej. Jej czytelnia stała się miejscem, gdzie chodziłem na bardzo częste wagary, może za częste.

Nie zabrało mi zbyt wiele czasu, aby zorientować się, że moja wiara jest mieszanką jej poprzedniczek. Że nie zawiera w sobie niczego, czego nie było wcześniej. Im bliżej czasów współczesnych, wręcz ogranicza. Dobra nowina była może dobra, ale nie nowa. Byłem rozczarowanym młodym katolikiem. Dopiero podróżując zrozumiałem, że moje rozczarowanie było przedwczesne. Bez chrześcijaństwa z przemyconymi (jestem przekonany, że celowo i w pełni świadomie) ideami starożytności, nie potrafiłbym zrozumieć innych narodów. Po upadku Rzymu bylibyśmy tylko Słowianami, Gotami, Frankami, Madziarami, Wandalami, czy Bałtami. Chrześcijaństwo uczyniło z nas Europejczyków. Z Rzymem papieży, jesteśmy nimi do teraz.

Ze wszystkich szkół filozoficznych jedna stała mi się szczególnie bliska. Stoicyzm. Zawierał w sobie wszystko co znałem, ale szedł daleko dalej. Nie był krępujący. Mógł się stać naszym odpowiednikiem buddyzmu. Bez medytacji może, ale z przestrzenią dla głębokiego namysłu. Mógł się stać nawet pomostem łączącym nas z kulturami wschodu. Gdyby nie Stoicyzm, byłbym dzisiaj ateistą. Dzięki niemu mogę wybaczyć Kościołowi czasy jego wojen religijnych, teraz już bezkrwawych, bo nadal trwających. Bez niego nie było by Reformacji, prawdopodobnie Islamu. Nie spodziewam się idealnych duchownych, są równie niedoskonali jak wszyscy. Współczuję jego ofiarom i czekam na zadośćuczynienie. Chodzę do kościoła, uczestniczę w mszy na swój sposób. Uspokaja mnie i pozwala na oddech. Wiem, że dla wielu nie jestem przykładnym katolikiem, bo nie jestem. Pogodziłem się z tym i mimo że mam to w gdzieś, nie tłumaczę już dlaczego.

Kategorie
Psychika Uczucia

Nienawiść

Nie ma silniejszego uczucia niż nienawiść. Jest łatwa w pielęgnacji, jak chwast. Wystarczy jej byle jaka pożywka. Trochę zawodu, odrobina zawiści, kilka kropel zazdrości, strachu i obrzydzenia, szczypta nietolerancji i rośnie dziko w siłę. Potrafi być niepowstrzymana, wrasta w serce, kieruje życiem. Szuka przyjaciółek, które w innych duszach uczyniły sobie ogrody. Ma różne oblicza. Nie zawsze jest najbrzydszym z uczuć. Może być piękna, szlachetna i pociągająca. Wystarczy, że wzrosła z idei religii, kultury, sztuki, które potrafi narzucić. Nie zawsze jest też naiwna i głupia. Może być wykształcona, logiczna i twórcza. Wie, że każdy nosi w sobie jej zarodek. Wytrwale czeka. Buduje imperia, wywołuje wojny, podpala śpiące domy.

Jesteśmy dziwnym gatunkiem. Z małego, wielkości psa gada, po dwustu milionach lat ewolucji, staliśmy się istotami myślącymi, świadomymi własnego istnienia. Zmieniliśmy się nie do poznania. Stoimy dumnie na dwóch nogach, podbiliśmy świat, który z zamiłowaniem niszczymy, szykujemy się na podbój wszechświata, wierząc (bo wymyśliliśmy sobie wiarę, połączenie zdolności nauki na błędach i niezdolności przewidywania przeszłości), że natura, nawet my sami jej rękami, dokona kolejnej zmiany i uczyni nas doskonałymi, nie pozwalając nam na dalszą destrukcję, także własną. To jest nasz gatunkowy optymizm. Na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli tego dokonać. Nadal mamy w sobie padlinożerne i drapieżne zwierze, który robi wszystko byleby przetrwać i płodzić, niewiele różniące się od niego potomstwo. Nienawiść, połączona z gniewem i wściekłością pomagają to osiągnąć. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu, skoncentrowani, nasze mózgi pracują ze zwiększoną wydajnością, intelektualnie i fizycznie jesteśmy sprawniejsi. Wygrywają najsilniejsi, którzy zawsze gotowi są do ataku i na atak przygotowani. Są ambitni, nie cofają się przed niczym.

To co napisałem może się nie spodobać. Wiem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Tak na ludowo, z przytupem. Pewnie prawda, kto jednak nie zgodzi się z tym, że z ruin powstaje, czasem opornie, nowa, wyższa jakość. Po koszmarze ostatniej wojny żyjemy inaczej. Postęp który po niej nastąpił, przeniósł nas do nieznanej wcześniej, liberalnej, technologicznie zaawansowanej rzeczywistości, z opieką społeczną, powszechnym szkolnictwem i służbą zdrowia. Korzystają z tego wszyscy, także pacyfiści i każdy zawzięcie medytujący jogin. Czy to mogło by powstać bez nienawiści? Wątpię. Czuli ją równie mocno nazistowscy Niemcy, jak i ich przeciwnicy, których przed mordowaniem milionów ludzi, nie w obozach koncentracyjnych lecz w wyniku nalotów, nie powstrzymywała chrześcijańska miłość bliźniego. Decyzja zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta, z drewnianą zabudową, gdzie nikt nie miał szans znalezienia schronienia, nie zapadła z wyższych pobudek, ale była aktem nienawiści w czystej formie. Ktoś mi zarzuci, że jest to sytuacja wyjątkowa, ludzkość się opamiętała, a przecież codziennie ktoś ginie w kolejnych wojnach, codziennie dokonywane są morderstwa, gwałty, okaleczani są ludzie. Nie zaprzeczę. Jednak nie słyszałem o państwie, które zrezygnowałoby z posiadania armii, produkcji broni na użytek własny i na sprzedaż. Nie słyszałem o zakazie kręcenia filmów, pisania książek, malowania obrazów, czy tworzenia gier, które zawierają akty przemocy. Pozwalamy na nienawiść, sycimy się nią i żyjemy z nią wszyscy, mimo że krytykujemy i nie wiemy jak na nią reagować.

Nie wierzę, że możemy pozbyć się nienawiści. Musimy ją zaakceptować i nauczyć się ją kontrolować. Szukać uczuć, które pozwolą nam na życie w równowadze. Choćby altruizmu, bezinteresownej pomocy, miłosierdzia. Niekontrolowana rzeczywiście nas zniszczy, albo ci, którzy mają jej więcej.

Kategorie
Psychika Życie

Narkotyki

Lubię je, bardzo zawsze lubiłem. Jestem eksperymentatorem. Będąc jeszcze w liceum, znalazłem dilera który sprzedawał rzeczy, które zawsze chciałem spróbować. Zarabiał tak na studia, polubiliśmy się. To nie były syfy, dopalacze, które zabijają dzisiejsze dzieciaki, ale prawdziwy staff. Nigdy nie próbował mi sprzedać amfetaminy czy heroiny, nie wąchałem jakichś klejów. Dostarczał mi towar dyskretnie, abym nie miał kłopotów. Nie znałem środowiska narkomanów, nie chciałem go poznać. Wystarczyła mi starsza ode mnie dziewczyna, która zabójczo mi się podobała. Wstrzyknęła sobie niezidentyfikowaną substancję, przypuszczam, jakiś podrasowany chemią kompot, którą zaniosłem do szpitala, gdy jej towarzystwo nagle zniknęło, po tym jak dostała konwulsji. Powiedziałem, że znalazłem ją na ulicy, nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. Widywałem ją potem czasami. Przeżyła, wyglądała coraz gorzej. Przestała mi się podobać. Ja paliłem i brałem coś dla przyjemności. Miałem kilku znajomych, którzy robili podobnie. Nie uzależniłem się, chociaż wlałem w siebie morze wódki i jestem namiętnym palaczem tytoniu.

Mając dwadzieścia parę lat wyjechałem do Londynu. Tam dopiero dowiedziałem się co to są narkotyki. Ponieważ mieszkałem zawsze na północy, do Camden Town miałem o rzut beretem. Mogłem kupić co dusza zapragnie, w przystępnych cenach. Pamiętam pierwsze LSD, Ketaminę, dzikie party w Brixton Academy. Grzybki na wakacjach to było przedszkole. Trafiałem w miejsca, gdzie mogłem bawić się od piątku do poniedziałku, rozmawiać, chociaż trudno tak to nazwać, z Maxwelem Fraserem, Dido, nawet Amy Wainehouse i niezliczonymi znanymi i nie, ludźmi. Mogłem słuchać najlepszych na świecie DJów, przekonać się do muzyki industrialnej, przy wejściu otrzymywałem garść prezerwatyw. Przy Oxford Circus odkryłem dom, zdaje się, już wyburzony i wiodące do niego zielone drzwi, za którymi kupowałem najlepszy na świecie haszysz. Pomagał mi na nerki, co jakiś czas pojawiają się w nich kamienie, nie trułem się szkodliwymi lekami. Spotykałem się z dzisiaj dobrze znaną profesor anestezjologii, wtedy studentką, która pod łóżkiem miała walizeczkę pełną cudów. Nie podzielałem tylko jej słabości do palenia hery. Smakowała jak rozgryziony antybiotyk i mnie usypiała, na to też miała inny specyfik, budziłem się jak Feniks. Pojechaliśmy do Amsterdamu. Nie pamiętam nic z tego wyjazdu, poza niechęcią do marihuany. Dopiero następnym razem zwiedziliśmy miasto. Dzisiaj jest matką trójki dzieci, odnoszących same sukcesy. Nie zabiło to jej, nie zabiło mnie, ani nie zepsuło.

Byłem managerem pubów. Jedna z firm, dla której pracowałem postanowiła zrobić ze mnie bramkarza, wiadomo oszczędności. Kurs kilkudniowy. Po zakończeniu otrzymałem plastikową kartę ze zdjęciem. Pierwszego dnia kursu położono przede mną i innymi, zestaw narkotyków. Jeżeli rozpoznamy połowę i opiszemy ich działanie, możemy iść do domu i zgłosić się po certyfikat. Pewnie był to żart. Znałem prawie wszystkie, wiedziałem jak działają. Oficer policji, który prowadził szkolenie, bacznie mi się przyglądał. Podczas przerwy na papierosa zaproponował mi pracę. Odmówiłem. Zapytał dlaczego? Konflikt interesów. Problemem nie są narkotyki, ale jak je używać i edukacja. Inaczej to jak walka z wiatrakami. Nie jestem Don Kichotem. Poza tym nie byłem wtedy obywatelem Unii. Ale odbyłem cały kurs, był naprawdę wciągający.

Wróciłem do Polski. Czasami zadaję sobie pytanie, po co? Nie dziwię się, że Polacy nadużywają wszystkiego co się da. Nie jesteśmy zadowolonym z siebie narodem, rozdziera nas konflikt pomiędzy starym i nowym. To nowe też nie jest pierwszej świeżości. Udajemy europejczyków, zamiast być sobą. Cieszą nas zakupy na kredyt, nie wolność, którą mamy w każdej dziedzinie. Mamy utrwalone kompleksy i wyraźne poczucie niższości. Nie znajdujemy wsparcia w związkach, gdzie kobiety są coraz bardziej męskie, a mężczyźni jacyś bezradni, a kultura też przedstawia wiele do życzenia. Teraz rzadko nawet coś zapalę, nie mam z kim. To ma być relaks, nie łapanie doła, bo ktoś ma na stałe obniżony nastrój. Obawiam się także. Kiedyś zaciągnąłem się kilka razy jakimś świństwem, które zaproponowały mi dwie Dunki. Po chwili jak one, nie mogłem nawet utrzymać się na czworaka, będąc całkowicie świadomy, co dzieje się wokół. Ledwie dotarłem do domu taksówką, wychodziłem z niej kwadrans. Nie namawiam nikogo do spróbowania narkotyków, nie przestrzegam. Uprzedzam jednak, nie są dla wszystkich. Nie wiem, czy pozwoliłbym moim dzieciom na takie eksperymenty? Raczej nie. Poza tym, żyjemy już w innych czasach. Wiedzą więcej niż ja.

Kategorie
Rodzina Toksyczny

Wina

Nic w przyrodzie nie ginie. Zbrodnia i przewina wymaga kary, nawet ta stara i wybaczona, nie ukarana na czas. Wisi jak musze truchło, na zakurzonej pajęczynie, aż przeciąg pobudzi ją do życia. Wtedy spada znienacka, oplatuje twarz, wpada za kołnierz, wywołując obrzydzenie. Dawno zapomniana martwota, dotyka żyjącego ciała, dręczy dreszczem. Wspomnieniem winy, ożywa, jakby nie umarła, ale zawsze tam wiernie czekała. Fajne, nie? Poetyckie. Można by tak się rozpisać, rozpędzić i pierdolić bez końca. Dla wielu było by to nawet p r z e p i ę k n e. Nie o to jednak chodzi, aby zawsze było w końcu pięknie, bo tak naprawdę nie jest. Tylko się oszukujemy, że jeżeli znajdziemy dystans i słowa, którymi złagodzimy ból i świadomość bycia zwykłym egoistą, to się nam uda ukoić, to nasze poczucie winy. Nic z tego. Nic tego nie zmienia. Kolejne role, partnerzy, prace i zajęcia, dobre uczynki. Terapie, na które musimy się udać, tylko po to by sobie udowodnić, że zawsze byliśmy po dobrej stronie barykady życia, a te odrobiny zła, zebrane, zamieniające się w lawinę, to nie my, to wypadkowa zdarzeń, na które nie mieliśmy przecież wpływu. Możemy się spowiadać, znosić porażki, doszukując się w nich pokuty, medytować, szukając spokoju i zadośćuczynienia własnej nikczemności. Możemy pić, unosząc się na fali samozadowolenia i chwilowego stanu osiągnięcia pewności, że my dobrzy, że my mądrzy, że to my jesteśmy oświeceni. Możemy zapalić coś, zażyć coś, nawet zażywać latami. Możemy się samookaleczać, biczować i zadawać sobie kary. I nic. Prędzej czy później i tak nas dopadną wątpliwości, że szukamy sposobu wytłumaczenia się, zamiast przyznania się do błędu. Poczujemy się dokładnie jak powinniśmy. Zwykłymi gnojami.

Spotkałem się z moją byłą żoną. Pierwszą, której jak kolejnej obiecałem, że będzie pięknie, że przetrwamy wszystkie przeciwności, że nic nam nie da rady. Kiedy ją tak przekonywałem, święcie w to wierzyłem, byłem dzieckiem, miałem 18 lat i począłem mojego pierwszego syna. Z przekonywań pozostało jedynie uwikłanie, dojrzałej już kobiety, nie dziewczyny już, w moją rodzinę, gdzie wszyscy są niewinni, bywają tylko czasami egocentryczni i trudni. To nie jest prawda, moja rodzina nie jest trudna, jest wampiryczna, z każdego wysysa siły, swoich i obcych, aby i z nich uczynić naszych, poszerzając krąg potencjalnych ofiar. Nie rozwija się, nie pozwala się rozwijać i zabiera i czas i życie. Za każdą pomoc każe słono płacić. Poczuciem winy, nieoczywistym i podstępnym przymusem przywiązania, wyrafinowanie delikatnym mitem niby rozsądku, z którego nigdy nic nie wynika, poza niewolą. Moja była żona została oszukana, przeze mnie, nadal jest wykorzystywana przez moich bliskich. Patrzyłem jak odjeżdża samochodem, przerywając gwałtownie naszą rozmowę, wściekła że się z tym nie zgadzam, że nie wolno jej więcej tracić nawet godziny. Rozwiedliśmy się dawno temu, a moja rodzina nadal trzyma ją w szachu poczuciem odpowiedzialności. Chciałem za nią biec i krzyczeć, zostaw to, to nie jest i nigdy nie było twoim obowiązkiem, aby się odwdzięczać, to my powinniśmy zrobić coś dla ciebie! Zniknęła za rogiem.

Nie wiem jak mogę jej zadośćuczynić. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to ją niszczy i powinna zająć się wreszcie sobą, że już wystarczy, ma prawo pozwolić na życie, dla siebie i tylko tym co jest dla niej ważne. Ale to jest jak narkotyk, uzależnienie, które tak nas zmieniło przez lata, że bez niego świat i przeszłość traci sens.

Proszę cię, zostaw nas, ich. Ja się z tego wyrwałem ledwie i wiem jakie to trudne. Odebrałem sobie dotyk każdego, kto mógł mnie kochać równie mocno jak ja mogłem ciebie, z wzajemnością, byle by nie wikłać, nie uzależniać, nie ranić. Masz jeszcze całe życie przed sobą. Leć. Ja też lecę, uczę się latać. Da się, tylko powiedz wreszcie dosyć.

Kategorie
Rodzina Uczucia

Po prostu matka

Dzień przed moimi ostatnimi urodzinami zadzwoniła do mnie matka. Nie rozmawiamy ze sobą od lat, poza krótkimi okresami, kończącymi się kłótnią. Odebrałem połączenie, bo był to numer babciny. Usłyszałem głos matki, zdziwiłem się, że jest w Polsce, mieszka na innym kontynencie. Nie był to telefon urodzinowy. Dotarła do mnie wściekłość, sapanie i przekaz. Trzymaj się z dala od mojej rodziny. Tylko tyle. Nie wiem o jakiej rodzinie mówiła. Chyba nie o matkach moich dzieci, które nie nie lubią jej prawie równie mocno jak ja? Nie o moich dzieciach, z którymi rozmawia tak rzadko, że nie wiedzą nawet kto mówi, z pretensjami, że się o niej nie pamięta. Nie o ciotkach i wujkach, z którymi widuję się od święta. Mogła mówić tylko o swojej matce, z pewnością nie o kolejnym, tym razem wyjątkowo narzucającym się mężu. Nikt bliższy już nie pozostał. Stałem wtedy na przystanku, czekałem na tramwaj. Zacząłem się pocić, musiałem słabo wyglądać, jakiś starszy pan zapytał czy dobrze się czuję. Nic mi nie jest, zaraz mi przejdzie. Ale nie przechodziło, narastał we mnie gniew, ogarniał mnie z taką siłą, że ledwie mogłem oddychać. Minęło kilka godzin zanim się uspokoiłem. Myślałem, że się uodporniłem, okazało się, że wciąż nie.

Kim jest moja matka? Nie wiem. Wyjechała z Polski trzydzieści lat temu. Pomagać, czego nigdy nie zrobiła. Kiedy miałem pięć lat zamieszkałem z dziadkami, widywałem matkę czasami raz w tygodniu, czyli częściej niż ojca, z nim spotykałem się co miesiąc. Dziadkowie stali się moimi rodzicami. Kochali mnie miłością zupełnie bezgraniczną, chociaż nie zawsze byłem uosobieniem anioła. Nie jestem nim do dzisiaj. Raz tylko mieszkałem z matką, niecały rok, nie wspominam go dobrze. Kim ja jestem dla matki? Także nie wiem. Ona twierdzi, że mnie zna. Nie jest to możliwe, skoro tak niewiele spędziliśmy ze sobą czasu. Jesteśmy sobie prawie obcy.

Nie patrzę już na matkę z perspektywy dziecka. Nie boję się jej. Pamiętam jednak prawie cotygodniowe lania, albo szarpania, gdy czekała aż zostaniemy sami, musiałem być nagi. Jako nastolatek, dostawałem już tylko w twarz, do dnia, gdy połamała sobie palce na mojej ręce, którą się zasłoniłem. A wszystko to działo się w domu, któremu patologii nikt by nie zarzucił. Nikomu o tym nie mówiłem. Nie mogłem. Teraz muszę, jako ostrzeżenie. Może ktoś, czytając co piszę, odważy się przerwać milczenie.

Moja matka jest nieszczęśliwym człowiekiem. Manipulantką, która tak się pogubiła, że zapomina, że można ją przejrzeć, że nie otaczają jej głupcy. Gdy dorosłem zacząłem rozmawiać z jej przyjaciółmi, których odrzuciła, bo byli wobec niej szczerzy, ojcem, z którym zerwała kontakt, podobno jedynym mężczyźnie którego kochała. Wyłaniający się obraz przytłaczał, tym mocniej, że wydawała się zupełnie inna. Wieczna pogoń za miłością, uznaniem, ciągłe kłamstwa, zdrady, chorobliwa ambicja i zazdrość, o młodszą siostrę, o mnie, o facetów z którymi się spotykała, jawnie lub w tajemnicy. Dowiedziałem się o rodzeństwie, którego nie miałem, ale ono jednak krąży w moich żyłach. Przypadkowo odnalazłem pisma rozwodowe, które zawierały nie fakty, ale rzucane kalumnie. Kiedy urodziły się moje dzieci, mój stosunek do matki stał się jeszcze chłodniejszy. Nigdy nie mógłbym ich bić, poniżać, ani wywoływać poczucia winy. Wreszcie niedawno, zdecydowałem się na psychoterapię. Szybką, nie dałbym się dręczyć miesiącami. Późno, gdybym zrobił to wcześniej, zaoszczędziłbym sobie i bliskim mi ludziom wielu przykrości i rozczarowań. Dzisiaj nawet nie oczekuję od matki przeprosin, nie potrzebuję od niej niczego i choć nie jest to przyjemne, tak jest najlepiej. Jeżeli kiedyś z nią jeszcze porozmawiam, zapytam tylko o coś błahego, co nic nie znaczy. Mam wciąż matkę, ale jakbym nigdy jej nie miał. To już nie ważne. Mam to w dupie.

Kategorie
Toksycznym

Znajoma z Facebooka

Ile można przyjmować znajomych i ilu można zapraszać? Do pięciu tysięcy. Potem koniec. Basta. Bardzo dobrze, bo większości ludzi i tak nie znam i szczerze mam ich głęboko w dupie. Zapraszam i przyjmuję tych, którzy wydają się interesujący: mają nienormalne komentarze, publikowane co kilka minut, zieją nienawiścią do kogoś lub czegoś (zakochałem się wręcz w jednym byłym policjancie, który ma obsesję na punkcie Kościoła i w drugim świrze, który Żyda widzi w każdym, ale nie sobie i popiera to samokleconymi grafikami), mają dziwne zdjęcia, na przykład dużo Matek Boskich i Jezusków (najczęściej pytają prywatnie o preferencje seksualne, nie kłamię), tych lubię najbardziej. Mogę ich obserwować w telefonie, jadąc autobusem, gdy już znudzi mnie czytanie albo przyglądanie się prawdziwym nieznajomym, zastanawiając się, o co tak naprawdę tym biedakom chodzi. Trochę jak polski serial, nieważne jakiej stacji, ani akcji, ani talentu. Miewam poczucie wyższości i może mi nawet z tego powodu bywa głupio. Przecież wiedziałem, kto zacz, ale nie mogłem się oprzeć. Czasami przyjmuję też ludzi, którzy mają podobne, albo zupełnie nowe dla mnie zainteresowania i jakoś mnie ujmują, twarzą, jakimś ciepłem, czasem inteligencją. I taką osobę sam zaprosiłem. Humanistka, psycholog, społecznie wrażliwa, niegłupia. Zaczęliśmy do siebie pisać, ja otwarty, ona otwarta. Ja akurat w dupie, ona też w dupie, trochę innej niż moja. I tak to szło. Trochę mnie tylko dziwiły za częste kochany i inne w tym stylu, ale też każdy ma prawo do swojego. Po jakimś czasie zorientowałem się, że wcale nie wymieniamy myśli. Przeleciałem przez messengera i faktycznie, tak było. I tak z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, ale z ikonkami uśmiechu. W końcu po usuwaniu i znowu zapraszaniu, rozpętała się prawie walka na intelektualne pierdolety (znam sporo psychologów, są jak księża, mają zawsze rację, przynajmniej muszą popatrzeć z góry, z taką zawodową szczerością chłopskiego roztropa). Daliśmy sobie chwilę wytchnienia. Ale oczywiście mnie korciło. Nie mogłem dać temu spokoju i musiałem znowu zahaczyć. Myślałem, że niewinnie. A jednak pomyliłem się, byłem winny, inwigilujący. O kurwa, co jest? Wczytywałem się z coraz większym zdumieniem w napływające słowa. Okazałem się cynikiem, przebiegłym narcyzem i zdecydowanie internetowym podrywaczem, bo wszyscy są tacy. Czegoś chciałem i to chciałem bardzo. Najbardziej w jej eterycznym odbiciu chciałem się przeglądać. Troszkę też nierozgarnięty, bo tak to było szyte, że prząśniczka prawie rwała nici. Naturalnie przeprosiłem, że takie wrażenie mogłem sprawić, ale tkaczka utkała wreszcie wyraźny wzór. Ona rozczarowana, bo wszędzie tylko marazm, obłuda, niskość i chamstwo i tyle razy już się o tym przekonała, że ona woli już nie woleć! Ale ona się poświęci i mnie wysłucha i nawet pomoże. No, droga facebookowa przyjaciółko, pomyślałem sobie, nie jest z ciebie znowu taki cud, najpierw pomóż sobie. Oczywiście na koniec podziękowałem i poleciłem się na przyszłość. I taki mnie spokój ogarnął, że już mnie nie będzie kusiło, że znowu okazałem się zły i jutro obudzę się równie nie przystosowany jak wczoraj i nie mam z tym żadnego problemu. Dziękuję jej za to.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie ma dobra, nie ma zła

Nie ma i nigdy nie było. Nie ma piekła, nie ma raju, są tylko fantazje, wywodzone z ludzkiej potrzeby porządkowania świata. Od kiedy przestaliśmy być tylko drapieżnymi małpami i z nieznanych powodów natura obdarzyła nas myślą, staramy się odciąć od naszej zwierzęcości. Z pozycji istot naczelnych, za które się uważamy, mamy nie tylko prawo oceniać niższe, lecz także zmusić je do posłuszeństwa, wykorzystać, pożreć. Oburzamy się równie mocno, gdy stado wilków atakuje pasące się owce, dla zdobycia pożywienia, jak i gdy jakaś grupa uważająca się za arcynaczelnych, dla zdobycia przewagi, bezwzględnie chce się pozbyć innej grupy, którą uważa za stojącą niżej w hierarchii ludzkiego bytu. Na zupełne szaleństwo może zakrawać fakt, że gorsi mogą stworzyć idee, którymi posłużą się lepsi, przyjmując i utożsamiając się z cechami wilczej watahy. Zwierzęta nie zabijają jednak ani dla przyjemności, ani z powodu wymyślonej racji, jak człowiek, robią to, bo mają za zadanie przeżyć. Nie szyją ze skór pobratymców odzienia lub abażurów, z ich włosów nie wyplatają swetrów, albo skarpet dla załóg wodzi podwodnych, bo nie posiadły takiej umiejętności. Robimy to tylko my, tylko my mamy taką wyobraźnię, nawet chorą.

Fundamentalne zasady, podstawy zdolności współżycia, którymi powinniśmy kierować się na co dzień, są dla każdego jasne. Niezależnie od języka i religii, etyki i filozofii. Jest tylko jedna zmienna, która może nas pozbawić rozumienia człowieczeństwa, które dopiero poznajemy. Jest nią podległość. Jest z nami krótko, kilka tysięcy lat, zrobiła jednak niezwykła karierę. Otwiera przestrzeń dla kwestionowania każdego zakazu, nakazu, moralnego lub nie. Podległość jest miejscem, gdzie spotyka się odpowiedzialność i wyparcie się każdej zasady, którą możemy się posłużyć, byleby nie móc i nie chcieć stanąć w miejscu, gdzie nie, znaczy tylko nie, gdzie dla tak, miejsca być nie może. Miejsce relatywizujące. Nie ma w nim zła, nie ma dobra. Nie ma przyczyny i jej skutku. Jest katalizator czynów, których nikt nie oceni, bo nikt za nie, będącym nie, nie odpowiada.

Podległość jest kluczem otwierającym wszystkie drzwi ludzkiej doli. Za nimi w długim korytarzu, z rzędem klamek i zamków, jest miejsce dla każdego uczucia, każdej podłości, marzenia i upadku. Wszystkich nadziei. Ludzkiego wszechświata potrzeby. Gdzie morderca jest szczęśliwym ojcem, gwałciciel przykładnym mężem, gdzie dla dobra można czynić zło, gdzie święty jest przegniłym jabłkiem ideologii.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?! Tak? Okazuje się, że tak i nie. Jedno obok drugiego? Niech mi Papieże, Dalajlamowie, Mahatmowie i Mandelowie dadzą spokój. Rzygam nimi. Rzygam tym. Hannah Arendt to poświecam.

Kategorie
Uczucia

Zabić miłość

Nie jest wcale łatwo. Szczególnie, gdy zachowało się chociaż resztkę miłości własnej i szacunku do samego siebie. Nikt nas nie zmusza do kochania, zakochiwania, pokochania także nie. To przychodzi samo, nawet gdy się przed tym bronimy, jesteśmy ostrożni i unikamy. Bywają miłości, które nie powinny się pojawić, miłości skomplikowane, przed którymi nie potrafimy uciec, które rozwijają się bez naszej woli. Są też i takie, które nie pozwalają nam bez niej się obejść, obezwładniają, odbierają rozsądek. I są miłości nie rozpoznane w pełni na czas, ukrywające się w naszej świadomości, aby z niej wyjść, gdy powiemy im nie, albo tracimy kogoś na zawsze.

Kochać można różnie, platonicznie, bez wzajemności lub wzajemnie, ale nie mocno lub słabiej. Mówiąc o miłości musimy tylko pamiętać. Nie ma w niej miejsca na egoizm, kłamstwo i obłudę. Inaczej nie jest to miłość. Jeżeli jest, stajemy przed siłą, która może zostać przyjacielem lub wrogiem, wybór należy do nas. Nasze życie się zmieni i może zmienić się życie innych.

Miłość, jak wielu twierdzi, jest najwspanialszym uczuciem. Niczego nie można z nią porównać. Ale jak ją rozpoznać? Po szybszym biciu serca? Po nieznanej dotąd, nieodpartej potrzebie przebywania z osobą kochaną? Zazdrości, która pojawia się znikąd i zatruwa myśli? Szczerości, albo próbie ukrycia niedostatków? Przywiązaniu, tęsknocie? Poczuciu szczęścia, dzieleniu się nim, oddaniem? A może po tym, że się ją po prostu czuje.

Co z miłością, której nie powinno być? Której nie wolno pozwolić na istnienie? Czy w ogóle jest taka? A jeżeli tak, to jak się jej skutecznie pozbyć? Miłość nie poddaje się bez walki, nawet gdy odpowiedzialnie nie chcemy jej przyjąć. Mając rodzinę, dzieci, stabilne życie, niespłaconą pożyczkę, ostatnim uczuciem, które jest nam potrzebne to miłość, nie do swojego partnera. Dramat. Wcale nie jest łatwiej, gdy nie mamy dzieci lub jesteśmy samotni i wiemy, że kochamy kogoś z kim nie dane nam będzie miłości dzielić, albo pozostanie nie odwzajemniona, nawet gdy zauważona. Kogoś pozycja, wykształcenie, różnica wieku jest na tyle duża, że ujawnienie miłości wywoła burzę, której chcemy uniknąć. Prawdziwa miłość z dziecinną prostotą podpowie, że tak naprawdę nie kochamy swojej żony, męża, dziewczyny, narzeczonego. Że ktoś dla nas nie zrezygnuje ze swojego związku, że nie jesteśmy dla kogoś atrakcyjni, że jesteśmy tchórzliwi i bardziej dbamy o wizerunek niż szczęście własne i czyjeś. Czujemy się podle, nie ważne ile mamy lat, czy jesteśmy doświadczeni, inteligentni, uczciwi, prawi, czy nie i wiemy, że za wszelką cenę, tak naprawdę pragniemy tej miłości.

Trudno się przyznać, ale byłem w podobnych sytuacjach i udało mi się uczucie to zabić. Byłem pewien, że działam racjonalnie, nawet za szkodliwą namową. Podejmowałem decyzje, nie słuchając serca, z obawy i źle pojętego rozsądku, ale nie zdołałem zepchnąć tego w niepamięć. Wystarczy zapach, smak, miejsce, podobny głos, zdanie, sylwetka, cokolwiek. Tych miłości było kilka, pamiętam je dobrze, jednej jednak nie zdołam sobie podarować i żałuję jej do dzisiaj, mimo że nie była łatwa.

Jak tego dokonałem? Manipulacją i kłamstwem. Miałem dobrego nauczyciela, matkę. Nie umiejąc zrezygnować z miłości sprawiłem, że ktoś zrobił to za mnie. Z premedytacją budowałem bariery nie do pokonania, obrzydzałem się w czyich oczach, zawodziłem zaufanie, poniżałem się i wywoływałem wrażenie bycia niebezpiecznym. Przekraczałem granicę, za którą nie było już powrotu. Zadałem ból, którego nikt nie wybaczył. Aby pozbyć się własnego, wyszukałem każdą wadę w ukochanej osobie i okoliczności, które usprawiedliwiały moje czyny. Resztę pozostawiłem czasowi.

Nie jestem z siebie dumny. Raczej odczuwam wstyd, że byłem do tego zdolny. Miałem to robić z odpowiedzialności za siebie i innych. Błąd. Robiłem to ze strachu przed miłością i życiem, na którego wyzwania nie byłem gotowy. Spotkałem kogoś, komu to uczyniłem. Długo rozmawialiśmy. Zorientowała się, że to była gra, kiedy opadły emocje rozstania. Zapytała czy żałuję? Tak, odpowiedziałem. To dobrze odparła, inaczej straciłabym czas na dupka, a tak, straciłam tylko na kretyna.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Bezdomność

Ilu ludzi zna bezdomność? Nie tą widywaną, ale tą z którą się żyło? Zbyt wielu. Powinna pozostać nieznana. Do mnie przyszła zaproszona. Sam ją zawołałem i była moją towarzyszką przez jakiś czas. Odeszła do innego, bardzo niechętnie, mam nadzieję, że odrzucona umrze w zapomnieniu. Żałowała, że nie poznaliśmy się za dobrze. Ostrzegła, że zawsze pamięta o swoich wybrankach, każdego z nich darzy uczuciem, nie pozwoli o sobie zapomnieć i chciałaby wrócić. Dziwka

Poza chorobą i wojną, nie ma niczego gorszego od bezdomności. To samotność dzielona z innymi samotnymi. Nigdy nie spotkałem ludzi równie nieszczęśliwych, którzy potrafią się do tego dostosować. Kilka miesięcy na ulicy, czasami na zmianę w hostelach i noclegowniach, żebranina, szukanie jedzenia w sklepowych śmietnikach, dorywcza praca za kilka groszy, zmienia ludzi w cienie samych siebie. Niepewność kolejnego dnia. Nawet tych, których natura nie obdarzyła bystrością. Inteligentnych potrafi zmienić jeszcze szybciej. Dzień, gdy staną w kolejce po darmową zupę lub poproszą o wsparcie, jest oficjalnym przyznaniem się do porażki. Upokorzenie w końcu znika, pozostaje przetrwanie. Jakby coś kliknęło w maszynie mózgu, albo jakby z poczwarki ludzkiej wyłaniał się ktoś nowy, bezdomny.

Historie życia, które wysłuchałem były najsmutniejszymi z którymi się spotkałem. Chciało mi się ryczeć nad ludźmi, których dotąd uważałem za nieudaczników. Oni też mieli rodziny, często równie duże jak moja, dzieci które na nich czekały. Na niektórych nie czekał nikt, od zawsze byli niechciani. Niektórzy mieli poszukiwane zawody, inni wykształcenie i doświadczenie, którego można by pozazdrościć. Niektórzy byli sobie może winni, inni nawet nie rozumieli dlaczego są w takiej sytuacji, mieli życiowego pecha. Wcale nie wszyscy byli alkoholikami, niewielu wybrało takie życie. Było między nimi jedno podobieństwo, zanik twórczego myślenia, kierowała nimi inna logika. Jakby pomiędzy nimi i mną stał przeźroczysty mur, mogliśmy się zobaczyć, ale już nie usłyszeć. Byłem przerażony. Byłem wkurwiony. To nie był film, nie byli Nędznicy, książka Wiktora Hugo. To działo się naprawdę i ja w tym brałem udział. Musiałem się z tego wydostać.

Moja bezdomność była krótka. Wprawdzie nie brałem jej pod uwagę, ale z chwilą gdy podjąłem decyzję o zmianie dotychczasowego życia, okazała się rzeczywistością. Rzuciłem pracę, zerwałem związek którego nie potrafiłem kontynuować, innego nie umiałem nawiązać, w rodzinie powiedzieliśmy wzajemnie co o sobie myślimy, spaliłem za sobą mosty. Miałem wyjechać za granicę, do mojej Anglii, bałem się, że już nie wrócę. Zostałem ze względu na córkę i tą nadzieję. Potem pojawiły przeszkody, których nie mogłem przewidzieć i stało się. Zostałem sam, bez domu, choć powinienem go mieć, bez pieniędzy, choć mogłem je zarabiać. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Na przyjaciół, już byłych, nie mogłem liczyć. Na najbliższych także, co do dzisiaj jednak mnie boli. Są jak banki, oferują tylko wtedy, gdy tego nie potrzebujemy. Pomogli mi ludzie, którzy sami mają problemy, albo których kiedyś obraziłem, ale nigdy na mnie nie postawili kreski. Ci którym pomogłem, mieli tylko jedno do powiedzenia. Trzymamy kciuki. Możecie sobie je teraz powkładać, wiecie gdzie?

Nie jest idealnie. Trochę potrwa zanim wyjdę na prostą. Ale nie odciąłem się od bezdomnych. Pomagam im. Jestem wolontariuszem. Dzielę się czym mogę, wpłacam co mogę, gotuję dla nich, wożę im potrzebne środki w miejsca, gdzie śpią i koczują. A są to miejsca nieludzkie. Doprowadzają mnie czasem do szewskiej pasji, ale ich rozumiem. Poznałem ich i wiem, że poza jedzeniem i ubraniem potrzebują pomocy duchowej. Może uda się stworzyć kiedyć taką. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest. Każdy powinien mieć dach nad głową, a jego utrata nie może być karą. Chętnie wysłałbym na taki turnus, jak mój, każdego kto pozostaje obojętny. Bezdomność miała rację, nie pozwala o sobie zapomnieć.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Alkoholik

Mój ojciec był alkoholikiem. Wysokofunkcjonującym, jak dobrze naoliwiony zegarek. Czas na pracę, czas na wódę. Napić się, wytrzeźwieć, prowadzić samochód, napić się, zjeść, napić się, wziąć prysznic, zasnąć, obudzić się, napić. Wszyscy wiedzieli, że pije, ale ile i jak, prawie nikt, nawet ja przez wiele lat. Piłby tak pewnie do dzisiaj, ale pewnego dnia, w samotności zdarzył mu się wylew. Był twardy, przeleżał pięć dni przy drzwiach do mieszkania, których nie zdążył otworzyć. Kiedy je wyważono wciąż żył, cały w gównie. Myłem mu z tego ręce. Gdyby nie błędy lekarzy, mało brakowało, mógłby żyć nadal.

I ja zapowiadałem się na alkoholika. Byłem przekonany, że nim się stałem. Wypijałem dziennie nawet litr kolorowej wódki, grejpfrutowej. Nie śmierdziałem nią, żułem miętową gumę. W precyzyjnie odliczonym czasie otwierałem kolejną setkę i łyk, łyk, na dwa razy. Jeżeli wypiłem mniej, mogłem sobie pozwolić na kilka piw po pracy. Bo piłem dużo tylko w pracy. W dni wolne nie piłem prawie wcale, nie piłem opiekując się dzieckiem, nie piłem dla relaksu.

Zdarzało mi się jednak przesadzić. Pewnego dnia postanowiłem popełnić samobójstwo. Prawie tego nie pamiętam. Wiem, że sam zadzwoniłem na pogotowie, pozwoliłem się zamknąć w szpitalnej izbie wytrzeźwień. Rano zostałem dokładnie zbadany, przyszedł psycholog i lekarz, przesłuchali mnie i pozwolili wyjść. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, kupiłem alkohol i miętówki. Pojechałem do psychiatry. Rozwiązałem testy, opowiedziałem o dramatycznym przeżyciu i czekałem na wyrok, którego się spodziewałem. Psychiatra, o wyglądzie świra, nie orzekł jednak alkoholizmu ani choroby psychicznej. Prawie wyrzucił mnie z gabinetu mówiąc, że Kraków pełny jest pijących, nie każdy jest alkoholikiem, bo tak jest wygodnie i to dotyczy także mnie. Mogę się zapić, bo traktuję picie jak lekarstwo. Mogę się zabić, ale tylko w stanie zamroczenia. Mam się nauczyć pić, albo nie pić wcale. Padła kurwa, idź już pan stąd, weź się pan w garść, poszukaj księdza albo psychologa i im zawracaj pan głowę. To poszedłem, znowu do sklepu, znowu po wódeczkę, po gumę i znalazłem się w ośrodku interwencji kryzysowej. Zasiadłem z psycholożką, znowu opowiedziałem o poprzedniej nocy, nawet się popłakałem. Umówiliśmy się na terapię. Z księdzem się nie spotkałem. Usiadłem na ławce, zadzwoniłem do AA i dowiedziałem się, że oni nie pomagają w kontrolowaniu picia, pomagają przestać. Jeżeli tego chcę, to mnie zapraszają. Nie, dziękuję. Potem przeszedłem wszerz i wzdłuż całe miasto, wypijając jeszcze więcej. Nigdy w życiu tyle nie wypiłem. Pozwoliłem sobie na pijacką szczerość, wysyłając wiadomości, tracąc w ten sposób szczerego przyjaciela, do domu już nie wszedłem. Był to ostatni dzień mojego alkoholizmu.

Spotkałem się kilka razy z panią psycholog. Dobrze, że nie uzależniłem się od niej. Bardziej niż na kacu, trzęsły mi się ręce, kiedy jej płaciłem za sesję. Picie jest zdecydowanie bardziej ekonomiczne. Odwiedziłem neurologa, znajomą buddystkę, która tym razem, na poważnie, poinstruowała mnie jak medytować, zbadałem wątrobę i wszystkie narządy, które mogłem uszkodzić. Mam żelazne zdrowie. Mam szczęście. Wysłuchałem kolegi, który jako alkocholik chciał mnie przekonać, że i ja nim jestem. Był nie do poznania, z wesołego imprezowicza stał się kaznodzieją. Nie lubię takich ludzi, nie ufam im. Nie przekonał mnie. Przeczytałem górę książek na wiadomy temat, poszerzając go o filozofię i logikę. Przygotowałem się do innego picia, kiedy chcę, nie kiedy muszę, bo dopada mnie stres. I działa. Teraz zająłem się paleniem. Też działa, ale oporniej. Nie zmuszam się. W głowie siedzi mi jednak jedno krótkie zdanie, które usłyszałem od kogoś bardzo dla mnie ważnego, gdy przyznałem się, że za dużo piję: to nie pij. To nie piję.

Kategorie
Rodzina Życie

Aktor

Nie umiałem nim zostać i do dzisiaj trochę tego żałuję. Mając dziewiętnaście lat zdałem egzamin do szkoły teatralnej. Prawie, bo nie pojawiłem się na jego trzeciej części, pisemnej. Chcąc być absolutnie szczery, to musiałem o to poprosić. Etapy praktyczne przeszedłem nadspodziewanie dobrze. Pierwszy wręcz mnie uskrzydlił. Opijałem już studia ze znajomymi w aktorskim akademiku, dla których było oczywiste, że spotkamy się jesienią w szkole. Przed drugim pojawiły się wątpliwości. Miałem już żonę, którą poślubiłem zresztą przed maturą, ku zgrozie nauczycieli. Była w ciąży, jeszcze bardziej zagubiona niż ja, chciałem jej pomóc. Znałem zaborczość mojej rodziny i brak akceptacji jej, dla nas jako małżeństwa. Wiedziałem, że przez następne cztery lata będę rzadkim gościem w domu, potem nie będzie inaczej, a chciałem być ojcem mojego dziecka na co dzień. Bez przekonania stanąłem przed tłumną komisją. Pokazałem zęby, sprawdzali zgryz, pazur talentu już mniej. Jednak znalazłem się w liczbie czternastu, czy szesnastu, dla których było miejsce na wydziale.

Popełniłem błąd, szybko do tego doszedłem. Rok później chciałem to naprawić. Niestety, tym razem usłyszałem, że miałem miejsce rok wcześniej, w tym nie zrobiłem postępów i pa. Pojechałem jeszcze do Warszawy, tam Krakusów nie lubią, efekt był do przewidzenia i zdałem egzamin do szkoły prywatnej, ale to nie było PWST, tylko namiastka (akurat okazała się niezła, znowu się pomyliłem). Musiałem się zmierzyć z zawodem, który sprawiłem zaprzyjaźnionej aktorce, która mnie przygotowywała do egzaminu. Jej pytanie, coś ty zrobił, jak to się nie dostałeś, słyszę jak wyrzut sumienia. Jednak zadowolenie kilku osób było mało przyjemne, w tym ojca, który z jakimś sadyzmem powtarzał, że i tak się nie nadawałem, czas zająć się czymś innym, bo i tak już przejebałem życie. Musiało minąć ładnych kilka lat abym zdał sobie sprawę z własnego talentu. Poparty pracą, której smak już znałem, mógł ze mnie zrobić artystę. Pewnie byłbym unikalny. Jeżeli przeczyta to aktor i poczuje się urażony, to nie mogę przeprosić. Większość aktorów to ukryci debile. Słuchanie wywodów niektórych z nich wywołuje u mnie niesmak. Może nie wiedzą, że poza zdolnością do odczuwania i wczucia się w rolę (także, gdy zabiera się głos publicznie, na tak zwane ważne tematy), trzeba by ją zrozumieć, warsztat to za mało.

Kocham teatr. Mieszkając przez długi czas w Londynie wydałem majątek na bilety. Oglądałem na scenach aktorów ogromnych w swoim zawodzie. Jeżeli gdziekolwiek, to tam przeżywałem katharsis. Wbijali w fotel. Podobnie jak scenografia, muzyka, nawet zapach. Angielskie teatry nie pachną kurzem i perfumami starszych pań, jak nasze (mam skojarzenia z zapachem kościołów), ale jak drogie limuzyny, do których wsiadasz i wiesz, że to będzie jazda, nie wleczenie się po ulicach. Bywam zażenowany, prawie nigdy się nie wstydzę, ale serce mocno mi biło, gdy mogłem z tymi potęgami rozmawiać. Życie ciągle stawia mi na drodze artystów. Moja druga żona była tancerką, jedna z byłych dziewczyn jest świetną dziennikarką i dzięki niej poznałem ludzi, o których mógłbym tylko poczytać w jej gazetach. Gdybym napisał kogo, pewnie nikt by nie uwierzył. Zakochuję się w artystkach, przypadkowo dosiadam się do artystów, nawet w samolotach. Dobrze się rozumiemy, może dlatego, że sam jestem niedoszłym, ale jakoś jestem. Nie mam już do siebie pretensji, że kiedyś rozminąłem się z powołaniem. Czasem, może, coś sentymentalnie mnie chwyci i przez chwilę wyobrażam sobie, co by było, jak by to jednak było.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Stres pourazowy

Nie napisałbym o tym, gdyby nie seria artykułów, które ostatnio przeczytałem. Dowiedziałem się, że kwarantanna, przymus spędzania czasu z bliskimi, nawet samotnie, w domu, z dostępem do telewizji, internetu, żywności, w wygodzie, na pewno doprowadzi do stresu pourazowego u bardzo dużego procenta ludzi. Czytając początek pierwszego artykułu myślałem, że będzie chodziło o przypadki, gdy w rodzinie, za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy, załamań, umiera ktoś albo gwałtownie rozwija się u niego uzależnienie, choroba psychiczna, dotykające innych jej członków. Nie. Powodem ma być izolacja. Poszukałem następnych. To samo.

Czy piszący to dziennikarze zdają sobie sprawę, czym jest zespół stresu pourazowego? Nie wiedzą! Ja wiem, bo od ponad dwudziestu lat muszę z tym żyć. Ciekawych odsyłam do definicji, nie będę także wywodził przyczyny u mnie, zachowam ją dla siebie.

Stres pourazowy to bardzo nieprzyjemne kurewstwo. Niby nie dzieje się nic (przynajmniej w moim przypadku, a bywa różnie), nawet przez długi czas, do momentu, gdy wpada się w otchłań i to dosłownie. Przeżywa się tragiczne wydarzenia na nowo, prawie jakby stały się chwilę wcześniej. Emocje które temu towarzyszą są trudne do zniesienia. Wspomnienia nie pozwalają normalnie żyć, spać, uspokoić się, zrelaksować. Nie ważne, czy o nich mówimy, czy trzymamy je w sobie. Pojawia się rodzaj pustki, braku uczuć, poza złością i niewiarygodne wręcz zmęczenie stresem, poza który niewiele dociera. Ja radziłem sobie do jakiegoś momentu za pomocą popijania. Leki które mi kiedyś przepisano, zmieniały mnie w intelektualną roślinę. Nie tylko nie mogłem się skupić, ale oddalałem się od otaczającego świata, całkowicie się zamykając. Alkohol działał lepiej, ale decyzje, które podejmowałem były nieracjonalne i doprowadzały do dramatycznych efektów. Nie chciałem się tak czuć, przerwałem leczenie i jakoś przeszło. Byłem twardy. Zakładałem, że sobie poradziłem.

Drugi epizod zaczął się niby znienacka. Tak przynajmniej myślałem. Powinienem zauważyć, że zacząłem opowiadać o moim problemie, mimo że długo o tym nie wspominałem. Zupełnie spokojnie i obiektywnie. Czułem tylko jakiś niepokój, robiłem rzeczy których unikam, byle poprawić sobie nastrój. Zaczęło się od snów. Po pierwszym zacząłem już pić, na wszelki wypadek. Pogarszało się z każdym dniem. Wytrzymałem prawie trzy miesiące, dokąd miałem choć kilka godzin spokoju. Starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, nie wpływać negatywnie na innych. Ale różnie z tym było. Potem przyszło załamanie, dosłownie w kilka minut. Siedziałem w knajpie, ale równocześnie znalazłem się w czarnej dziurze, jakby okopie, wypełnionym czymś lepkim, z którego nie mogłem się wydostać. Tym razem nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie dość, że byłem pijany, to patrzyłem na kogoś z kim rozmawiałem, nie wiedząc dokładnie kim jest ta osoba, czy to na pewno ona i co tam robię? Wybiegłem na ulicę, ale nie byłem pewny gdzie jestem. Zalała mnie fala wspomnień, całkowicie pomieszanych. Pamiętam łzy, nie mogłem się poruszyć, próbowałem przez telefon prosić o ratunek, ale mówiłem coś nieskładnie. Wróciłem do domu, nie wiem jak? Następne dni były koszmarem. Przypuszczam, że nikt z mojego otoczenia do dzisiaj nie rozumie co się stało wtedy, ani co działo się ze mną przez poprzednie miesiące. Straciłem przy tym ludzi na których mi zależało.

Powiedziałem o wszystkim przyjaciółce sprzed lat, która również ma PTSD. Zorganizowała mi psychologa i psychiatrę, którzy zabrali się za mnie nieomal natychmiast, którym jestem za to dozgonnie wdzięczny, dokonali cudu. Nie zrobili tego wprawdzie bezinteresownie, ale wiedziałem o tym od początku, zostałem człowiekiem doświadczalnym. Przeszedłem ekspresową terapię, długo godzinną i wyczerpującą. Nauczyłem się panować nad sobą. Przestałem się wstydzić, że potrzebowałem pomocy. A tych dziennikarzy, to bym…

Kategorie
Rodzina Życie

Poezja nie gryzie

Miały być matury. Nie ma, bo jest wirus. Wczoraj syn znajomych, maturzysta, zapytał mnie czy czytałem Dziady Mickiewicza i czy też uważam że są beznadziejne? Zamarłem. Nic mi nie opadło, ale przez długą chwilę milczałem. W końcu odpowiedziałem że tak i III część czytałem pewnie ze dwadzieścia razy, II niewiele mniej. Uważam je za jedno z najważniejszych dzieł literatury europejskiej. Popatrzył na mnie jakbym był w kaftanie. Jego ojciec, mój dobry kolega, szybko podpowiedział, że to pewnie dlatego, że w liceum bawiłem się w aktorstwo i mimo pozorów zawsze byłem romantyczny. Wtedy ja popatrzyłem na niego, jak jego syn na mnie i milczeliśmy tak we troje, stojąc na Rynku, sto metrów (dosłownie) od Adasia. W końcu zamaskowani zaczęliśmy rozmowę o niczym. O pandemii, o wyborach, o pierdołach. Normalnie pogadamy jak nam otworzą Klub Kulturalny, nie przy dzieciach, w każdym razie swoich. Wtedy go zapytam o ten mój romantyzm, bo lekko mnie tym wkurwił.

Chłopakowi, może raczej młodemu mężczyźnie, bo przerósł już swojego ojca i mnie o głowę, wyhodował też prawdziwą brodę, której mu odrobinę zazdroszczę, jednak Dziady nie dawały spokoju. Mieliśmy się już pożegnać, gdy wypalił: nie rozumiem ile razy można czytać jedną książkę i to do tego nudną poezję? Nie mogłem mu przecież robić wykładu, nie jestem polonistą, więc popytałem: przeczytałeś te Dziady? Nie! Dlaczego? Tylko fragmenty były obowiązkowe. OK. Byłeś kiedyś zakochany? Tak. Miałeś złamane serce? Tak. Chciałeś kiedyś czegoś tak bardzo, że to było ważniejsze od ciebie? Tak, ale popatrzył najpierw na kumpla. Ciekawe czego on tak chciał? Nienawidziłeś kogoś? Tak. Masz przyjaciół? Tak. Biłeś się kiedyś? Tak. Zrobiłeś komuś coś naprawdę przykrego? Tak. Przeprosiłeś? Tak. Dostałeś kiedyś w skórę od rodziców? Tak, chrząknięcie i ucieczka wzrokiem. Ale jak by im się coś stało, to byś im pomógł? Tak. Pogodziłeś się z kimś? Tak. Myślisz, że się zmieniłeś przez ostatnie parę lat? Tak. Taka metamorfoza? Tak. Wierzysz w coś? Tak. Oglądałeś horrory? Tak. Bywasz ponury? Tak. Bawi cię czarny humor? Tak. Słuchasz muzyki (głupie pytanie, słuchamy tej samej ku zgrozie ojca, który jest skrzypkiem, sam jestem temu winny, kupowałem mu płyty)? No pewnie. Piosenki mają rymy? Tak. Słuchasz niektórych kawałków przez kilka dni w kółko? Tak. No to masz Dziady, znajdziesz w nich to wszystko, ale będzie opisane lepiej niż sam to wyrazisz. Jak się wczytasz to poczujesz. Jak nie, to albo masz większy talent, albo to zostaw. Nie zmuszaj się. Szkoła i tak się zaraz kończy. Nie wszystko musi ci się podobać, tak jak innym nie musi się podobać to co tobie, warto wiedzieć dlaczego. Byli tacy co palili książki, poezję też, zakończyłem. Kolega do mnie mrugnął, chłopak zaczął się zastanawiać i się rozeszliśmy. Popatrzyłem jeszcze za nimi. Znam ich prawie całe życie, są jak rodzina. Jakoś mi się dziwnie na sercu zrobiło. Może młody jednak kiedyś przeczyta? A jak nie, to nie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Chemia

Choroba uczy pokory. Ale tylko niektóre swoje ofiary. Mnie nie nauczyła. Niczego. Nie zmieniłem się w płaczliwego starca za młodu, który odbiera siły każdemu z kim się zetknie. Nie pytałem Boga dlaczego ja, w nieustannej modlitwie. Nie przyjąłem jej jako kary. Zachowywałem ją dla siebie długo, podzieliłem się nią kiedy już wiedziałem, że albo mnie zmogła, albo z nią wygrałem. Mam do niej jednak żal, zabrała ludzi którzy powinni pozostać, zamiast mnie. Ja żyję, pozostałem. Ich nie ma, ja jestem. Nie stałem się ani silniejszy, ani słabszy, może tylko mniej pewny jutra. Nie wiem czy znowu nie wróci, bo jej w charakterze są właśnie powroty.

Poszedłem na badania. Zasłabłem w pracy. Miało być rutynowo. Atak paniki. Jaki atak? Byłem przemęczony. Okazało się, że nie. Zadzwonił do mnie lekarz, poprosił abym wrócił do szpitala. Posadził mnie na krześle i powiedział: I am really sorry, you have cancer. Lungs. Włosy stanęły mi dęba, czułem to. O jasna cholera, co on kurwa do mnie mówi? Zapytałem czy mogę wrócić jutro. Nie ma problemu, o której godzinie? Może rano? Dziewiąta? Ok. Ok. Wyszedłem z tego szpitala. Nienawidziłem go. Whittington Hospital. Straciłem w nim dwoje dzieci. Jedno urodziło się martwe, wcześniej drugie usunęła kobieta, która wybrała karierę, nie macierzyństwo. Ona jedna złamała mi serce. Właśnie tym.

Powoli wracałem do domu. Wolniej się nie dało. Dwa kilometry zajęły mi resztę dnia i pół nocy. Do wieczora popijałem w parku, zastanawiając się ilu statystycznie, mijających mnie ludzi ma raka. Potem siedziałem w pubie, tępo wpatrując się w telewizor, udając że podniecam się piłką nożną. Stanąłem w drzwiach, wytłumaczyłem się czymś, padłem na kanapę, zasnąłem, wstałem z trudem. O ustalonej porze spotkałem się ze znanym mi już doktorem. Kac straszliwy, kolejne badania, długa rozmowa, analizowaliśmy szanse, ustaliliśmy terapię i to, że w tym miejscu leczyć się nie będę.

Postanowiłem zmienić pracę na lżejszą. Znalazłem tuż obok szpitala, gdzie miałem się leczyć. Zbieg okoliczności? Nie wierzę, musiałem dobrze szukać. Byłem managerem, nikt o nic nie pytał, wychodziłem na przerwach. Kroplówka, chemia, kroplówka, powrót, zombie, udawanie. Pojawiła się terapia w fazie badawczej. Jasne że spróbuję. Przestałem łysieć. Zadziałała. Naświetlania sprzętem, jakby mnie wysyłali w kosmos. Wreszcie operacja, w innym kraju. Powiedziałem przed wyjazdem co się dzieje. Udało się. Dwie małe okrągłe blizny, zamiast wielkiego cięcia na pół pleców. Mediolański dizajn.

Dziesięć lat później. Boli mnie brzuch. Pewnie niestrawność. Ale całymi miesiącami? Kiedy inny lekarz sadzał mnie na krześle, nie czekałem. Wrzody i rak? Tak, skąd pan wie? To nie pierwszy raz. Jaki? Taki? Inny? Tak. To nie przerzuty? Nie. Po tylu latach? No tak, nie możliwe. Tym razem nie wybrzydzałem. Znowu chemia, znowu o tym nie mówię. Powiedziałem szefowi, który stał się moim przyjacielem i dziewczynie, którą przypadkowo spotkałem i stała się na chwilę najbliższą mi osobą. I jej i jemu obiecałem, że nigdy ich nie okłamię. Dotrzymałem słowa. Znowu się udało. Ale nie będę czekał na, do trzech razy sztuka. Śmierć nie puka trzy razy.

Kategorie
Toksycznym Życie

Żyd

Słowo klucz. Powiesz je głośno i zaczynasz czuć jego siłę. To słowo ma bliskoznaczne odpowiedniki: Cygana, Murzyna, Chińczyka, Araba, Homoseksualistę i ostatnio Ukraińca. One znowu mają swoje: Rumuna, Żydóweczkę, Mośka, Czarnucha, Asfalta, Żółtka, Bambusa, Pedzia, Ruska, Banderowca. Słownik stale się powiększa.

Mam żydowskie korzenie, dalekie, ale mam. Nie tylko te. Po trosze jestem Tatarem, Rusinem, Czechem, Austriakiem, Litwinem, Szwedem i oczywiście Polakiem. Podobno także Rosjaninem, Szkotem, Ormianinem, Francuzem i Węgrem, co jednak nie wywołuje wrażenia. Ważny jest Żyd. Kiedy o tym wspomnę pojawia się zgrzyt, nawet u ludzi, których znam od dawna. Jakbym ich oszukał, nie uprzedzając zawczasu. Zaczynają na mnie patrzeć inaczej. Jakbym sparszywiał.

Zawsze mnie dziwiło, dlaczego kraj w którym się urodziłem, stał się rasistowski, homofobiczny i antysemicki. Nie był taki przez większość swojego istnienia. Raczej odwrotnie, był oazą tolerancji. Niektórzy z moich przodków, nie żyli przecież w strachu przed linczem, a byli protestantami, muzułmanami, prawosławnymi, unitami, wyznawcami judaizmu, w katolickim i wielonarodowościowym państwie, które określiło się przedmurzem chrześcijaństwa, gdzie chrześcijanie stanowili marginalną większość. Skąd ta ksenofobia? Czemu mi ją wpajano, nawet przy rodzinnym stole, gdzie wszyscy mieliśmy mieszane pochodzenie, pozwalając sobie na żenujące żarty i komentarze, zupełnie nie licujące z prezentowanym na co dzień dystansem i grzecznością? Jak to mam wytłumaczyć moim dwóm synom, którzy mają matki, Finkę i Włoszkę? Jak przestrzec przed tym syna i córkę, Polaków z krwi i kości, jak ja? Co byłoby, gdyby matki moich dzieci nie były Europejkami, ale należały do innych ras? Co byłoby, gdyby nie to, że prawie każdy Polak ma w sobie Żyda?

Odpowiedź mogę znaleźć tylko w historii. Nasz naród ma ją wyjątkowo skomplikowaną i trudną. Prawie sto pięćdziesiąt lat podległości trzem zaborcom, którzy chcieli nas pozbawić szacunku do siebie samych i kolejne pięćdziesiąt, w których chciano nas wyniszczyć biologicznie i odebrać nam prawo do własnych przekonań i wiary. Jedenaście pokoleń, z przerwą na jedno, urodzone w wolnym kraju, uczyło się nienawiści i wyboru, albo z nimi, albo nim przeciw. Zanik klas, koniec panów i poddaństwa, emancypacja, powszechny nacjonalizm i wojny, brak oświaty dokonały reszty. Jedynie Żydzi wciąż rozproszeni w diasporach, bez własnej ojczyzny, trzymali się z boku, pracując jednak wytrwale dla siebie i innych. Chcąc zachować tożsamość, w większości opierali się asymilacji, nawet za cenę pogromów wiedząc, że największy lęk wywołuje nieznane. Zaiste odważny naród.

Ponad połowę dorosłego życia spędziłem poza Polską. Chociaż nie odczułem prawie nigdy wyalienowania ze społeczeństwa w którym żyłem, nauczyłem się jednego. Najpierw ja, potem ja, dopiero na końcu naród, nawet narody. Mogę być Żydem. Chcę być Żydem!

Kategorie
Rodzina Życie

Starość

Przyglądam się jej. Ma ponad 90 lat. Jest moją babcią. Zastępowała mi, obecną na peryferiach dzieciństwa matkę, zapracowaną, zajętą własnymi sprawami. Odkąd pamiętam była siwa, całkiem albo odrostami. Marszczyła się coraz bardziej z dekady na dekadę. Zmniejszała się, aż stała się skórą i gnatem, lżejszym wydaniem siebie, tej gdy biegaliśmy po Rabczańskich ścieżkach zdrowia, godzinami graliśmy w karty, prowadziliśmy rozmowy o sprawach najważniejszych z ważnych. Dzisiaj jest biało-żółta, krucha, dotąd zawsze mocna, przykuła się do łóżka, oczekuje opieki. Nie jest już doświadczoną lisicą z zaczepnym błyskiem w oku. Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny, wiek ją zabiera dzień po dniu. Poznałem jej tajemnice, nawet te bezwstydne, opowiedziane z naiwnością młodej dziewczyny, wiem kogo pragnęła, kogo nie lubi, przed kim udaje. I ona zna mnie najlepiej, nigdy przed nią niczego nie ukrywałem. Zazdrościmy sobie nawzajem. Ona mojej nieodpowiedzialności i przygód, ja jej zdolności przewidywania, perspektywy i zaskórniaków. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Kochamy się, jak tylko może dwoje ludzi. Jedynie ona mogła mi powiedzieć, kiedy jej wyznałem, że pokochałem, znalazłem i straciłem przyjaciela, takiego jak ona, że to czas najwyższy, nauczę się wreszcie pokory i zdam się na kogoś, bo bez niej zawsze będę samotny i mam nie dbać o to, co pomyślą ludzie i mieć nadzieję, bo przecież nie jestem taki zły, jak mnie malują. Tylko ja jej mogłem odpowiedzieć, że nie jest lepsza, zawsze uciekała przed ryzykiem w bezpieczeństwo oczekiwań i gdyby nie ja, wierzyła by, że inaczej nie można. Z trudem przyjmuję, że pewnego dnia odejdzie. Jej brak zabli. Wolałbym jednak, by nie czekała na to, leżąc na wznak z poduszkami pod głową, nigdy nie ułożonymi jak należy, wpatrując się w galerię świętych obrazków i krzyży, których tak naprawdę nie znosi, a które przynoszą jej dziesiątkami ciotki i sąsiedzi, ale z energią, właściwą jej postaci. Żałuję, że nie mogę spędzać z nią tyle czasu ile bym chciał, mój optymizm stał się dla niej niebezpieczny, upór stawiania jej na nogi, po upadkach i wypadkach jest ponad jej siły.

Zżyłem się ze starością, nie ma w niej niczego, czego bym nie poznał. Można ją oswoić, ale nie jest to dziki koń stepowy, przyzwyczajony do wolności, którego można złamać. Jest ostrożna i polubowna, wciąż ma jednak charakter. Spłoszy się, gdy do czegoś się ją zmusi. Jest pamiętliwa, łatwo się obraża. Ma tę pamięć bardzo wybiórczą. Ograniczoną do rzeczy ważnych, tylko da niej. Wszystko zależy od jej sprawności i to w każdym wymiarze. Jej dni mogą być długie i nudne, nawet wypełnione bólem zużytego ciała, mogą być też krótkie, gdy odwiedza ją młodość i poza ekscytacją wprawia w senność, męczy swoim nadmiarem.

Znam ją, ale wolałbym, by nigdy nie nadeszła. Nie wiem czy jest ktoś, kto jest na nią przygotowany. Ja nie będę na pewno. Chociaż już ją prawie widzę, machającą do mnie z ławek w parkach, rękami mojej malutkiej córki, która mnie zapytała kilka razy; Tatku, czy ty jesteś stary? Dziecko. Jeszcze nie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Infantylność dojrzałości

Nie znoszę dojrzałości. Odkąd musiałem dojrzeć, bo przystawało to z wiekiem, buntuje się we mnie dziecko, którym jestem do dzisiaj. Nagle, z dnia na dzień prawie, zabroniono mi naiwnej ciekawości, prawa do popełniania błędów, radosnych podskoków, gdy udało mi się nieosiągalne, niczym nie skrępowanego śmiechu z byle powodu, rzucania się głową w nieznane, pozostawiania niedokończonych planów, o których zapominałem, zawodu, bo ktoś mnie zranił. Zastąpiono to odpowiedzialnością, złotem milczenia, dostosowaniem i rolami, których nie wybrałem, siłą charakteru, umiejętnością liczenia zysków i strat, wybaczaniem i wyrozumiałością, trzymaniem reszty mocno pomiędzy pośladkami. Na wszelki wypadek, bo licho nie śpi, bo nie wolno dać sobie w kaszę dmuchać. Zabrano mi zabawki, dano kieliszek Wyborowej. Na początku było dobrze. Mogłem robić prawie wszystko na co miałem ochotę, albo pozwalała mi zawartość kieszeni, ewentualnie nie wkurwiłem doroślejszych ode mnie. Potem było boleśnie i to dosłownie, bo wdawałem się nieustanie w potyczki słowne, kończące się bójkami. To nie były uszczypnięcia, ale rozkwaszony nos, wybite zęby, połamane kości. Byłem drobny, ale zadziorny. Powody mogły być każde. Kto by przypuszczał, że z równą determinacją będę bronił zaczepioną dziewczynę kolegi, jak i książkę Marka Hłaski, której i tak nie przeczytał, dwa razy większy ode mnie zawodowy żołnierz. Zanim dostałem pierwszego sierpowego zaśpiewałem mu: czy to w zimie, czy to w lecie, poznasz chama po berecie. Na głowie miał czerwony. To go nie rozśmieszyło. Wylądowałem na pogotowiu, ale on w areszcie, bo wrócił do jednostki zakrwawiony i bez guzików przy mundurze. Chciałem mu odgryźć ucho. Zostaliśmy kumplami na jakiś czas. Ja wchodziłem cichaczem na wojskową siłownię, i wynosiłem mu wędliny na sprzedaż, on czytał wszystko co mu poleciłem.

Po dojrzałości przyszedł czas na dorosłość. Tej nie lubię równie mocno. Zmieniła mi się twarz. Przestałem być chłopięcy, chociaż pozostałem nadal szczupło chudy. Z ty, zmieniłem się na pan. Długo się ociągałem. Mając ponad trzydzieści lat nadal byłem proszony o dowód przy barze. W końcu alkohol, papierosy, praca i imprezowanie, nawet ponad siły, zrobiły swoje. Posiwiałem. Widzę już zmarszczki, przygarbienie zmienia się w garbatość. Może tylko pozostaje satysfakcja, gdy widzę zainteresowanie mną kobiet, czasami w niebezpiecznie młodym wieku i zazdrość dorastających mężczyzn, gdy pomykam na nartach albo rolkach, albo dam komuś w mordę. Z pewnością nie wiedzą, że jestem bardziej infantylny niż oni.

Nie wiem kiedy, ale przyjdzie czas na starość, jeżeli jej dożyję. Już czuję do niej niekłamaną niechęć. Nie chcę myśleć jak to będzie. Mam jeszcze sporo do zrobienia, muszę nadrobić czas dojrzewania i dorosłości. Mam wciąż dzieci, które chcę wychować i te którym chciałbym pomóc. Może pojawią się jeszcze nowe? Oby, nawet chyba wiem z kim. Nabrałem dystansu, ale dziwię się, że w lustrze nie widzę już małego chłopca, który ma ochotę znowu coś porządnie nabroić, dla zasady.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.

Kategorie
Toksyczny

Pytanie

Dlaczego pytamy innych o zdanie w sprawach, które dotyczą tylko nas samych? Czy szukamy przyzwolenia, potwierdzenia? Dlaczego nie możemy się bez tego obyć? Przecież nikt nie zna naszych myśli, wie co czujemy, lepiej niż my. Ale i tak pytamy i za każdą odpowiedzią krytyczną, która nas nie zadowala, popadamy w zwątpienie. Rezygnujemy z planów, odkładamy decyzje, nawet pozbawiamy się życia takiego, które chcieliśmy wieść, niekiedy na zawsze, bezpowrotnie. Kulimy się potem, oblizujemy rany, których przecież nie odnieśliśmy, bo nie stanęliśmy twarzą w twarz z wyzwaniem i samymi sobą. Oddaliśmy walkę. Po czasie, refleksji, nagle zdajemy sobie sprawę, że po raz kolejny rozminęliśmy się z przeznaczeniem. I tak do następnego razu. Ile można mieć tych ważnych spraw? Skończoną ilość. Do cholery, nie żyjemy wiecznie.

Nauczono nas tego upewniania się. Od dziecka. Mama wie lepiej, tata też, dziadkowie to już na pewno, bo kochają nas nawet bardziej i niczego złego nam nie życzą. Czasem są to wychowawcy lub rodziny zastępcze, z takim samym skutkiem. Potem pojawiają są nauczyciele, duchowni, guru, samozwańczy mędrcy i kołczowie, całe tłumy. Przyjaciele, którym się możemy zwierzyć, psychologowie, którzy podobno są jak dentyści i wyleczą nas, jak nasze zęby, ze znieczuleniem. Książki, gazety, artykuły. Leje się z nas wartko ta potrzeba potwierdzenia, jak woda na kąpiel, po dalekiej, długiej podróży. Wreszcie dostrzegamy, że konsultanci żyją spokojnie dalej, lub już nie żyją, a my szukamy kolejnych. A każdy kolejny jest coraz mniej nami zainteresowany, mniejszy ma autorytet. Jeżeli mamy szczęście, trafi się wreszcie ktoś, kto wie o co pytamy. Kogo rada nie będzie trywialna, zlekceważona, ani nie pozostanie przy czczym moralizowaniu, kto nie będzie tak naprawdę radził samemu sobie. Dobrze nawet, gdy znajdziemy taką osobę, gdy jest za późno na jedną zmianę, dzięki niej może zdecydujemy się na kolejną, może wytrwamy i dokonamy tej niedokonanej. Trzeba jednak nauczyć się słuchać, nie łowić i zagadywać pytaniami.

Żyjemy w toksycznym świecie. Nieustanie musimy konkurować, porównywać się, odpowiadać na społeczne oczekiwania. Nawet w sprzeciwie wobec tego, jesteśmy natychmiast segregowani, otrzymujemy etykietę, nawet czasem kilka. Buntownik, odmieniec, niedostosowany, aspołeczny, ale bywają gorsze. Wystarczy, że nasz wygląd, sposób bycia, ubiór, przekonania, dieta, seksualność, orientacja, różnią się od uznanej za przeciętnie dozwoloną, a już przypisuje się nas do jakieś grupy, subkultury, z którą nie mamy, nawet nie chcemy mieć nic wspólnego. Więc poddajemy się dla świętego spokoju i upodabniamy się do uznanej średniej, udupiająć na całe lata. Znajdujemy łatwe usprawiedliwienie: chcąc przetrwać, musimy krakać jak wrony, wszystkie tak robią, nawet gdy bardziej przypominają orły. Posuwamy się nawet do tego, że wybieramy sobie ludzi, z którymi przyjdzie nam spędzić życie, którzy nieustannie będą nam o tym przypominać, czyniąc nas jeszcze bardziej niepewnymi.

A przecież nie musimy, ani pytać, ani się upodabniać, ani nawet szukać potwierdzenia. Jest inna droga. Możemy to po prostu mieć w dupie. Nie przejmować się. Nie usprawiedliwiać się asertywnością, która może zaboleć, bo nie musimy nikomu tłumaczyć się z naszych wyborów. Możemy robić to, na czym nam zależy, nikogo nie krzywdząc i nie rozczarowując. Poczekać na samych siebie, dać sobie czas i zbierać owoce własnego życia, nie cudzego, udając że jesteśmy zadowoleni. Nasze związki, jeżeli się na nie zdecydujemy, będą pełniejsze. Staniemy się partnerem, partnerów odnajdziemy, sami nas znajdą. Nasze przyjaźnie będą szczere, oparte na potrzebie ich posiadania, nie lęku przed samotnością. Wychowamy niezależne i wolne dzieci, które będą umiały powiedzieć nie, kiedy będą zmuszane do robienia czegoś wbrew sobie. Praca będzie nas cieszyć, nie będziemy wykonywanej narzuconej, ale tą wybraną. Uniezależnimy się od pokusy pytania.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Toksycznym

Trzy miesiące temu zmienił się świat. Mój. Nie z powodu ukoronowanego wirusa, który jest równie zabójczy jak uczulenie na koński pot, ale skutkiem odwlekania decyzji, które podjąłem chcąc, niechcący, kąsających teraz mocno, jak pchły bezdomnego psa. Spadła mi maska i się rozbiła na milion kawałków, (wyobrażam sobie, że to była taka wenecka, ze szkła), kryjąca dotąd skutecznie moją gębę. Tę jej przynajmniej część, narażoną na celne mordobicie. Ciągle mi się zresztą zsuwała, niedopasowana i sztywna. Mam teraz do wyboru dwie możliwości: założyć nową, czego nie chce mi się już zrobić, znam efekt uboczny, albo nie zakładać i świecić pyskiem, jak pawian czerwonym dupskiem. Uczucie jest dziwne. Trochę jak wyjście na ulicę bez maseczki ochronnej, szytej ze starych łachów w każdym domu, skutecznej jak jej brak. Wzrok potępienia, jakby miało się być zabójcą, czekającym na wyrok, w obliczu majestatu uznanego za święte, zwyczajem prawa. Bo posiadanie maski jest użyteczne, bo jej nie posiadanie jest niebezpieczne i może być zaraźliwe. Bo maska jest jak kaganiec, trzyma w ryzach i nie pozwala się panoszyć. Może też być modna, jak tania kiecka celebryckiej idiotki, z parciem na szkło, stając się przedmiotem pożądania. Kto nie pamięta niedawnych złości na Muzułmanki, oplecione burkami, musiał sam je nosić. Niedawno groziła im za to kara, teraz nawet ateista może ją otrzymać za ich brak. Widać strach, religia i nakaz z jednego zrodzone są łona. Matki tradycji, spłodzone przez ojca kunktatora.

Mam to w dupie i przez nią teraz piszę, co dobrze chyba wróży na przyszłość. Jednak nie zabrałbym się nigdy za pisanie, gdyby nie osoba, której imienia nie mogę zdradzić, nie skomentowała w ten sposób moich obaw, tyle niedawno poważnych, co już nieistotnych. Należy się jej za to anonimowa wdzięczność. Za to, że kilkoma prostymi pytaniami obnażyła moją bezsilność wobec słabości, wspólnych mi ze wszystkimi, czym wywróciła moje życie do góry nogami. Obawą oceny, lękiem zmiany, trwogą przed samotnością i wstydem porażki. Szczerość bywa bolesna. Broniłem się tak długo, aż prawie zapomniałem przed czym. Zamykając jedne drzwi, otwarłem inne, i choć stoję już za ich progiem i czuję zapach wolności, to spod zamkniętych, wciąż widzę cień przeszłości, chcący mnie dotykać i gonić.

Nie jestem święty, nie jestem idealny, potrafię być podły, samolubny, zazdrosny i toksyczny. Za to mogę przepraszać bez końca. Nie jestem jednak tylko uosobieniem zła, wściekłości i żądzy zemsty. Bez namysłu jestem zdolny do bezinteresownej pomocy. Potrafię współczuć, być wyrozumiały, cierpliwy i pokorny. Mogę być zabawny, pełen optymizmu, nie tylko narzekać i obarczać innych winą za moje braki. I to samo widzę w każdym człowieku. Mam jednak odwagę o tym mówić. Nie czekam na przeprosiny tych, którzy uczynili zło, często myśląc że czynili tylko dobro. Mam to w dupie. O tym będę pisał.